Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Nie ma darmowej kranówki. Złość na rząd narasta, a wodę - najlepiej - leje Tusk

Gabinet Donald Tuska miota się coraz bardziej. I to w sprawach, które miały zagwarantować mu „dozgonną wdzięczność” elektoratu z wielkomiejskiej klasy średniej na kredyt. Było to dobrze widać w przypadku najmu krótkoterminowego, a jeszcze lepiej pokazuje to rzecz z pozoru drobna, ale wymowna, czyli sprawa darmowej wody w restauracjach. Coraz lepiej jednak widać, że w polskiej polityce najlepiej „wodę leje” szef trzynastogrudniowej ekipy.

Mówiąc półżartem, półserio, Koalicja Obywatelska naprawdę nie wie, komu sprawić większą frajdę przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi. Czy skupić się raczej na interesach najbogatszych, czy może tych, których czasem nazywamy klasą średnią na kredyt, a czasem młodymi, wykształconymi z wielkich miast. Arytmetyka przedwyborcza nie jest wcale taka prosta: tych drugich jest oczywiście znacznie więcej, jeśli chodzi o potencjalne głosy. Tych pierwszych – zdecydowanie mniej, ale mają znacznie większe pieniądze. No i głupio zrażać ich dziś do siebie, gdy mentzenowska prawica czyha za rogiem. KO, jako partia niepoprawnych lumpenliberałów, ma przy tym naturalny feblik, czyli słabość do ludzi z bardzo dużymi pieniędzmi. Po części dlatego, że sama do nich należy, po części dlatego, że reprezentuje ich interesy. Naiwnością byłoby sądzić, że to kwestia wyłącznie jednej partii, skupionej wokół „gdańskiego liberała”. Ale to KO dawniej i teraz systemowo pokazywała, że czysty zysk nielicznych i apanaże samych swoich potrafi skutecznie przedłożyć nad interesy społeczne. 

Historia nowelizacji prawa dotyczącego najmu krótkoterminowego, z ważną rolą ministra Ireneusza Rasia, pokazała to niezgorzej. Sądzę, że nawet dojmująca fala upałów nie sprawi, że wiedza na ten temat wyparuje z pamięci społecznej. Przeciwnie, posługując się dalej meteorologiczną metaforą, trzeba stwierdzić, że trzynastogrudniowa ekipa doczeka niezgorszej burzy – kumulacja fajtłapowatości, chciwości, zadufania ludzi z gangu Olsena zrobi w końcu swoje.

Obserwuj Niezalezna.pl w Google! Wejdź na nasz profil, a następnie kliknij „Obserwuj w Google”

Nie ma darmowej kranówki

Znane neoliberalne powiedzonko głosi, że „nie ma darmowych obiadów”. A co z darmową kranówką? Wielkomiejski liberalny elektorat, który lubi stołować się w restauracjach, od dłuższego czasu oczekuje, że woda w lokalu gastronomicznym będzie za darmo. Chcieli tego miłośnicy sojowego kotleta, czekały na to miłośniczki sushi, podejrzewam, że nawet pizzożercy z Jagodna skrycie marzyli o darmowej kranówce w karafce. I – podobnie jak w sprawie zapowiadanych długo restrykcji dla patohotelarzy – rzecz wydawała się przesądzona. Raptem grom z jasnego nieba! Choć to w sumie żadne zdziwienie, że obecna władza złamała kolejną swoją obietnicę – w tym tygodniu okazało się, że darmowej szklanki wody w knajpie nie będzie. Ni z tego, ni z owego Ministerstwo Klimatu i Środowiska zrezygnowało z pomysłu, który zakładał obowiązek bezpłatnego podawania klientom restauracji pół litra wody z kranu. Przepisy miały wejść w życie jeszcze w tym miesiącu, ale zniknęły z projektu ustawy. 

Z jednej strony pomysł wychodził naprzeciw oczekiwaniom wielu wyborców, którzy podnosili, że na Zachodzie to powszechna praktyka, z drugiej był to rządowy element nowelizacji przepisów dotyczących opakowań i odpadów opakowaniowych. Projekt zakładał pół litra na osobę. A woda miała być podawana na życzenie klienta do stolika lub innego miejsca spożywania posiłków, w naczyniach wielokrotnego użytku lub przeznaczonych do ponownego napełniania. Okazało się, że „w toku uzgodnień międzyresortowych” darmowa kranówka wypadła z legislacyjnego menu. Tajemnicą poliszynela jest, że najistotniejszy był głos Ministerstwa Finansów, które nie tylko skrupulatnie liczy każdy grosz, jaki da się zarobić także na konsumpcji. Nowa wersja ustawy, kierowana do Komitetu ds. Europejskich, to projekt „kranówka minus”. Nieco złośliwie można spuentować, że cały ten rząd to jeden wielki projekt minus. 

Tożsamość polskiej klasy średniej

Podobnie jak w przypadku historii z najmem krótkoterminowym, rzecz wzbudziła gorące emocje opinii publicznej. Najbardziej zirytował się lewicujący elektorat rządzącej koalicji, regularnie odsyłany z kwitkiem w kolejnych mniej lub bardziej ważnych dla siebie sprawach. Jedni krytykowali „niedasizm” władzy, która nie potrafi skonsultować i skonstruować efektywnie działającego prawa w ramach szerszego projektu legislacyjnego. Inni zwracali uwagę, że rządząca koalicja dba o interesy bogatych i najbogatszych, jak zwykle kosztem zwykłych ludzi. Hasło „kranówka prawem, nie towarem” zagrało w mediach społecznościowych na tyle mocno, że przyniosło kolejny wizerunkowy kryzys władzy – szczególnie wśród coraz bardziej rozzłoszczonej narastającą knajpianą drożyzną klasy średniej na kredyt. 

Trzeba przy tym pamiętać, że w Polsce konsumpcja jest jednym z ważniejszych wyznaczników społecznej hierarchii i symboli spełnionych aspiracji. Mówiła o tym prof. Małgorzata Jacyno w dużym wywiadzie dla „Nowego Państwa” (numer 231 (03/2026)): „Od początku lat 90., gdy zaczęła się realnie wyłaniać z transformacyjnych fal, aspiracją [polskiej klasy średniej] było dostatniejsze życie, uniknięcie beznadziei i poniżenia z powodu bezrobocia, zapewnienie sobie możliwości powrotu po pracy do domu, w którym jest ciepło i nie trzeba z lękiem patrzeć na rachunki za prąd. Kto sobie przypomni pierwszą dekadę transformacji, szybko spostrzeże, że ówczesne lęki i aspiracje są trudne do rozróżnienia. Z tych początków polskiej klasy średniej bierze się jej brutalność wobec mniej zamożnych. W pamięci tej klasy życie to ciągła walka o prawo do bycia człowiekiem Zachodu”.

Tusk znów oszukał

Cały kłopot w tym, że nasza bardzo zróżnicowana klasa średnia to zarówno ludzie naprawdę majętni, jak i ci, którzy przez dekady walczyli z bankami o każdą ratę kredytu w szwajcarskich frankach. Polska klasa średnia, podobnie jak na Zachodzie, także dzisiaj szuka oszczędności. I dlatego nawet „darmowa kranówka” w knajpie, opór restauratorów i krętactwa oraz niedotrzymane obietnice ich ulubionej opcji politycznej budzą coraz większą złość. Pewne sprawy coraz łatwiej stają się symbolami, gdy spór polityczny tylko się zaognia, a negatywnych nastrojów społecznych i pesymistycznych perspektyw na przyszłość zaczyna przybywać. Rząd Donalda Tuska liberalno-lewicowemu elektoratowi miał dawać poczucie modernizacyjnego skoku do przodu. Tak się nie stało. Co przytomniejsi doskonale wiedzą dlaczego i nie są zdziwieni. Ale dla ludzi żyjących w propagandowej bańce kilku mainstreamowych mediów to wciąż niemałe zaskoczenie. Inni robią dobrą minę do złej gry: „niby człowiek wiedział, ale ciągle się łudził”. Dla notowań rządu narastające rozgoryczenie może być druzgocące. Proces, który widzimy, to nie jest polityczne tsunami – widzimy raczej mnóstwo drobniejszych fal, skutecznie podcinających notowania obozu władzy. A „platformerskie elity” już chyba zdecydowały: utrzymać poparcie najbogatszych kosztem mniej zamożnego elektoratu, który może znów wszystko wybaczy. 

Czy rzeczywiście tak będzie? Nagłe i solenne zapewnienia ministerstwa środowiska, że „darmowa kranówka” doczeka osobnego prawa, pokazują, że władza reaguje coraz bardziej chaotycznie na mnożące się większe i małe kryzysy. Gołym okiem widać, że strategia ekipy Tuska to „zamydlić oczy, znów coś obiecać i przeczekać”. A to może być za mało w obecnej sytuacji społecznej, gospodarczej i politycznej.

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

NAJNOWSZE Polityka