Gdyby Sejm przy Wiejskiej zapełnić delegatami z całej Rzeczypospolitej sprzed 235 lat, również byśmy się wściekali przed telewizyjnym ekranem.
Bogactwo Kajetana Miączyńskiego drażniłoby nas niemniej niż Artura Łąckiego i jego licznych źródeł dochodu, rzucalibyśmy pilotem na widok Jana Suchorzewskiego, głoszącego teksty tak głupie i aroganckie jak dziś Witold Zembaczyński, a Józef Zabiełło należałby obecnie do czegoś na kształt PSL – będąc urzędnikiem i samorządowcem pod każdą władzą i w każdym ustroju. Nawet z prasą byśmy mieli podobnie – Stefan Łuskina z zapałem Adama Michnika – obaj przecież oczytani, wykształceni i obyci w świecie – chwaliłby dziś Brukselę jak wówczas tamten Berlin i Petersburg. Naruszano wtedy prawo, nie respektowano regulaminów obrad, a w hotelu sejmowym widzielibyśmy pijaństwo większe niż w pomniejszych alkoholowych aferach naszych polityków.
Młodsze pokolenie było zepsute serwilizmem króla Poniatowskiego, jak u nas prywatyzacją III RP, a starsze nadgryzione PRL-em jak tamci epoką saską. W czym więc lepiej zabrzmiała „Ustawa rządowa” z 1791 roku niż Konstytucja z 1997 roku?
Złamanie systemu
Na wstępie już samo jej uchwalenie, ustanowienie reguły, że ponad wszystkimi dokumentami państwowymi stoi jeden nadrzędny, było ewenementem europejskim. W Polsce był z tym dodatkowy bałagan, bo nie było biur i urzędów w dzisiejszym rozumieniu i tysiące ustaw oraz protestacji rozsianych było po księgach, zamkach i sądach. Być przyzwyczajonym do tej nieokiełznanej gęstwiny praw i nagle jednym dokumentem to wszystko uporządkować – przekraczało to horyzonty najtęższych głów Starego Kontynentu.
Nasza konstytucja zaś sklecana była z oglądaniem się na różne rozwiązania ustrojowe, trochę z Francji, trochę z Niemiec, trochę z obaw przed silną pozycją prezydenta, trochę pomieszawszy wolny rynek z nadziejami na państwo socjalne. Zamiast fundamentu – jak trzeciego maja – zrodzono potworka posklejanego z rozwiązań dobrych i słabych, ale sumarycznie niedorzecznych. Ale nawet i znane rozwiązania prawne u nas spartaczono, a wtedy – gdy trójpodział władzy był filozoficzną nowinką Monteskiusza – rozgraniczono go bardziej precyzyjnie. U nas niektórych sędziów (jak do Trybunału Konstytucyjnego) wybiera władza ustawodawcza (Sejm), zdominowana przez władzę wykonawczą (rząd oparty na większości sejmowej), a część wybierają sobie sami sędziowie. Wówczas ani król, ani sejm, ani senat miał się w to nie mieszać – każde województwo miało wybierać swoich sędziów, znanych powszechnie jako uczciwi i nieprzekupni.
Król – choć w Polsce zawsze słaby – 3 maja otrzymał władzę konkretną i jasno wytyczoną. Dziś nie byłoby szans udawać, że bez zaprzysiężenia w obecności prezydenta urzędnik nabywa swoich praw – wszystko musiało być zatwierdzone przez monarchę: „Każda rezolucyja (...) pod imieniem królewskim i z podpisem ręki jego wychodzić będzie”. Dziś głowie państwa nie podlega nawet własna ochrona, albowiem nad Służbą Ochrony Państwa władzę sprawuje minister spraw wewnętrznych, który – jak dziś – może być przeciwnikiem prezydenta. To już ta dawna, rzekomo warcholska szlachta pisała w ustawie rządowej wyraźnie, że armia (w tym gwardia osobista) podlega monarsze. Jeśli ktoś myśli, że dziś jest podobnie (prezydent jako zwierzchnik sił zbrojnych), tego trzeba rozczarować – decyzje głowy państwa w sprawach wojennych muszą mieć kontrasygnatę odpowiedniego ministra. W rzeczywistości III Rzeczpospolita broniłaby się dzisiaj tak, że Karol Nawrocki mógłby chcieć bronić kraju na Bugu, ale Władysław Kosiniak-Kamysz by tego nie zatwierdził, preferując linię obrony na Wiśle. Przecież to jest paraliż państwa niemniej rozległy niż liberum veto – i to przeznaczony na czas konfrontacji zbrojnej!
Leciwa konstytucja
Jest jednak jedno rozwiązanie w Konstytucji 3 maja, którego nie tylko brakuje w obecnej ustawie zasadniczej, ale które wówczas wydawało się oczywiste, a dziś się nie może przebić. Tak pisali w swoim dziele nasi przodkowie z końca XVIII wieku: „Uznając potrzebę wydoskonalenia onej po doświadczeniu jej skutków co do pomyślności publicznej, porę i czas rewizyi i poprawy Konstytucyi co lat dwadzieścia pięć naznaczamy”. Rewizja konstytucji co 25 lat, co pokolenie! Ówcześni Polacy, w rzeczywistości doprawdy powolnej, gdzie wiadomość z Warszawy do Paryża szła tydzień, a nie sekundę, gdzie nowy wynalazek pojazdu potrzebował kilku dekad, a nie lat, na doczekanie się swoich fabryk, gdzie jedną gazetę czytało 500 osób, a nie 500 tysięcy (jak portale internetowe), intelektualiści uznali, że świat się jednak zmienia na tyle, że ustrój trzeba korygować co ćwierć wieku. Naszej konstytucji stuknie w przyszłym roku trzydziestka i co? Jaka koalicja zdobędzie tych 310 posłów, skoro do tej pory nikomu się to nie udało? Zostaniemy z tym konstytucyjnym grzybem do końca świata? Tuziny prawników, tuziny polityków, konsultantów, debata publiczna i nikt – choć Konstytucję 3 maja omawiano wówczas w szkole średniej – nie wpadł na pomysł, by ustawę zasadniczą jednak aktualizować przynajmniej raz na pokolenie.
Jak długo ma istnieć Polska?
Twórcy Konstytucji 3 maja mieli za sobą kilkaset lat państwowości, ale i I rozbiór, i trzy agresywne potęgi po sąsiedzku – i w takiej oto perspektywie ustanowiono władzę dziedziczną, tj. elekcja będzie dotyczyła dynastii, ale w jej obrębie tron będzie dziedziczny. Pozostawiając sferę wolności, myślano o Rzeczypospolitej – będącej w śmiertelnym zagrożeniu – w długiej perspektywie. Na monarchę ustalono przedstawiciela dynastii, która już wówczas liczyła sobie blisko 400 lat, ale – co jeszcze ciekawsze – Wettynowie jako ród w prostej linii przetrwali po dziś dzień! Można więc śmiało powiedzieć, że Potoccy, Małachowscy, Czartoryscy i Poniatowscy wymyślili kilka rozwiązań politycznych, które znalazłyby swoją ciągłość w XXI wieku. Ani śladu takiej myśli politycznej nie ma w dzisiejszej konstytucji.
Oświeceniowe elity nie były przesadnie oświecone. Solidnie wyśmiał je Karol Zbyszewski, który w swoim przedwojennym doktoracie obnażył ,jak marnymi erudytami byli, jak małe dziełka francuskie czy niemieckie wystarczały im za horyzont intelektualny. Tak podobno wielkie umysły, jak Adam Naruszewicz czy Julian Ursyn Niemcewicz, bawili się często w kopiowanie pomysłów albo nawet dosłownie w plagiaty zachodnich dzieł i utworów, dumnie przedstawiając się jako nieomal narodowi wieszcze. A ileż naiwności wykazywali! Zbrojąc się przeciwko Katarzynie II, uwierzyli Prusom, że wesprą Rzeczpospolitą w wojnie z rosyjskim imperium! Toż nawet dzisiaj bardziej można by liczyć na RFN niż na ówczesny Berlin, który miał już za sobą I rozbiór państwa polsko-litewskiego. Były też tamtejsze elity nieco oderwane od rzeczywistości, gdy wierzyły, że kilkanaście tysięcy wojska da się pomnożyć do 100 tysięcy jedną tylko ustawą – co rozjuszyło sąsiadów, a nie utworzyło tak wymarzonej armii. Jakaż więc różnica między Ignacym Potocki a – skądinad inteligentnym – Pawłem Kowalem, w czym tamci kunktatorscy Czartoryscy przerastali naszych Bartoszewskich? Nie siląc się na ckliwe, konserwatywne wzdychanie, jak to „dawniej lepiej bywało”, trzeba jednak przyznać, że establishment, który się nie zapisał do targowicy, jednego był pewien: trwałości dorobku Rzeczypospolitej. Byli pełni krytycyzmu, ale oni naprawdę uważali Polskę za coś wielkiego, oni wierzyli, że będzie tak jak z dawnych koszmarów wielkiego elektora brandenburskiego Fryderyka Wilhelma, który w swoim testamencie, ku przestrodze potomków, zapisał: „Rzeczpospolita jest wieczna”. Gdyby najgłupszy Zabiełło czy jakiś Miączyński czytali dzisiejszego Donalda Tuska czy Włodzimierza Czarzastego, że jest jakaś unia na pół kontynentu, której trzeba się słuchać i która wchłonie nas stopniowo, jakby trawiła muchę, zapełniliby karczemne spluwaczki. Rzeczpospolita jest wieczna – i patrzeć trzeba na nią także w długiej perspektywie, a nie na pół kadencji w przód.