Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Dwie lewe ręce władzy. Krzysztof Wołodźko o zwijaniu państwa 2.0

Liberalne elity traktują jako oczywistość, że zwijanie państwa i ekonomia dla bogatych to znaki wyróżniające III RP. Po trzech latach rządów wróciliśmy w koleiny stałego kryzysu społeczno-gospodarczego. Gdziekolwiek spojrzeć, widać narastające problemy. Donald Tusk najwyraźniej jest przekonany, że nie sprawne rządzenie, lecz nagonka na prawicę pozwoli mu zachować władzę po kolejnych wyborach - pisze Krzysztof Wołodźko w "Gazecie Polskiej".

Obecne czasy coraz bardziej przypominają lata 2007–2015. Niebywała arogancja i chciwość otaczających Donalda Tuska środowisk idzie w parze z pogłębiającym się kryzysem instytucjonalnym i społeczno-gospodarczym. Tak to widzi również polskie społeczeństwo. Z najnowszego raportu Głównego Urzędu Statystycznego, poświęconego koniunkturze konsumenckiej w sierpniu 2026 roku, wynika, że narastają minorowe nastroje. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK) spadł do -11,3 punktu. Co gorsza, w coraz ciemniejszych barwach przedstawiają się też oczekiwania na najbliższe miesiące – wskaźnik wyprzedzający (WWUK) wyniósł aż -7,6 punktu! Jak wyjątkowo ponury żart brzmią dziś obiecanki Donalda Tuska sprzed kilku lat, że paliwo w Polsce będzie po 5,19 zł, bo „on rządził i zna te mechanizmy”. Dzisiaj, niestety mocno po czasie, wielu wyborców boleśnie sobie przypomniało, że „gdański liberał” najlepiej zna się na czczych przechwałkach, nic niewartych obietnicach, bezwzględnym szczuciu na tych, którzy zagrażają jego politycznej pozycji, i długich weekendach.

Miał być rozwój, jest regres

Gdziekolwiek poskrobać, tam widać oznaki kryzysu. Tylko w ostatnim czasie GUS podał, że w Polsce upada coraz więcej firm; rejestruje się mniej nowych podmiotów, więcej przedsiębiorstw się wyrejestrowuje lub zawiesza działalność. Jak Polska długa i szeroka ubywa również JDG, czyli jednoosobowych działalności gospodarczych, które rzekomo miały być ratunkiem dla wielu byłych etatowców. Ale tam, gdzie niszczeją i nikną rynkowe łańcuchy pokarmowe (większe firmy dające zarobić mniejszym), efekt domina postępuje błyskawicznie. Jeszcze wcześniej się okazało, że nie nacieszyliśmy się długo statusem 20. gospodarki świata: w wiosennej prognozie Międzynarodowego Funduszu Walutowego nasz kraj został wyprzedzony przez Szwajcarię. Rzecz dotyczy oczywiście nominalnego PKB, które i tak nie jest stuprocentowo miarodajne. W każdym razie potencjał Szwajcarów wyceniono o 13 mld dolarów wyżej. W Polsce rośnie za to bezrobocie – w sierpniu skoczyło do 5,9 proc. Wszystko wskazuje na to, że przed świętami Bożego Narodzenia przybędzie w Polsce jeszcze kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy pod choinkę przyniosą rodzinom złe wieści o braku pracy. Parafrazując poetę: spieszmy się kochać sukcesy ogłaszane przez Donalda Tuska, tak szybko odchodzą. Zostają po nich tylko nieznośna lekkość propagandowej ściemy i realne problemy dla tych, którym Tusk tak niedawno naobiecywał gruszek na wierzbie.

Złe wieści z ochrony zdrowia to już właściwie stała karta w politycznym menu rządu liberałów, postkomunistów, farbowanych ludowców z PSL i wielkomiejskich społeczników z Polski 2050. Ale nawet w tej kwestii wciąż można dowiedzieć się czegoś jeszcze bardziej przygnębiającego. Na początku września okazało się, że podporządkowany interesom Ministerstwa Finansów Narodowy Fundusz Zdrowia wycofał się z refundacji terapii CAR-T, przeznaczonej dla chorych na szpiczaka plazmocytowego. W środowisku hematologów zawrzało, ale szczerzy demokraci są nieubłagani: najważniejsze są tabelki w Excelu. Rząd Donalda Tuska rozwalił budżet państwa w kilka lat, ale słoną cenę muszą zapłacić na to Bogu ducha winni, chorzy ludzie. Lekarze są tym bardziej wściekli, że nie był to wielki wydatek, a terapia naprawdę działała i ratowała ludziom życie: chodziło o kilkudziesięciu wskazanych wcześniej pacjentów, dla których CAR-T była jedyną szansą na powrót do zdrowia. Wiem, że często wracam do tej myśli, ale wydaje mi się naprawdę wymowna: gdyby taką decyzję podjęto za rządów PiS, znakomita większość znanych mi osobiście i ze słyszenia opiniotwórczych lewaków darłoby się już pod niebiosa. A nakładki na zdjęcia profilowe dźgałyby nas wszystkich w oczy. Ponieważ jednak rządzi – może nieco już dziaderski, ale sprawny w budowie antypisowskiego frontu – lider Koalicji Obywatelskiej, lewaccy wrażliwcy pochowali głowy w piach. A że złych wieści w sprawach, w których zawsze lubili być arcypryncypialni, tylko przybywa, przed wyborami dokopią się do jądra Ziemi. 

Odchudzić profesorów

A co tam, panie, w polskiej nauce? I w tej sprawie nasłuchaliśmy się mnóstwa obietnic przed wyborami jesienią 2023 roku. Nauczyciele i akademicy wprost nie mogli się doczekać powrotu do władzy Donalda Tuska. Dziś jedni i drudzy sprawiają wrażenie nieco skonfundowanych – praca w oświacie i tytuły naukowe nie bronią przed naiwnością i frajerstwem, by poprzestać na najdelikatniejszych epitetach. O perypetiach nauczycieli było już wiele, także na łamach „Gazety Polskiej”. Wiemy już, że władza zignorowała protest nauczycieli pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów, który odbył się 31 sierpnia w Warszawie. Podobno premier „myśli, co odpowiedzieć” belfrom. Związek Nauczycielstwa Polskiego najwyraźniej nie dowierza procesom mózgowym szefa rządu i odgraża się, że znów będzie protestować. Kto tutaj kogo robi w konia, pozostawiam Państwu do oceny.

A co tam u luminarzy nauki? Jak obecna władza ułatwia im pracę i karierę naukową? Na początku września dyrektor Instytutu Historii Nauki Polskiej Akademii Nauk, prof. Jacek Soszyński, napisał do opanowanego przez lewicę Ministerstwa Nauki krótko i treściwie: „We wrześniu nie będziemy w stanie wypłacić naszym pracownikom wynagrodzeń za pracę”. Światły rząd Tuska tnie pieniądze od lat: w 2024 roku subwencja sięgała niemal 7 mln zł, w 2025 roku – niecałych 6,5 mln zł. W tym roku to już tylko 5,4 mln zł. Problem dotyczy też innych jednostek naukowych PAN. Nazywając rzecz po imieniu: polityczna elita głodzi własny elektorat sprzed kilku lat, najwyraźniej wierząc, że wystarczy w 2027 roku postraszyć „profesorów i docentów” złą prawicą, by karnie zagłosowali za biedą z nędzą w jedynie słusznym, lewo-liberalnym wydaniu. 

Dwie lewe ręce władzy

A może dobre wieści płyną z CPK, przemianowanego przez obecną władzę na Port Polska? Nic z tych rzeczy. Na początku września okazało się, że ze względu na przedłużające się procedury administracyjne budowa lotniska w Baranowie nie wystartuje w pierwotnie planowanym terminie. Słyszymy, że opóźnienie nie potrwa długo i prace ruszą w październiku, ale eksperci nie dowierzają tym zapewnieniom. Przynajmniej ci, którzy nie obawiają się narazić politycznej wierchuszce, które przez ostatnie lata robiła, co mogła, by zniszczyć cały projekt. Damian Kaźmierczak, członek zarządu Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, dyplomatycznie stwierdza:

„Trudno nie zauważyć, że coś się w tym projekcie zacina i nie wszystko idzie tak, jak powinno”.

Jego wpis na LinkedIn nie pozostawia złudzeń: „Z osłupieniem czytam w mediach, jakoby wykonawcy sami apelowali do spółki CPK o wstrzymywanie postępowań przetargowych, aby nie dopuścić do mitycznego spiętrzenia inwestycyjnego. Bardzo przepraszam za ostry język, ale w tym przypadku wydaje mi się on w pełni uzasadniony: większej bzdury dawno nie słyszałem. Czyli CPK, przesuwając przetargi, zamierza chronić firmy budowlane przed… budowaniem. Niebywałe!”. Za ironią specjalisty kryje się naprawdę ponura i niepokojąca konstatacja: „Najwyraźniej w CPK gorączkowo poszukiwane są argumenty, które miałyby uzasadnić opóźnienia po stronie samej spółki w realizacji projektu, w którym rzeczywistość zaczyna coraz poważniej rozmijać się z oczekiwaniami”. Ekspert gryzie się w język, ja nie muszę: z zaprojektowanej z rozmachem inwestycji został ogryzek, a i z tym „fachowcy od Tuska” nie są w stanie sobie poradzić w przewidzianym terminie. A jeszcze krócej: problemem nie są formalności, lecz polityka: władza wciąż sabotuje projekt, który zawsze ją uwierał.

Ludowe, przaśne powiedzonko mówi: „Jak się nie obrócić, pupa zawsze z tyłu”. W przypadku niemiłościwie nam panujących da się powiedzieć nieco inaczej: „Jak się nie obrócić, kryzys zawsze pod ręką”. W 2026 roku nikt przytomny, poza żelaznym elektoratem Donalda Tuska, nie wierzy w rządy liberalnych fachowców. Gdyby polskie państwo było zabawką, którą można dać rocznemu dziecku do zepsucia, dałoby się na to patrzeć z pobłażliwym rozbawieniem i zainteresowaniem. Niestety, koalicja 13 grudnia w dwóch lewych rękach trzyma naszą przyszłość. I najwyraźniej intryguje ją, co by tu jeszcze spieprzyć, póki wyborcy nie pójdą po rozum do głowy.
 

Źródło: Gazeta Polska

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Polityka