Byt polityczny pod tytułem „Waldemar Żurek” wskrzeszony został do politycznego życia tylko w jednym przecie celu: miał skuteczniej niż niejaki Bodnar rozprawić się z pisowcami i jeszcze gorszymi od nich braunowcami. Miał też strzec nierównego traktowania przez sądy Ukraińców i Polaków. Dla Polaków miało nie być w sądach i prokuraturach żadnego pobłażania. O ile z ukrainizacją sądów jako tako sobie radzi, o tyle już na linii rozprawy z „wredną prawicą” i pisowcami jakoś mu nie idzie. Prosty charakter i brak skrupułów to jednak zbyt mało, aby natychmiast przywrócić stalinowski sznyt w sądach.
Prokuratorzy też co rusz wyrywają się z zaprzęgu i hołdują jakimś tam konstytucyjnym przesądom, nie pojmując etapu rewolucyjnej furii. Żurek ulepiony został po to, aby wykorzystać swoje kompleksy, poczucie skrzywdzenia, megalomanię i jednocześnie głębokie poczucie niedowartościowania do aktywnego gnojenia przeciwników Tuska i jego gangu. Tymczasem Ziobro wciąż fruwa na wolności, inni pisowcy popluwają bezkarnie, Braun niezdelegalizowany. O nie po to młotek zastąpił wystrzępioną rózgę, żeby ciągle podnosiły się jakieś tam dyskusyje. Młotek ma walić i nie pytać się dlaczego. A tu Żurek wygaduje, że będzie uprawiał własne strategie, zdobywa się na własne zdanie. No widać, że dawno nie przypomniał mu nikt, skąd mu buty wyrastają. To już nie majstrowanie przy kolejnych działkach, bójki z sądowymi froterkami, „to są poważne antypaństwowe działania, panie Żurek”, nikt tu panu nie będzie płacił za przywiezione z Krakowa dylematy. Żurek coraz mocniej jednak zdaje sobie sprawę, że rządy Tuska kiedyś się skończą i gdy do władzy dojdą prześladowani teraz przez niego działacze, to może nie zdążyć zwiać na Majorkę czy inne Kanary. Dzisiejsi podwładni równie gorliwie przystąpią wtedy do ścigania go za przestępstwa, których popełnił już wystarczająco dużo. Wytwór „Żurek” wyraźnie stracił animusz i nawet jego słowne połajanki z prezydentem nie brzmią już tak chojracko jak kilka miesięcy temu. Ryją pod nim Roman Giertych i cała wataha uzależnionych od niego „influencerów”, którzy uznali, że nie jest wystarczająco „sztywny” jak na wymogi prowadzonej obecnie czystki. Giertych znakomicie rozumie to, że jeśli Żurkowi nie uda się ostatecznie złamać prokuratury i sądów, to przy jakiejkolwiek zmianie politycznej pogody znów trzeba będzie zwiewać do Włoch albo odgrywać upadki na widok funkcjonariuszy państwa. W gruncie rzeczy sam Tusk nie może być spokojny o swoją przyszłość: Merz go nie lubi i nie wyciągnie ku niemu opiekuńczych rączek jak kiedyś ciocia Angela. Kiedy straci władzę, stanie się jedynie kandydatem do kilku śledztw stawiających mu zarzut sprawstwa kierowniczego w działaniach kryminalnych łamiących Konstytucję RP i prowadzących do nadużywania władzy w interesie obcych mocarstw i własnych. Czas się kurczy, a tu tylu jeszcze potencjalnie groźnych przeciwników spaceruje po wolności, że nawet niemieckie media polskojęzyczne zauważyły już podenerwowanie premiera i słusznie za premierowskie migreny obwiniają obywatela Żurka. Gdybyż uważał on na lekcjach historii, wiedziałby, jak kończyli jemu podobni hunwejbini. Nie macie, Żurek, wyjścia: albo teraz odpalicie najmocniejsze uderzenia, albo przyjdzie po was jednooki, który stratuje was jak dzik świeżą koniczynę.