Hitler pod koniec życia wydał wiele szalonych rozkazów. Sporą część tych najbardziej oderwanych od rzeczywistości zarządził właśnie w swoim bunkrze. Im trudniejsza była sytuacja, tym częściej robił coś absurdalnego. Przesuwanie nieistniejących dywizji, obrona dawno zdobytych przez przeciwnika szlaków zaopatrzeniowych itd. Jedyne, co mu dobrze wychodziło, to wykańczanie bliskich współpracowników, których podejrzewał o nielojalność.
Powiedzenie „bunkier Hitlera” stało się synonimem nieracjonalności upadającej władzy.
Obserwując zarządzanie przez rodzimego satrapę państwem, a szczególnie swoim obozem politycznym, odnoszę wrażenie, że zbliża się ta chwila, w której poziom racjonalności decyzji jest właśnie adekwatny do momentu kompletnego upadku. Zamiast wywalić szefa MSWiA Marcina Kierwińskiego – skompromitowanego akcją powodziową, mianowaniem odklejonego od zasad i rozumu szefa policji, aferą Szpitala Południowego itd. – Tusk wymyślił, że winę za nieszczęścia przerzuci na lekarzy. Jest faktem, że Dawid Kacprzyk jakimś cudem został lekarzem i zarabiał pieniądze większe niż prezes banku, przy okazji przebywając w kilku miejscach naraz i być może dokonując niezgodnych z procedurami czynności medycznych, które mogły doprowadzić do śmierci pacjentów. Problem w tym, że jego działania wynikały nie z tego, że jest lekarzem, lecz z tego, że jest politykiem w kraju, w którym władza zapewnia swoim bezkarność. Ale tego przyznać nie wolno, bo rządzący są i mają być świetni. Najnowsze pomysły ograniczenia zarobków w służbie zdrowia to szukanie zastępczego winnego i granie na niskich emocjach. Rzeczywiście pojawiają się zarobki rzędu 400 zł za godzinę dla lekarzy specjalistów. To dużo, tylko czy powinniśmy im płacić mniej? Po pierwsze, na ogół tyle nie zarabiają. Po drugie, płacić można tylko za realną pracę i prawdziwe kwalifikacje. Bilokacja to inny resort. Dobry prawnik zarabia w Polsce kilkaset złotych za godzinę i nikt tego nie uważa za przesadę. Czym różni się kardiochirurg od prawnika? Zapewniam, że tym pierwszym trudniej zostać. Nie bulwersuje też nikogo, gdy kolejna ciotka czy kochanka (kochanek) znanego polityka dostaje intratne stanowisko. W przeliczeniu na godziny realnej pracy nierzadko zarabia sporo więcej. Tam, z całym szacunkiem, jedyną kwalifikacją są solidne plecy, a przynajmniej ich szlachetne zakończenie.
A może należy zmusić lekarzy, żeby byli po prostu misyjnym zawodem? Proszę bardzo, tylko wtedy będziemy się leczyć w prywatnej służbie zdrowia albo u naszych lekarzy za granicą. Oczywiście pamiętam system „misyjnych lekarzy” z lat 90. Ich pięknym symbolem był marszałek Tomasz Grodzki. Tylko jak się potem okazało, misja kosztowała pacjentów jeszcze więcej.
Jest kilka reform, które byłby sensowne, ale musiałyby one na przykład polegać na przywiązaniu ordynatorów do swojego oddziału. Tylko że można to zrobić jedynie przez podwyżki. Jeżeli ordynator za kierowanie czymś tak skomplikowanym jak oddział szpitalny dostaje kilka tysięcy złotych, to proszę się nie dziwić, że pieniądze wyciekają. Zmuszanie ordynatorów do wchodzenia w sieć powiązań z prywatnym biznesem to najszybsza droga do tego, żeby w szpitalu nie było pieniędzy. Oczywiście sprawny elektroniczny system refundacji też zmniejszyłby oszustwa, które nierzadko się zdarzają. Tusk jednak forsuje „urawniłowkę”. Politycznie dla opozycji korzystne, bo środowisko znane z liberalno-lewicowych poglądów wytoczy mu wojnę. Problem w tym, że „w bunkrze Tuska” ofiarami będą nie tylko dowódcy, lekarze, ale koniec końców najbardziej ucierpią pacjenci.
Sprawdź co przygotowaliśmy w najnowszym numerze tygodnika #GazetaPolska.
— Gazeta Polska - w każdą środę (@GPtygodnik) July 15, 2026
📍 Więcej na https://t.co/ZvUGL4Jq7k oraz https://t.co/QMgFz7OzaG pic.twitter.com/5ibOdlvaCt