A oczywiście najbardziej pamięta mu się mistrzostwo świata z Argentyną w 1986, ale tamta Argentyna miała bardzo wyrównany skład ze znakomitymi graczami w każdej formacji. Oczywiście Maradona wtedy przekraczał granice wyobraźni, kiwał ośmiu Anglików i strzelał gola, wyskakiwał wyżej niż Peter Shilton i zdobywał bramkę ręką. W półfinale zdobył oba gole w meczu z Belgią, ośmieszając obrońców i bramkarza. W finale w meczu z RFN w ostatnich minutach, kiedy wszyscy słaniali się na nogach przy stanie 2:2, wyprzedził swój czas zagrywając wredne dla obrońców prostopadłe podanie do Jorge Burruchagi, który zdobył zwycięskiego gola. Wyprzedził, bo takie podania są modne dopiero od jakichś dziesięciu lat.
To oczywiście fakty, które budowały wielkość Maradony. Ale prawdziwą wielkość objawił cztery lata później w mistrzostwach, które odbywały się w "jego" Włoszech. Argentyna nie była już wielką drużyną, była słaba, ale miała Diego. On wziął wszystko na swoje barki. Wszystko, czyli słabość kolegów, ataki rywali, a także wielką nienawiść trybun, gdy w półfinale albi-celestes zagrali z Włochami. Zagrali i po karnych pokonali gospodarzy mundialu, którzy, do tej pory zauroczeni geniuszem Diego, od tej pory zaczęli jego geniusz przeklinać.
W finale Argentyna z Niemcami przegrała, ale to nie była wina Diego. Za to wicemistrzostwo było moim zdaniem jego największym osiągnięciem, bo pokazało, że czasami, nie zapominając o innych piłkarzach wicemistrzów: dobrym bramkarzu Sergio Goycochei czy skutecznym napastniku Claudio Caniggii, futbol to też sport polegający na indywidualności.
Poza boiskiem Diego zawsze przegrywał. Przegrywał z ludźmi, którzy go otaczali, przegrał z mafią, która wciągnęła Go w narkotyki. Uwierzył, że wielkość na boisku czyni Go wielkim w życiu. Nie uczyniła. Przegrał życie, które zakończył w wieku 60 lat, ale na boisku wygrał nieśmiertelną sławę.
Żegnaj Diego.
Spoczywaj w pokoju
Będziemy pamiętać.