Jak każdy miłośnik władzy absolutnej niedawny „cesarz Europy” chciałby obsadzić swoim ludźmi wszystkie najważniejsze punkty państwa.
Mieć własne: Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, Instytut Niepamięci Narodowej, który zadba o to, by niewygodnie fakty z historii jak najszybciej zapomnieć. Kandydatów na stupajków nie zabraknie – w końcu jeśli lekarz może dowodzić armią, to i radca prawny (bez stażu) może być sędzią. Byleby był posłuszny. I wyglądał na swojaka. Stąd dobór polskich nazwisk w najnowszych nominacjach. Tu pasuje jak ulał stary żart, w którym leśniczy dowiaduje się od zwierzchnika, że ma zorganizować polowanie dla wyjątkowych gości. „A kto będzie?” – pyta zwierzchnika. „Ano Berek, Żurek, Szłapka…”. – Zaraz, ale ja pytam o myśliwych, a nie o nagonkę!”. I jak na razie udało się przepchnąć Berka przez Sejm jak przez rurę kanalizacyjną. Maszynka do głosowania zrobiła co trzeba, koalicjanci poszli owczym pędem. Choć przecież mogli wstrzymać się od głosu, nie przyjść tego dnia do Sejmu albo zatrzasnąć się w kiblu. Nie skorzystali z tej możliwości. Głos na „nie” oddał tylko marszałek Czarzasty. Ale okazało się, że to była pomyłka, a nie odruch przyzwoitości. Swoją drogą sprowadzenie polityki do poziomu gier i zabaw dziecinnych można by rozwijać szerzej – dwuczłonowy zwierzchnik armii to gość świetny na „przerywane wojsko”; Temidą już kieruje „ślepa babka”; Nowacka pasuje do „gry w klasy”. W „komórkach do wynajęcia” liderem jest Hołownia, za każdym obrotem gry przypada mu gorsze miejsce. Do salonowca najlepszy byłby Kierwa, a propagandę można robić wedle reguł głuchego telefonu – władza nie słyszy pytania, a do społeczeństwa nie dociera właściwa odpowiedź. I Szłapka Szłapkę myje. Mankamentem obecnej gry jest to, że to złapany uczestnik zabawy automatycznie staje się berkiem, a dotychczasowy ścigający sam staje się ściganym. W polskich realiach można sobie wyobrazić, że złapany Ziobro znów staje się ministrem sprawiedliwości... Ale wówczas gra berek natychmiast będzie się musiała zmienić w zabawę w chowanego.