Za kandydaturą na sędziego TK współpracownika premiera głosowało 226 posłów. Mimo opowieści koalicjantów, jaka to upolityczniona kandydatura, wyłamali się jedynie Włodzimierz Czarzasty (tak, sensacyjnie był przeciw), Klaudia Jachira (KO), Paweł Śliz z Polski 2050 i Rafał Komarewicz z Centrum. Nieobecni lub nie oddali głosu? Anna Maria Żukowska, największy krytyk w sieci wysuniętego Berka wśród partii sojuszniczych Donalda Tuska, Franciszek Sterczewski i Marek Sawicki. Marszałek senior nazywał postawę KO „niemądrą” i „niepoważną”, ale – podobnie jak wymieniona trójka – nie zagłosował przeciwko kandydaturze Berka. Tyle zostało z politycznej niezależności „przystawek” od Koalicji Obywatelskiej. Jak zwykle, gdy nadchodzi moment podjęcia decyzji, są one niezdolne do nałożenia presji i przeforsowania odmiennego stanowiska od narzuconego przez Tuska.
W teorii Berek będzie ósmym kandydatem na sędziego TK, przeforsowanym przez obecną koalicję. Ma zastąpić ustępującego z funkcji Justyna Piskorskiego, nazywanego przez liberalnych prawników i rządzących „dublerem”. Nie przeszkadza im, że według tej teorii były minister stanie się „dublerem dublera”, czyli zajmie miejsce rzekomo nieprawidłowo wybranego i tym samym sam stanie się wadliwie powołany. Nie przeszkadza im, że to czynny polityk – a istotą sporu o trybunał, ciągnącego się od dekady, było właśnie „upolitycznienie”. Wszystkie te argumenty zostały obrócone widowiskowo w pył w ostatni piątek podczas obrad Sejmu.
Wadliwa kandydatura
Nominacja Berka wzbudza oczywiste kontrowersje z uwagi na to, że będzie zasiadał w instytucji orzekającej o zgodności z konstytucją m.in. ustaw, nad których kształtem i procesem legislacyjnym czuwał jako minister nadzoru – to funkcja żywcem wyjęta z nomenklatury PRL-owskiej, kiedy to funkcjonował minister kontroli państwowej. To, że jest przyjacielem premiera i wielokrotnie opiniował projekty legislacyjne – jak wskazuje prof. Ryszard Piotrowski w debacie publicznej – wzbudza zrozumiałe obawy. Największą wątpliwość stanowi brak wymaganego 10-letniego stażu pracy jako radca prawny. Berek nie ma wyższego stopnia naukowego, jest doktorem nauk prawnych. Nawet jeśli czysto teoretycznie nadawałby się ze swoimi kwalifikacjami do TK, to z dostępnych w mediach dokumentów wynika, że prowadził swoją kancelarię przez osiem lat. Ogromną hipokryzją było samo zgłoszenie Berka na kandydata do obsady TK – kilkanaście miesięcy po tym, jak Koalicja Obywatelska wniosła projekt nowelizacji, w którym nałożono czteroletni okres karencji między wykonywaniem funkcji politycznych a orzekaniem w trybunale. Karol Nawrocki zawetował ustawy „przywracające praworządność” w wydaniu Waldemara Żurka, ale kontekst zesłania byłego ministra do trybunału jasno pokazuje, że nie ma intencji odbudowy tej instytucji. Cała ta retoryka i nieuznawanie Trybunału Konstytucyjnego miało charakter wyłącznie polityczny, aby zmanipulować własnych wyborców.
– Dewastujące dla praworządności od ponad dwóch lat jest to, że nikt nie kontroluje tego, czy ustawy przyjmowane przez parlament i ewentualnie podpisywane przez prezydenta spełniają wymóg konstytucyjności. Na szczęście było to niwelowane najpierw przez Andrzeja Dudę, który wetował niekonstytucyjne ustawy, a dzisiaj mocniej w rolę recenzenta rządu wszedł Karol Nawrocki. Warto pamiętać, że TK nie tylko kontroluje konstytucyjność ustaw, lecz także konstytucyjność rozporządzeń wydawanych przez ministrów. W ich przypadku niewymagany jest podpis przez prezydenta, więc rząd przyjął dokładnie taki model działania. Przykładem niech będzie rozporządzenie ws. rzekomej implementacji prawa europejskiego w zakresie transkrypcji aktów stanu cywilnego, umożliwiające rejestrację i uzyskanie aktu stanu cywilnego dla dwóch osób tej samej płci. Opiera się ona na rozporządzeniu, które jest niekonstytucyjne według trybunału, ale ponieważ Donald Tusk i podległe mu służby w postaci Rządowego Centrum Legislacji blokują publikację wspomnianego orzeczenia, to wyrok nie wywołuje skutków prawnych. Na tym polega taktyka nieuznawania TK przez obecną władzę – wskazuje dr Michał Sopiński.
Plan Sadurskiego i spodziewane uchwały
W teorii, aby doprowadzić do postawienia zarzutów dyscyplinarnych lub karnych prezesowi TK, należy zwołać Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK. Do osiągnięcia kworum potrzeba 2/3 głosów – czyli 10 członków. Berek – o ile zostanie dopuszczony do orzekania – będzie ósmą osobą wybraną w tej kadencji Sejmu. W teorii w pełni legalne przejęcie wpływów w trybunale odbędzie się dopiero w maju 2028 r., gdy zakończy się konstytucyjna kadencja sędziego Wojciecha Sycha – przy założeniu, że prezydent zmieniłby zdanie i odebrał ślubowanie od czterech kandydatów wyłonionych w obecnej kadencji Sejmu. Według przepisów ustawy o trybunale Zgromadzenie Ogólne zwołuje prezes TK. A z kolei szefa instytucji wybiera zgodnie z ustawą zasadniczą prezydent. W tym sensie wybór Berka nie będzie oznaczać pełnej, politycznej kontroli nad instytucją poza przewagą 8:7 nad opozycją. Dlatego prof. Wojciech Sadurski na łamach „Gazety Wyborczej” poszedł krok dalej i namawiał do „skaptowania” dwóch innych sędziów, powołanych na wniosek PiS. Wcześniej wybrana ósemka zorganizuje prace odrębnego TK w innym miejscu, poza al. Szucha – według prorządowego prawnika nie miejsce, lecz ludzie stanowią o tym, czy instytucja istnieje. Następnie grupa wybierze ze swojego grona przewodniczącego i przejdzie do rozpoznawania spraw. Platformerscy członkowie określiliby się prawowitymi sędziami – zapewne podparliby się serią uchwał sejmowych – a w zamian otrzymaliby pieniądze z budżetu państwa na funkcjonowanie, zablokowane dzisiaj przez ministra finansów Andrzeja Domańskiego. Tak wygląda plan „odbicia” Trybunału Konstytucyjnego, którego realizacji nie sprzeciwiłyby się europejskie trybunały.
Według Michała Sopińskiego rządzący nie muszą czekać na dołączenie dwóch sędziów spoza grona wyłonionego przez Sejm tej kadencji. Jego zdaniem koalicja pójdzie na rympał i wystosuje uchwały o nieprawidłowym wyborze przez poprzednią większość sędziów, co pozwoli obsadzić kolejne miejsca w TK. Nikt wśród rządzących nie będzie przejmował się prawnym wymogiem uzyskania kworum, by dokonać zmiany prezesa TK, ani ślubowaniem w obecności głowy państwa. – Bo jeszcze przed zwołaniem Zgromadzenia Ogólnego może być przeprowadzona odpowiednia uchwała w Sejmie i w jej efekcie wybrana ósemka zacznie orzekać – przy al. Szucha lub w innej siedzibie. To metoda faktów dokonanych. Nikomu w KO ani w rządzie nie będzie przeszkadzać brak zaprzysiężenia wobec prezydenta. W skład neotrybunału wejdzie zarówno czwórka, która złożyła ślubowanie przed Włodzimierzem Czarzastym i notariuszem, jak i kolejna trójka, która powstrzymuje się od orzekania. Wszystko to ma na celu wytworzenie prawniczej podpórki, żeby dokończyć ustrojowy zamach stanu – komentuje Sopiński.
Uderzyć w prezydenta
– Paraliż TK i bojkot orzeczeń to jednak za mało. W moim przekonaniu premier Tusk nie parłby dalej, nie pojawiałyby się deklaracje jego i ministra Waldemara Żurka o decydującym wrześniu dla przyszłości instytucji, gdyby nie chodziło jeszcze o coś innego. Trybunał poza rolą w zakresie kontroli konstytucyjności, czyli patrzenia władzy na ręce, ma też wiele innych uprawnień i w mojej ocenie szef gabinetu zorientował się, że obsadzenie ósmego miejsca Maciejem Berkiem i siłowe doprowadzenie czterech nieuznawanych osób przez prezydenta oraz prezesa TK pozwoli na zwołanie Zgromadzenia Ogólnego Sędziów TK. Gremium zezwoli w głosowaniu na postawienie zarzutów dyscyplinarnych Bogdanowi Święczkowskiemu i przyjęcie uchwały większościowego składu, że prezes TK nie jest zdolny do wykonywania swojej funkcji. Finalnie minister Żurek zainstaluje wybranego przez siebie członka trybunału na stanowisko „neoprezesa”, używając nomenklatury rządzących – wskazuje prawnik. Kolejnym elementem będzie walka z prezydentem Nawrockim, czyli próba uznania przez przejęty Trybunał Konstytucyjny z nowym prezesem, że w odniesieniu do kadencji głowy państwa zachodzi potrzeba uruchomienia procedury z artykułu 131 Konstytucji RP. Zakłada on, że w sytuacji rzekomej niemożności pełnienia funkcji TK zwraca się do marszałka Sejmu o zastępowanie go w wykonywaniu obowiązków – analizuje Sopiński.
Czy to tylko political fiction? W debacie publicznej padały już z ust ministra Waldemara Żurka groźby na temat wyrzucenia sędziów Sądu Najwyższego. Mało tego – w ubiegłym roku byliśmy świadkami niezwykle groźnej operacji pozbawienia urzędu Nawrockiego poprzez bojkot Zgromadzenia Narodowego, która ostatecznie się nie powiodła m.in. ze względu na postawę ówczesnego marszałka Szymona Hołowni. Wtedy pojawiło się mnóstwo fikołków prawnych, uzasadniających szaleństwo suflowane przez Romana Giertycha. O konstytucyjnym artykule 131 w kontekście przejęcia prerogatyw prezydenta przez Włodzimierza Czarzastego mówił kilka tygodni temu Ryszard Kalisz, członek PKW, w wywiadzie dla Tok FM. Gdyby ten scenariusz się ziścił, rząd dzięki marszałkowi Sejmu obchodziłby weta, decydowałby o nominacjach sędziowskich czy generalskich. Wstępem do ograniczania kompetencji Karolowi Nawrockiemu jest śledztwo ws. niezaprzysiężenia czterech kandydatów na sędziów TK, wybranych kilka miesięcy temu przez Sejm. Prokuratura pod ewidentnym naciskiem Waldemara Żurka zwróciła się do głowy państwa z pytaniem o dogodny termin i miejsce przesłuchania w roli świadka. To absurdalne, zważywszy na to, że jeszcze niedawno minister sprawiedliwości opowiadał, iż konstytucja nie reguluje wprost, co oznacza sformułowanie „wobec prezydenta” w kontekście złożenia ślubowania przez sędziów trybunału, więc mogą – tłumaczył – uczynić to gdziekolwiek. Skoro tak, to na jakiej podstawie uruchomił organy ścigania?
– Zakładam, że Tuskowi chodziło przynajmniej o to, żeby chociaż dyskutować w mediach o możliwości pozbawienia urzędu Nawrockiego, który wetuje i krytykuje rząd – ocenia Sopiński. Dalej siłowo zagarnięty TK mógłby uznać za niekonstytucyjne ustawy z lat 2015–2023 – w tym te dotyczące KRS i Sądu Najwyższego – co pozwoliłoby na stwierdzenie, że powołani w tamtym okresie nie są sędziami. Obóz rządzący nie będzie miał już oporów przed publikacją „właściwych” wyroków trybunału w „Dzienniku Ustaw” oraz wprowadzenia „swoich” sędziów w asyście policji do budynku Sądu Najwyższego. To może tłumaczyć nagłą determinację w przeprowadzeniu polityczno-policyjnej operacji wokół Trybunału Konstytucyjnego niemal rok przed wyborami. Tym bardziej że Berek prawdopodobnie dołączy do grona czwórki kandydatów na sędziów, którzy nie przystąpili do orzekania. – Ostatnią rzeczą, której potrzebuje TK, jest kolejny polityk. Szczególnie bardzo bliski współpracownik premiera Donalda Tuska – komentował Karol Nawrocki, odnosząc się do planów koalicji rządowej. Trudno sobie wyobrazić, by w obecnej sytuacji prezydent odebrał przysięgę od Macieja Berka.