3 listopada Amerykanie wybiorą całą Izbę Reprezentantów i jedną trzecią Senatu. Politycznie będzie to jeden z najważniejszych testów drugiej kadencji obecnego gospodarza Białego Domu.
Donald Trump sam zadbał o to, aby tak się stało. Pozostaje najważniejszą postacią Partii Republikańskiej (GOP) i jej najskuteczniejszym narzędziem mobilizacji. Jednocześnie jego słabe sondaże są dziś poważnym problemem.
Kilkadziesiąt bitew
Nie ma sensu mówić o walce o wszystkie 435 miejsc w Izbie Reprezentantów. Większość mandatów jest politycznie bezpieczna. Amerykańska mapa wyborcza została przez lata tak skonstruowana, że zdecydowana większość okręgów jest albo wyraźnie demokratyczna, albo wyraźnie republikańska.
Gerrymandering i koncentracja wyborców sprawiły, że o większości decyduje stosunkowo niewielka liczba miejsc. To właśnie tam rozegra się tegoroczna bitwa. Cook Political Report ocenia demokratów jako faworytów do odzyskania izby, choć nie daje im gwarancji zwycięstwa.
Republikanie mają nadal kilka dróg do utrzymania większości. Ich problem polega na tym, że margines błędu jest niewielki. Szczególnie ważne są okręgi, w których Trump wygrał w 2024 r., ale republikanie nie mają tam trwałej przewagi. Takim miejscem jest Wisconsin. Dalej: Pensylwania, Michigan, Wisconsin, Arizona, Nowy Jork, New Jersey czy Kalifornia mogą zdecydować o tym, która partia przejmie kontrolę nad izbą.
Na poziomie ogólnokrajowym wiatr wieje dziś w stronę demokratów. W sierpniowym badaniu Emerson College kandydatów demokratów w wyborach do Kongresu popierało 51 proc. wyborców, a republikanów 43 proc.
Jeszcze ważniejszy jest drugi wskaźnik. Trump miał 40 proc. aprobaty, a 56 proc. badanych oceniało go negatywnie. I sondaże pokazują atmosferę polityczną, kiedy partia urzędującego prezydenta jest w wyborach połówkowych zwykle w defensywie.
Dallas – mobilizacja republikanów
Wyborcy mogą ukarać Biały Dom bez konieczności zmiany prezydenta. Demokraci chcą właśnie tego. Ich idealny scenariusz jest prosty – listopad ma być referendum nad Trumpem, jego polityką gospodarczą i stylem rządzenia. Uwypuklają wojnę z Iranem, wysokie ceny benzyny i duże koszty utrzymania. Republikanie z kolei próbują przekonać wyborców, że stawką jest coś innego: bezpieczeństwo granic, gospodarka, podatki i dalsza realizacja programu prezydenta.
W Senacie republikanie teraz mają przewagę. Dysponują 53 mandatami, podczas gdy demokraci i sprzymierzeni z nimi niezależni mają ich 47. Aby przejąć większość, demokraci potrzebują zaledwie czterech mandatów. To trudne, ale mapa zaczęła się zmieniać.
W grze są: Michigan, Maine, New Hampshire, Georgia, Karolina Północna i Ohio. Do tego doszły Iowa i Teksas – stany, które jeszcze niedawno trudno było traktować jako realne demokratyczne cele. Sama obecność Teksasu na mapie jest politycznym wydarzeniem. Demokrata James Talarico próbuje pokonać republikanina Kena Paxtona w stanie, który przez dziesięciolecia uchodził za jedną z najpewniejszych twierdz GOP.
Talarico nie jest oczywistym faworytem, ale jego kampania zmusza republikanów do wydawania pieniędzy w miejscu, które jeszcze niedawno mogli uznać za bezpieczne. To samo dzieje się w Iowa. Republikanie nadal mają tam przewagę, ale demokraci widzą możliwość wykorzystania niezadowolenia z administracji Trumpa. Dla tych ostatnich droga do większości w Senacie staje się realna.
Konwencja republikanów w Dallas była najbardziej wymownym wydarzeniem dotychczasowej kampanii. W normalnych warunkach wielka impreza partyjna jest wydarzeniem roku prezydenckiego. Tym razem GOP urządziła ją w środku kadencji.
Powód był oczywisty. Trump chce podnieść frekwencję własnego elektoratu. Przez dwa dni był centralną postacią wydarzenia. Towarzyszył mu J.D. Vance, który coraz wyraźniej buduje własną pozycję jako następca politycznego projektu Trumpa.
Dallas było więc nie tyle tradycyjną konwencją, ile wielkim wydarzeniem MAGA. Trump mówił o sukcesach swojej administracji, atakował demokratów i przekonywał, że utrzymanie republikańskiej większości jest warunkiem kontynuacji jego polityki. Najbardziej spektakularna była obietnica wypłaty 5 tys. dolarów każdemu dorosłemu Amerykaninowi, jeśli republikanie zachowają kontrolę nad obiema izbami Kongresu.
Co zrobi Trump po porażce?
To najważniejsze pytanie tegorocznych midterms. Jeśli demokraci odzyskają izbę, Trump pozostanie prezydentem, nie straci Białego Domu, nadal będzie kontrolował administrację i zachowa szerokie uprawnienia wykonawcze. Ale skończy się łatwość w uchwalaniu ustaw.
Prezydent nie będzie mógł liczyć na automatyczne poparcie izby dla swoich projektów. Każda większa inicjatywa legislacyjna stanie się negocjacją. Budżet, podatki, wydatki federalne czy kolejne zmiany prawne mogą utknąć w Kongresie. Jeszcze ważniejsza będzie kontrola.
Demokratyczna izba będzie mogła prowadzić śledztwa, organizować przesłuchania, żądać dokumentów i badać działania administracji.
Komisje kongresowe mogą stać się dla Białego Domu codziennym źródłem politycznej presji. Waszyngton zmieni wtedy pytanie. Zamiast: „co jeszcze Trump może zrobić?”, będzie pytał: „jak dalece Kongres może go powstrzymać?”.
Jeśli demokraci zdobędą także Senat, wtedy sytuacja Trumpa stanie się znacznie trudniejsza. Senat zatwierdza nominacje prezydenckie. Demokratyczna większość mogłaby więc blokować albo opóźniać część kandydatur Trumpa do sądów, administracji i kluczowych instytucji. Mógłby wydawać rozporządzenia, prowadzić politykę zagraniczną i korzystać z prawa weta, ale trudniej byłoby mu zmieniać prawo.
Trump znalazłby się w sytuacji charakterystycznej dla końcówki kadencji: prezydent nadal ma władzę, lecz polityczny system coraz mocniej działa przeciwko niemu. Nie oznacza to automatycznego impeachmentu. Izba mogłaby wszcząć postępowanie, ale do usunięcia prezydenta z urzędu potrzebne jest skazanie przez Senat większością dwóch trzecich głosów. Bardziej prawdopodobna byłaby długa wojna instytucjonalna: śledztwa Kongresu, prezydenckie weta, rozporządzenia wykonawcze i nieustanna mobilizacja elektoratu. Czyli druga połowa kadencji mogłaby stać się permanentną kampanią dla republikanów.
Największym paradoksem tegorocznych midterms jest to, że Trump stał się jednocześnie największym atutem i ryzykiem swojej partii. Potrafi zmobilizować bazę republikanów jak nikt inny, ale w niektórych okręgach jego nazwisko może być ciężarem. Dlatego Trump chce, by wybory były referendum nad nim.
Demokraci chcą dokładnie tego samego. Różnią się tylko odpowiedzią. Republikanie mówią: potrzebujemy Kongresu, żeby Trump mógł dokończyć swoją pracę. Demokraci odpowiadają: potrzebujemy Kongresu, żeby Trumpa kontrolować. Kilka tysięcy głosów w odpowiednich miejscach może przesądzić o całym Kongresie.
I właśnie dlatego 3 listopada nie będzie zwykłym sprawdzianem partii prezydenta. Wybory połówkowe mogą okazać się nie tyle głosowaniem w połowie prezydentury Trumpa, ile głosowaniem o jej politycznym finale.