Przypomnijmy, że określenie „doktryna Neumanna” pojawiło się jesienią 2019 r. – po ujawnieniu nagrań rozmowy ówczesnego szefa klubu PO Sławomira Neumanna z lokalnymi działaczami tej partii w Tczewie. Z nagrań tych zapamiętaliśmy bardzo krytyczne opinie o mieszkańcach tej, twardo wspierającej Platformę, miejscowości. Kluczowy jednak okazał się inny fragment rozmowy. Zarejestrowano ją pod koniec 2017 r., ale dopiero publikacja z 4 października 2019 r. nadała sprawie ogólnopolski rozgłos. Największe emocje wzbudziła deklaracja Neumanna: „Jak będziesz w Platformie, będę cię bronił (…) jak niepodległości. Jak wyjdziesz z Platformy, to masz problem”. W dalszej części rozmowy polityk przekonywał też, że same zarzuty prokuratorskie nie muszą politycznie zaszkodzić kandydatowi, zwłaszcza jeśli sprawa sądowa nie zakończy się przed wyborami.
Z tych wypowiedzi przeciwnicy PO wyprowadzili pojęcie „doktryny Neumanna” – nie jako formalnej zasady, lecz publicystycznego określenia mechanizmu solidarnej obrony ludzi własnego obozu mimo ciążących na nich podejrzeń lub zarzutów. Termin zaczął funkcjonować niemal natychmiast po publikacji taśm, a z czasem rozszerzano go na kolejne przypadki polityków opozycji, których – zdaniem krytyków – partia chroniła politycznie, proceduralnie lub wizerunkowo do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia ich spraw.
Lojalność priorytetem
Słowa te padły w bardzo konkretnym kontekście: pod koniec 2017 r. Neumann, wówczas szef klubu PO i ważny polityk pomorskich struktur partii, spotkał się z działaczami przed przygotowaniem list do wyborów samorządowych. Rozmowa dotyczyła wewnętrznych konfliktów w tczewskiej PO, poszukiwań kandydata na prezydenta miasta oraz problemów prawnych niektórych samorządowców związanych z ówczesną opozycją. Neumann przekonywał rozmówców, że w kampanii ważniejsza od samych zarzutów będzie polityczna lojalność i utrzymanie wspólnego frontu, bo elektorat PO może traktować działania prokuratury jako element walki politycznej ze strony PiS.
Sławomir Neumann dostarczył publicystom bardzo poręcznego narzędzia do opisu polskiej polityki i jej styku z wymiarem sprawiedliwości. Doktrynę Neumanna szybko zaczęto przywoływać w kontekście kolejnych polityków związanych z Koalicją Obywatelską. Jednym z nich był Stanisław Gawłowski, któremu prokuratura zarzucała m.in. korupcję w aferze melioracyjnej. Senator do dziś robi z siebie ofiarę pisowskich prześladowań na tle politycznym. Dopiero w 2025 r. zapadł nieprawomocny wyrok pięciu lat więzienia.
Innym symbolem stał się Włodzimierz Karpiński, podejrzany o przyjęcie blisko 5 mln zł łapówek w aferze śmieciowej – przez dziewięć miesięcy przebywał w areszcie, z którego wyszedł w listopadzie 2023 r., po objęciu mandatu europosła z immunitetem. Jeszcze bardziej jaskrawa była sprawa Tomasza Grodzkiego. Prokuratura chciała postawić ówczesnemu marszałkowi Senatu zarzuty przyjmowania pieniędzy od pacjentów. Pierwszy wniosek o uchylenie immunitetu pozostawiono bez biegu, a kolejny Senat odrzucił stosunkiem głosów 52 do 47. Sprawę przeciągano do końca kadencji, a po zmianie władzy prokuratura w 2024 r. sama wycofała wniosek, uznając wcześniejsze ustalenia (w tym zeznania olbrzymiej liczby świadków) za niewystarczająco pewne.
Najbardziej symboliczny pozostawał przypadek Sławomira Nowaka, byłego ministra transportu w rządzie PO-PSL, podejrzanego o korupcję w Polsce i na Ukrainie. Gdy od dziewięciu miesięcy przebywał w areszcie, Donald Tusk nazwał go „więźniem politycznym” – zaledwie trzy dni później sąd odmówił dalszego przedłużenia aresztu i Nowak wyszedł na wolność.
Kacprzyk wrócił do pracy
Sprawa Dawida Kacprzyka coraz wyraźniej wpisuje się w ten sam schemat, o czym wczoraj pisał na łamach „Codziennej” Sławomir Jastrzębowski. Po nagłośnieniu afery Kacprzyk zrezygnował z członkostwa w KO i mandatu radnego Ursusa, a władze Warszawy wymieniły zarząd szpitala. Nie przedstawiono mu jednak dotąd zarzutów karnych, a jego prawo wykonywania zawodu pozostaje aktywne.
W ostatnich dniach roku media podały, że Kacprzyk wrócił do pracy jako lekarz w prywatnej placówce w Jaktorowie, posiadającej kontrakt z NFZ, a co więcej, chwalił się, że znalazł zatrudnienie w warszawskim szpitalu św. Anny. Równolegle na portalu Znany Lekarz zaczęły ponownie się pojawiać entuzjastyczne opinie na temat bohatera skandalu.
„Dr Kacprzyk jest nie tylko świetnym lekarzem, ale przede wszystkim bardzo dobrym człowiekiem. Do każdego pacjenta podchodzi z dużym profesjonalizmem, empatią i zaangażowaniem. W swoją pracę wkłada naprawdę dużo serca” – pisze pani Agnieszka. „Jest także bardzo dobrym liderem – potrafi motywować innych i zachęcać do działania, również poza medycyną. Dużo czasu poświęca działalności społecznej i chętnie pomaga innym, nie oczekując niczego w zamian. To człowiek, na którego można liczyć i który zawsze stara się zrobić coś dobrego dla innych”. Użyte w tekście przedłużone pauzy sugerują, że tak naprawdę pochwały te powstały z użyciem sztucznej inteligencji. Być może pisał je sam Kacprzyk?
Rzekomy lincz
Skoro zaś jesteśmy już przy tym wątku, spójrzmy, jak subtelnie zmienia się narracja wokół prof. Barbary Mróz-Gorgoń. Jej końcowa kariera w rządzie była zdominowana przez drwiny z błędów, podejrzenia o użycie AI i pytania o pieniądze wydane na projekt „Marka Polska”. Po kilku tygodniach narracja w mediach się zmienia. Po dymisji ekspertki pojawiły się teksty przedstawiające ją jako ofiarę „internetowego linczu” i wskazujące, że nawet uzasadniona krytyka merytoryczna przerodziła się w personalną nagonkę. Tę linię podjęły m.in. „Kultura Liberalna”, Wirtualne Media i „Gazeta Wyborcza”.
Jednocześnie nie znikają pytania o jakość jej pracy ani śledztwo prokuratury dotyczące wydatkowania blisko 180 tys. zł na szerszy projekt. Mróz-Gorgoń na razie nie usłyszała zarzutów, udała się za to na roczny urlop zdrowotny. Gdy coraz głośniej mówi się o potrzebie kontroli całego jej naukowego dorobku, niektóre media wracają na znane sobie ścieżki pedagogiki wstydu i zaczynają oskarżać Polaków o dokonanie linczu z użyciem niewspółmiernej do przewiny (co samo w sobie jest już dyskusyjne) krytyki.
Cudak przejmuje uczelnię
Na koniec warto wspomnieć o głośnej awanturze wokół Akademii Wymiaru Sprawiedliwości i Sławomira Cudaka, który po odwołaniu Michała Sopińskiego przejął obowiązki rektora komendanta. Nominat Waldemara Żurka niemal natychmiast odwołał dwóch prorektorów, złożył dotyczące ich zawiadomienia do prokuratury i powołał na prorektora ds. rozwoju Jakuba Czarkowskiego. Wątpliwości budzi zarówno tempo tej kadrowej rewolucji, jak i sama nominacja Czarkowskiego – w 2025 r., był on jednym z bohaterów kontrowersji wokół sposobu reagowania władz AWS na skargi studentek dotyczące niewłaściwego zachowania wykładowcy, mającego między innymi dość bezpośrednio komentować ich wygląd.
Poza sporem prawnym o skuteczność odwołania Sopińskiego i podstawę prawną, na mocy której Cudak przejął kierowanie uczelnią, oraz oceną samego siłowego przejęcia uczelni przy zaangażowaniu dużych sił państwa, w tym policji, coraz więcej pytań dotyczy jakości wykształcenia Sławomira Cudaka, zdobytego na Słowacji. Jak widać, znana nam zbyt dobrze doktryna obejmuje kolejne dziedziny życia w ramach instytucjonalnego zawłaszczania państwa przez ludzi KO. Wykształcenie na uczelniach widmo nie jest żadną przeszkodą.