23 kwietnia spora część widowni ogłosiła w mediach społecznościowych bojkot TVN24. Nie wiem, czy faktycznie nie włączyła swojej ulubionej stacji, czy dała się ugłaskać. Wszystko przez to, że stacja ośmieliła się przerwać transmisję wystąpienia Andrzeja Seweryna. Aktor, którego betonowy segment elektoratu pokochał, gdy ten tłumaczył wnuczkowi, że nie ma miejsca na żadne dyskusje i wrogowi trzeba przyp…, tym razem opowiadał o korzeniach, katolicyzmie i wielu innych ciekawych rzeczach. Nie opowiedział o swoim liście do Kiszczaka, zresztą nie wiem, może i tym by zapunktował wśród dzwoniących do swojej ulubionej do niedawna stacji emerytów, w których tonie do dziś brzmi bezwzględność z niedzisiejszych przesłuchań. Dość, że Seweryna zgasili i wpuścili na antenę zaplanowany wcześniej wywiad z dwójką polityków, ekssędzią Wawrykiewiczem z KO i europosłem Wójcikiem. Być może gdyby był tylko Wawrykiewicz, jeszcze by jakoś znieśli, a tak podniósł się krzyk, że wyłączyli mistrza, by nadać jakiegoś pisowca. I w ogóle, że to pisowska stacja. Potwierdziła to zresztą Eliza Michalik, mówiąc, że TVN już nie jest nasz, że nawet do jesieni nie zaczekali. A może był to red. Tomasz Wiejski, nie pamiętam już dokładnie. Elizy Michalik lubię zresztą słuchać, co dziwi wielu moich znajomych, a to dlatego, że w jej opowieści to PiS jest partią mającą swój długofalowy i sprytny plan na przyszłość – a w planie tym jest i aktywność Trumpa, i fakt, że Kazik w wywiadzie mówi o odnalezieniu na nowo Boga.
Pewnie i wyłączenie Seweryna było częścią tego spisku. Choć według mnie po prostu w jakiejś reżyserce pojawił się jakiś kierownik, popędzany z kolei przez kolejnego w łańcuchu przełożonego, i krzyknął na wydawcę, że schodzimy z anteny z transmisją – a konsekwencji nie przewidział nikt. Przez kolejne dni Seweryn leciał ze swoją przemową niemal non stop, ale cóż, zaufanie emerytów zostało nadszarpnięte.