Nim uzasadnię swój punkt widzenia, zabiorę Państwa w krótką podróż w czasie i przytoczę referenda III RP. Pierwsze z nich jest dziś kompletnie zapomniane. Mimo że uznane zostało za ważne, równocześnie było dla władz niezobowiązujące i być może to tłumaczy tę amnezję. Jego formuła była zresztą dziwna: jednego dnia, 18 lutego 1996 r., przeprowadzono bowiem dwa niezależne od siebie referenda – pierwsze, poświęcone kwestii powszechnego uwłaszczenia, a drugie – sposobom wykorzystania majątku narodowego. Jeśli chodzi o pytanie: „Czy jesteś za tym, aby zwiększyć wartość świadectw udziałowych Narodowych Funduszy Inwestycyjnych przez objęcie tym programem dalszych przedsiębiorstw?”, ponad 76 proc. głosujących opowiedziało się przeciwko rozszerzeniu programu. Referenda te rozpisał Lech Wałęsa na kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi – zapewne były one obliczone na użytek jego kampanii.
Przegląd referendów w III RP
Niecały rok później elity III RP pytały już obywateli o nową konstytucję. Choć uchwalona ustawa zasadnicza wprowadziła próg ważności dla kolejnych referendów, sama została przyjęta w głosowaniu bez takiego wymogu – i przy poparciu mniejszej liczby obywateli, niż później uznano za konieczną. Co więcej, środowiska określające się do dziś jako prodemokratyczne wcześniej pozbawiły obywateli możliwości pełnego wyboru, nie poddając pod referendum cieszącego się znacznym poparciem projektu społecznego zgłoszonego przez NSZZ „Solidarność”.
Ten strach przed ludem widać również dziś. W 2003 r. przez dwa dni głosowano nad wejściem do Unii Europejskiej i było to ostatnie ważne referendum, w którym udało się osiągnąć próg frekwencyjny. Czy stało się korzystnie dla Polski – to temat na inne rozważania. W 2015 r. Bronisław Komorowski w kampanijnych opałach chciał ratować się referendum, w którym pytał Polaków m.in. o JOW-y. Komorowski pobił rekord – głosować poszło tym razem jedynie 7,80 proc. uprawnionych. Ostatnie jak dotąd pytania na szczeblu ogólnopolskim Polakom zadał rząd Prawa i Sprawiedliwości w roku 2023. Cztery sprawy, wokół których ówczesna władza skupiała swoją uwagę, poległy w starciu z emocją społeczną i propagandą drugiej strony sportu, a częściowo również polityków Konfederacji, którzy ideę głosowania mocno krytykowali. Choć frekwencja referendalna była wyższa niż poziom poparcia dla PiS, premier Tusk nie musiał – zgodnie z wcześniejszą deklaracją – „uroczyście unieważniać tego referendum”. Wbrew własnemu interesowi zrobili to sami Polacy.
Pierwsze pytanie, jakie nasuwa się przy okazji referendalnej inicjatywy Karola Nawrockiego, brzmi: dlaczego teraz miałoby być inaczej?. Gdy dwa lata temu Solidarność opublikowała swój raport „Drapieżny zielony nieład”, obok argumentów konstytucyjnych czy ekonomicznych przeciw tej unijnej agendzie pojawiły się badania wskazujące na to, że ponad połowa Polaków byłaby zainteresowania udzieleniem swojej odpowiedzi, gdyby tylko ktoś w ogóle zapytał ich o zdanie. Decyzja, czy tak się stanie, zależy teraz od Senatu i właśnie ta konstytucyjna niezręczność stawia paradoksalnie Karola Nawrockiego w korzystnym położeniu. Wiele wskazuje dziś na to, że senacka większość, znajdująca się w rękach koalicji rządzącej, zablokuje projekt, a to ustawi debatę już nie tylko wokół niewygodnego dla niej tematu, ale też antydemokratycznych praktyk i obaw przed oddaniem głosu obywatelom.
Ideologiczna krucjata z naszych portfeli
Kiedy wiele osób hamletyzuje z powodu kształtu pytania prezydenta na temat skutków polityki klimatycznej, zawierającego według nich tezę, a nie faktyczny opis sytuacji, zwykli internauci bardzo mocno reagują na treści mające inicjatywę Nawrockiego ośmieszyć. Jak widać, sprawa rozpala emocje, a unijna polityka budzi realne obawy. Osią sporu staje się więc nie polska obecność w Unii Europejskiej, co podkreślał zresztą prezydent, lecz odklejenie elit od rzeczywistości i rachunków każdego z nas. Tych, których stać będzie na ponoszenie kosztów kolejnych fanaberii i „ładów”, jest garstka. Dla innych to rosnące ponad siły rachunki i obawa o miejsca pracy, to zaczynający się już kryzys, dotykający przecież nie tylko naszą, ale i niemiecką gospodarkę. Politycy zza Odry coraz śmielej zresztą kombinują, jak własną produkcję uwolnić od przynajmniej części tego ciężaru. Polskiemu rządowi zwykłej lojalności wobec własnego elektoratu jak zwykle brakuje. I stąd właśnie chęć wypowiedzenia się, deklarowana przez uczestników debaty, którzy dobrze wiedzą, że to im przyjdzie zapłacić najwyższą cenę za ideologiczne krucjaty unijnych biurokratów.
W 2021 r. jedna z pracowni spytała się opinii publicznej, czy ówczesny rząd powinien zastosować się do orzeczenia TSUE w sprawie kopalni w Turowie, nakazującego płacenie kar i wyłączenie elektrowni stanowiącej podstawę egzystencji sporej części kraju. Około 50 proc. respondentów było wówczas zwolennikami stanowiska władz Polski, 40 proc. stało po stronie TSUE, pozostali nie mieli zdania. Zwolennicy uległości wobec zagranicy w kwestii kluczowej dla energetycznego bezpieczeństwa kraju stanowili grupę pokrywającą się mniej więcej z ówczesnym elektoratem KO i Polski 2050. Obie te partie w swoich medialnych wystąpieniach deklarowały konieczność wykonania decyzji TSUE bez oglądania się na koszty społeczne. W pisanym w tamtym czasie dla „Gazety Polskiej” felietonie sugerowałem, że sondażowe pytanie powinno brzmieć inaczej: „Czy jesteś gotów przesiedzieć jesień, a być może również zimę, bez prądu i ogrzewania, by w ten sposób podporządkować się decyzji sędzi TSUE Rosario Silvy de Lapuerty? Ty, nie twój sąsiad czy mieszkaniec Dolnego Śląska, którego w życiu nie spotkasz”.
Pytanie Nawrockiego jest precyzyjne
Podobnie sprawa wygląda z pytaniem referendalnym Karola Nawrockiego. Unia wciąż co do zasady kojarzy się Polakom dobrze, choć tkwiący w szczegółach diabeł coraz częściej pokazuje nam swoje rogi – i to również przekłada się na badania opinii publicznej. Ekologia jako słuszna idea dbania o nasz świat wciąż jest nam bliska. Jeśli więc pytać kogoś o to, czy chce realizacji ekologicznej polityki Unii Europejskiej, to należy go również uprzedzić, z czym się to wiąże. Nie mamy do czynienia z manipulacją, jak sugeruje to zwrot „pytanie z tezą”, lecz z wyjątkowym jak na klasę polityczną uczciwym ujęciem tematu. Unijna polityka faktycznie „doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej”, a przecież jesteśmy dopiero na początku tej drogi ku przepaści. Senat ma zająć stanowisko 20 maja. Tego samego dnia Solidarność organizuje protest w Warszawie. Referendum będzie jednym z jego postulatów. Jeśli nie zostanie on wysłuchany, temat na pewno nie zniknie z przestrzeni publicznej. Prędzej przemebluje scenę polityczną i ustawi kampanię wyborczą w 2027 r.