Liberalne media od razu podchwyciły wersję podaną przez policję o zajęciu się krzyża od zniczy, zapalonych pod nim dzień wcześniej – w 26. rocznicę śmierci Karola Wojtyły. I choć służby nie wykluczyły podpalenia, natychmiast zrobili to dziennikarze, domorośli eksperci i antyklerykalni komentatorzy. Inni wreszcie skupili się na wymiarze duchowym tego zdarzenia. Podpalenie czy wypadek – to sprawa drugorzędna przy tak silnej wymowie tego, co zobaczyliśmy. Nagromadzenie symboli z pogranicza wiary i historii jest tu bowiem wyjątkowe: krzyż papieski, dzień po rocznicy odejścia papieża, Wielki Piątek. Nie chcąc wchodzić tu w duchowe rozważania, dodam tylko, że Jan Paweł II zostawił nam przesłanie „Nie lękajcie się” i również w takich okolicznościach powinno nam ono towarzyszyć. Komu jest ono zaś obce, ten być może powinien sobie w poświątecznym okresie kilka spraw przemyśleć, czy jest jednym z rządzących, czy może kimś z tłumu komentatorów, rozbawionych sytuacją lub komentarzami katolików. Ci są bowiem na ogół bardzo przejęci, czemu trudno się dziwić. Warszawska parafia zapowiada odbudowę symbolicznego krzyża. Na pewno nie zabraknie chętnych, by dzieło to wesprzeć. Wartość krzyża była jednak przede wszystkim symboliczna – i takie będzie też znaczenie tego, który powstanie na jego miejsce.
Opiłowywanie katolików w praktyce
Zanim Koalicja Obywatelska wróciła do władzy, padły publicznie trzy mocne zapowiedzi, jak nowa władza chce ułożyć sobie relacje z Kościołem i z wiernymi. Pierwszą była próba oparcia kampanii wyborczej w wyborach do PE w 2019 r. na nagłaśnianiu prawdziwych i fałszywych przypadków pedofilii w Kościele jako przykładów obowiązującej normy. Drugą – publiczna nagonka na Jana Pawła II, rozpoczęta od publikacji książki i reportażu w TVN24, przypisujących mu tuszowanie kościelnych skandali. Wreszcie mieliśmy przywołaną już wypowiedź Sławomira Nitrasa o „opiłowywaniu katolików” z ich rzekomych przywilejów. Po tamtych słowach przez kraj przetoczyła się, właściwie nigdy do końca niezażegnana, fala fizycznych napaści na księży, obiekty sakralne i przedmioty kultu religijnego.
Już po październiku 2023 r. mieliśmy przypadek uniewinnienia Joanny Scheuring-Wielgus z zarzutu zakłócenia mszy świętej, natomiast nowy rząd zapowiedział złagodzenie przepisów art. 196 k.k., czyli obrazy uczuć religijnych przez publiczne znieważenie przedmiotu czci religijnej albo miejsca przeznaczonego do publicznego wykonywania obrzędów religijnych. Polska od kilku lat awansowała w rankingach przemocy wobec chrześcijan. Według raportu Ordo Iuris w 2025 r. w Polsce doszło do 88 przestępstw z nienawiści wobec chrześcijan, rok wcześniej było ich 84. Jak rozumieć w tym kontekście zapowiedź łagodzenia przepisów i pobłażliwość sądów – to niestety pytanie retoryczne. W takich warunkach trudno dziwić się, że piątkowy pożar traktowany jest przez katolików jako prawdopodobne podpalenie, a oficjalne komunikaty przyjmowane są z daleko posuniętą nieufnością. Warto, zwłaszcza osobom nieznającym tak dobrze najnowszej historii Warszawy, nakreślić historię – nie tylko samego krzyża, lecz także miejsca, w którym się znalazł.
Służewiec – od boomu przemysłowego do niebezpiecznej okolicy
Zapewne większość mieszkańców Polski zetknęła się z nazwą „Mordor”, jaką w ostatnich kilkunastu latach określało się Służewiec Przemysłowy. Dawne centrum planowanej, komunistycznej industrializacji tworzyć miało według planów aż 60 zakładów, z których starsi Czytelnicy pamiętać mogą zakłady mięsne, wytwórnię wody mineralnej Mazowszanka, ale też fabrykę półprzewodników Tewa. Nazwy ulic do dziś odwołują się do komputerowej nowoczesności. Ten mini okręg przemysłowy wytworzył nie tylko miejsca pracy, lecz także zaplecze mieszkaniowe. Drugim płucem Służewca Przemysłowego stało się położone od niego na południowy wschód potężne blokowisko, liczące 26 tys. mieszkań. Jak to w PRL – zbudowano bloki, trudniej było jednak postawić kościół. Walka o stworzenie parafii została uhonorowana przez kard. Stefana Wyszyńskiego przekazaniem jej właśnie owego krzyża z mszy papieskiej. Dekadę później upadł komunizm, a wraz z nim skończył się przemysłowy boom Służewca. Większość mieszkańców osiedla straciła w krótkim czasie pracę, a osiedle stało się terenem pełnym społecznych napięć i problemów oraz jednym z bardziej doświadczonych przez transformację terenów Warszawy.
Przez kilka lat była to niebezpieczna okolica, a pewne elementy specyficznego mikroklimatu da się odczuć do dziś. To nie jest ekskluzywne, zamknięte osiedle dla pracowników korporacji. Te zresztą też zaczynają już znikać ze swojej części Służewca, a kolejne „legendarne”, niegdyś nowoczesne biurowce są wyburzane, by ustąpić miejsca mieszkaniówce. Nazwy ulic na Służewcu powiązane są głównie z postępem technicznym – choćby siedziba Prokuratury Krajowej, nielegalnie przejęta przez Adama Bodnara, mieści się przy ul. Postępu. Część mieszkaniowa z kolei leży przy drogach nazwanych na cześć polskich jezior. Główną osią dzielnicy jest dwukierunkowa ul. Wincentego Rzymowskiego, czyli szefa kilku ministerstw z czasach stalinowskich. W pobliżu kościoła, przy którym płonął krzyż, przecina się ona z ul. Zygmunta Modzelewskiego – dyplomaty i ministra z tej samej komunistycznej epoki. Na fali zakwestionowanej przez NSA dekomunizacji ul. Rzymowskiego przez chwilę była ulicą Przemysława Gintrowskiego, a Modzelewskiego – Jacka Kaczmarskiego, jednak stare, PRL-owskie nazwy szybko wróciły. Ani Kaczmarski, ani Gintrowski nie okazali się dla władz miasta wystarczająco godni upamiętnienia, by pozostawić ich jako patronów ulic, jak to miało miejsce na przykład z Komitetem Obrony Robotników.
Skandaliczny wpis byłej radnej KO
W Wielkanoc w mediach społecznościowych głośno było o wpisie byłej radnej KO ze Stargardu Moniki Kirschenstein, która na zdjęcie płonącego krzyża zareagowała żenującym komentarzem „piękny widok”. Od słów koleżanki odcięła się lokalna Koalicja Obywatelska, informując równocześnie, że Kirchenstein nie jest od sierpnia zeszłego roku członkiem KO ani jej klubu. O poziomie zacietrzewienia radnej świadczy fakt, że z formacji Tuska odeszła, zarzucając partii „klerykalizm i poddańczy stosunek do hierarchów skompromitowanej instytucji Kościoła katolickiego”. Głosów ze strony ważniejszych polityków strony liberalnej w święta nie słyszeliśmy, a przynajmniej nie przebiły się one do szerszej publiczności, choć wielu z nich, składając życzenia, potrafiło – co nie zawsze było normą – wspomnieć o powodzie, z jakiego wysyła ten komunikat do swoich czytelników i sympatyków. Na pewno nie mieliśmy do czynienia z falą oburzenia, państwo nie skorzystało z okazji, by wokół tego dramatycznego wydarzenia próbować budować jakąkolwiek wspólnotę, choć przecież symbolika zarówno samego nieszczęścia, jak i szerszego kontekstu aż się o to prosi.