Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Karnkowski
21.04.2026 13:00

PiS nie ma czasu na podziały. Wyborcy mu tego nie wybaczą

Podziały na frakcje w Prawie i Sprawiedliwości nie są niczym nowym. Wizja wewnętrznych konfliktów w największej partii opozycyjnej od miesięcy rozpala wyobraźnię dziennikarzy i budzi zaniepokojenie wielu wyborców. Ostatnie dni przyniosły wyjątkowe zintensyfikowanie niepokojących sygnałów. Co ciekawe, nie brak też głosów, że tak naprawdę mamy do czynienia z chaosem kontrolowanym, obliczonym na poszerzenie elektoratu i zdobycie nowych koalicjantów.

Większość wyborców oczekuje od polityków współpracy i zakopania wojennych toporów. To oczywisty fakt, który powinni sobie przyswoić politycy prawicy. Tymczasem toporów nie brakuje na portalach społecznościowych, choć równocześnie przedstawiciele obu stron w największej partii opozycyjnej zapewniają, że ich celem jest walka z Donaldem Tuskiem pod sztandarem PiS. Skoro tak jest, skąd biorą się kłótnie? Odpowiedzi szukać należy w relacjach PiS z Suwerenną Polską. 

Jeśli cofnąć się do 2011 r., można ze zdziwieniem zauważyć, że ówczesne postulaty działaczy PiS, którzy zostali wyrzuceni z partii i w kolejnym Sejmie stworzyli nowy klub, a następnie ugrupowanie, są dość podobne do celów, jakie dziś stawia przed sobą krytykowany przez nich Mateusz Morawiecki. Po czterech latach rządów koalicji PO-PSL wiele osób spodziewało się powrotu PiS do władzy, ale werdykt wyborców był zupełnie inny i Donald Tusk dostał w prezencie kolejne cztery lata. Choć pierwsza kadencja PO nie była pasmem sukcesów, a raczej okresem, gdy szybko rozwiewały się złudzenia tych, którzy widzieli w niej sprawniejszą wizerunkowo i bardziej akceptowalną dla Europy wersję PiS, czyli siłę modernizacyjną, a zarazem walczącą z patologiami III RP. Choć Platforma zawiodła te naiwne oczekiwania, w odpowiednim momencie zdołała nastraszyć swoich wyborców obrazami awantur pod krzyżem, skinami i zadymami na stadionach. PO miała być gwarancją spokoju, zwalczającą rzekomych chuliganów, fanatyków i neonazistów. I sztuczka ta w 2011 r. jeszcze zadziałała. Po wyborach parlamentarnych część działaczy zaczęła krytykować PiS za jej wyborczy rezultat, co z kolei spotykało się z mocnymi wypowiedziami innych działaczy. 

Déjà vu 

Zbigniew Ziobro, należący wówczas do grupy krytycznej, apelował o poszerzenie bazy wyborczej partii. – Różne środowiska zgłaszają się do PiS. Jeździłem i spotykałem się w różnych miejscach w Polsce m.in. z samorządowcami, którzy są poza PiS, przedstawicielami lokalnych stowarzyszeń, które chętnie widziałyby się w PiS. Dla tych wszystkich środowisk, także związanych z przedsiębiorcami, powinniśmy znaleźć miejsce w PiS, powinniśmy się szeroko otworzyć, ale też animować i wspierać różne ruchy obywatelskie – mówił dziennikarzom w Sejmie przyszły lider Solidarnej Polski 15 lat temu. – Jestem, będę w PiS i chcę absolutnie przysłużyć się, żeby odsunąć ten rząd od władzy. Ale musimy mieć różne wrażliwości, różne kanały dotarcia do wyborców. I stowarzyszenie Rozwój Plus będzie działać bardzo szeroko na niwie współpracy z samorządowcami i z przedsiębiorcami, z młodymi ludźmi, z różnymi środowiskami, którym dzisiaj nie jest po drodze z tym bardzo ostrym, radykalnym nurtem PiS – to już Mateusz Morawiecki w miniony weekend w wywiadzie dla RMF FM. Nietrudno odnaleźć punkty wspólne. W 2011 r. Ziobro został wyrzucony z partii i od razu ruszył z nowym ugrupowaniem. W 2015 r. było już jednak jasne, że jego partia samodzielnie nie ma w polityce większych szans i choć istniała do 2024 r., działała wspólnie z PiS w ramach Zjednoczonej Prawicy. 

Podziały wewnątrz PiS 

Po faktycznym zjednoczeniu, a także wymuszonym przez okoliczności zewnętrzne odejściu Zbigniewa Ziobry z krajowej polityki, jego dawni koledzy z Suwerennej Polski zbliżyli się z tożsamościową frakcją w PiS. Obie grupy łączył sceptycyzm wobec bardziej centrowej i pragmatycznej oferty Mateusza Morawieckiego, w dużym stopniu obwinianego przez nich o wyborczą porażkę. Morawiecki – choć porównanie z Tuskiem byłoby dla niego bardzo krzywdzące – stał się ofiarą podobnego paradoksu. Były premier według znacznej części opinii i badań sondażowych pozostaje najmocniejszym merytorycznie i bardzo popularnym politykiem PiS, równocześnie ma jednak spory elektorat negatywny, zwłaszcza na prawo od PiS, gdzie jego koledzy partyjni widzą dla siebie wyborcze „tereny łowieckie”. Morawiecki chce wyjść z ofertą poza centrum i ruchy modernizacyjne, które pokazały swoją mobilizację, gdy trzeba było bronić idei budowy CPK. Konflikt jest jednak bardziej personalny niż merytoryczny, ponieważ dotąd obie wizje udawało się przecież połączyć. I tu przechodzimy do ewentualnego rozwodu. 

Miałby on sens tylko wtedy, gdyby rzeczywiście doprowadził obie strony do przejęcia nowych grup wyborców – dla PiS z większymi wpływami prof. Przemysława Czarnka i frakcji tożsamościowej, a następnie powrotu wraz z wyborcami pozyskanymi przez Mateusza Morawieckiego do nowej formuły Zjednoczonej Prawicy jeszcze przed wyborami w 2027 r. Problem w tym, że poprzednio na takie „pójście po rozum do głowy” politycy prawicy potrzebowali prawie całej kadencji parlamentu, teraz nie pozostało zbyt wiele czasu do wyborów. Warto pamiętać o trwającym równolegle kryzysie w koalicji rządzącej, za którym kryje się plan doprowadzenia do wcześniejszych wyborów – dokładnie teraz, gdy prawicowa opozycja zajęta jest swoimi sprawami. Świadczyć o tym miałoby niedawne wskazanie przez premiera Donalda Tuska top 10 działaczy, mających odpowiadać za powodzenie kampanii do parlamentu. 

Każdy ma swoje racje 

W internetowych wymianach ognia politycy posuwają się zbyt daleko, a w zachowaniu odpowiednich proporcji nie pomaga fakt, że każda ze stron ma swoje racje. PiS może próbować szukać elektoratu po prawej stronie sceny, ma jednak również potencjał, by przekonać do siebie osoby, stawiające na rozwój i spokojną stabilizację zarówno w gospodarce, jak i w sprawach społecznych. Swoje najlepsze wyborcze wyniki Prawo i Sprawiedliwość osiągało, łącząc te żywioły, które nie są przecież od siebie tak odległe. Partia Jarosława Kaczyńskiego ma elektorat tożsamościowy, dla którego kluczowy jest ostry przekaz wobec UE i jej krajowych ekspozytur, ma elektorat socjalny, pragmatyczny i modernizacyjny, są wokół niej wreszcie ludzie, którzy po prostu przez lata przywiązali się do nazwy, do „marki” i z nią łączą polityczne nadzieje. Ostatnia z tych grup będzie się zapewne w sposób naturalny kurczyć, dwie pierwsze można poszerzać. Należy zaznaczyć, że wspomniane grupy nie są nastawione do siebie wrogo i do każdej z nich można kierować przekaz, różniący się akcentami, a nie kluczowymi propozycjami. 

Wyborcy oczekują od wszystkich polityków Zjednoczonej Prawicy, że uchronią ich przed skutkami dalszych rządów Tuska, a więc utratą bezpieczeństwa socjalnego (w tym opieki zdrowotnej czy bezpieczeństwa energetycznego) i tej części narodowej podmiotowości, która jeszcze nam pozostała. PiS może i powinno pójść do wyborów możliwe szeroko i zdobywać głosy niezadowolonych z obecnych rządów. Nawet jeśli nie wszyscy w tym szeroko rozciągniętym szeregu darzą się sympatią, nie powinni zapominać, jakie nadzieje i oczekiwania od lat pokładają w nich wyborcy. Często stający przy PiS i prezesie Kaczyńskim w trudnych momentach, gdy wielu z dzisiejszych głośnych krytyków milczało.
 

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej