Pamięć bywa wybiórcza. Jednym, gdy wspominają PRL, przypominają się szyneczka jak za Gierka i wódka pół litra za dolara, drugim ocet na gołych półkach i kilometrowe kolejki „staczy” po meble pod sklepem Emilia oraz ZOMO bijące studentów. Czy to znaczy, że żyliśmy w dwóch różnych krajach? Nie wiem, jakie reakcje wywołało w tusko-rządzie doniesienie, że w Rumunii znaczna część społeczeństwa z wielką chęcią powitałaby powrót do dawnych, dobrych czasów Nikolae Ceaușescu. Czasami odnoszę wrażenie, że znaczna część społeczeństwa, jak bohaterka filmu „Good Bye, Lenin!”, z komuny nigdy nie wyszła i wewnętrznie nadal w niej żyje, uważając, że otaczająca ją rzeczywistość to tylko zły sen. I co z tego może wyniknąć? Z pewnym wysiłkiem mogę sobie wyobrazić, że marszałek Czarzasty wpada na pomysł ogłoszenia w Polsce stanu wojennego. Uzasadnienie takie samo jak w 1981 roku – chaos i anarchia, neo-Solidarność dysząca odwetem i zagrożenie bratnią inwazją ze Wschodu. W pierwszym punkcie dekretu zadeklarowano by powrót do stanu sprzed roku 1989. Sama operacja była dosyć prosta – wystarczyłoby zamknąć opozycyjne stacje telewizyjne i radiowe, wyłączyć internet, zarządzić wymianę paszportów. Elementy niepewne dostałyby jedynie dowody osobiste bez prawa jazdy. System domykałyby trybunały doraźne, sądzące wszystkich tych, którzy sprzeciwią się prawu „tak, jak my je rozumiemy”. Niektórzy mogą mieć wątpliwości – że plan wprawdzie piękny, ale co z wykonaniem? Nie wystarczy wyciągnąć SB-ków emerytów z naftaliny – widzę dwa rozwiązania – wypożyczyć zielonych ludzików z Białorusi, a także wesprzeć się brygadami międzynarodowymi złożonymi z aktywistów Antify itp. Efekt? Już po dwóch tygodniach stania w kolejce 99 proc. rodaków zatęskniłoby za III RP, a szumnie ogłaszany stan wojenny okazałby się jedynie stanikiem, którego zdjęcie zapowiedziałaby ponownie pani Szczepkowska, oczywiście po godzinie 23.
Nostalgia za komuną
Czasami odnoszę wrażenie, że znaczna część społeczeństwa z komuny nigdy nie wyszła i wewnętrznie nadal w niej żyje.