Stan relacji polsko-amerykańskich osiągnięty w chwili obejmowania urzędu prezydenta USA przez Donalda Trumpa ukształtowany był przez serię wydarzeń zapoczątkowanych przez rosyjską agresję na Ukrainę z 2014 r. To w reakcji na nią na szczycie Sojuszu Północnoatlantyckiego w Newport (4–5 września 2014) podjęto decyzję o utworzeniu szpicy NATO i rozpoczęto dyskusję o wzmocnieniu jego wschodniej flanki.
Zanim przyszedł Trump
Do 2015 r. Polska dystansowała się jednak od tego pomysłu. Sugestię premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona, że dowództwo szpicy powinno znaleźć się w Polsce, ówczesny minister obrony narodowej w rządzie PO-PSL Tomasz Siemoniak skomentował jako „nieporozumienie”, dodając, że dowództwo szpicy „będzie tam, gdzie będzie potrzeba”. Podobnie odniósł się do tego pomysłu prezydent Bronisław Komorowski.
Przełom nastąpił dopiero po objęciu władzy w Polsce przez Zjednoczoną Prawicę. 4 listopada 2015 r. prezydent Andrzej Duda wraz z prezydentem Rumunii Klausem Ioannisem zainicjowali na szczycie państw wschodniej flanki NATO powstanie tzw. bukareszteńskiej dziewiątki (Bułgaria, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Węgry), która zgłosiła pod adresem Sojuszu postulat wzmocnienia jego wschodniej flanki w drodze rozmieszczenia w państwach bałtyckich, Polsce, Rumunii i Bułgarii wielonarodowych sił pod przewodnictwem wiodących mocarstw NATO. Postulat ten (z wykluczeniem prośby Bułgarii o wsparcie) przyjęty został do wykonania na mocy decyzji szczytu Sojuszu w Warszawie w 2016 r.
Trump – wdrożenie odstraszania na zasadzie wysuniętej obecności
Decyzja szczytu warszawskiego wprowadzona została w życie w pierwszych miesiącach prezydentury Donalda Trumpa w 2017 r. W państwach bałtyckich rozmieszczono batalionowe grupy bojowe (po ok. 1000–1500 żołnierzy), w Polsce batalionową i brygadową grupę bojową (razem ok. 5 tys. ludzi), a w Rumunii wielonarodową dywizję.
Trzonem każdej z nich (wyjąwszy dywizję w Rumunii) jest kontyngent któregoś z mocarstw NATO występującego jako tzw. naród ramowy: w Estonii – Brytyjczycy, na Łotwie - Kanadyjczycy, na Litwie – Niemcy, a w Polsce – Amerykanie.
Obecne są także kontyngenty z mniejszych państw (np. Polacy służą na Łotwie i w Rumunii, a Rumuni i Chorwaci w Polsce). Stworzony w ten sposób system odstraszania oparty jest na zasadzie wysuniętej obecności. Polega on nie na potędze wojskowej rozmieszczanych jednostek, gdyż są one zbyt słabe, ale na stworzeniu sytuacji, w której to potencjalny agresor, podejmując decyzję o agresji, musi postawić swoim wojskom zadania bojowe na wypadek wejścia w kontakt ogniowy z siłami wiodących mocarstw NATO, w tym przede wszystkim z siłami amerykańskiego supermocarstwa. Zmniejsza to prawdopodobieństwo podjęcia decyzji o agresji, ta bowiem oznacza wejście do wojny przeciw USA. Tak broniono Berlina Zachodniego w czasie zimnej wojny, gdy nie potęga garnizonu alianckiego tam ulokowanego, ale fakt, że był on amerykańsko-brytyjsko-francuski, powstrzymał ZSRS przed inwazją. Czym innym jest bowiem decyzja o otwarciu ognia do policji zachodnioberlińskiej, a czym innym do Amerykanów. Dziś na wschodniej flance NATO – w tym w Polsce – mamy podobną konstrukcję. Zaangażowanie USA jest tu czynnikiem kluczowym, gdyż ich prestiż wojskowy jest niezbędnym składnikiem opisanego systemu odstraszania.
Amerykański system wiodących sojuszników regionalnych i miejsce w nim Polski
USA są demokracją toczącą wojnę od 2001 r.! Dla każdej demokracji to ogromne przeciążenie polityczne – wysyłać obywateli do walki i wygrywać wybory. Każdy polityk ubiegający się o fotel prezydenta USA musi więc obiecywać wyborcom zmniejszenie ciężarów, które spoczywają na ich barkach z tytułu pełnienia przez USA roli światowego stabilizatora bezpieczeństwa. By to uczynić, ale nie zdestabilizować świata, nie można po prostu obciąć wydatków i zredukować armii. Trzeba przerzucić te ciężary na barki innych. Tu jest źródło presji Donalda Trumpa na wydawanie przez europejskich sojuszników USA 2 proc. PKB na zbrojenia. Amerykanie wesprą sojuszników w potrzebie, ale nie godzą się płacić za ich obronę, gdy ci, którzy o nią proszą, redukują swoje budżety wojskowe i armie. Na Dalekim Wschodzie rolę wiodącego sojusznika regionalnego Waszyngtonu przyjęła Japonia, którą USA skłoniły do zmiany konstytucji, porzucenia sił samoobrony i zbudowania prawdziwej armii. Stosowną część ciężarów przyjąć musiały Korea Płd., Tajwan i Filipiny.
Na Bliskim Wschodzie prezydent USA podjął próbę budowy sojuszu izraelsko-sunnickiego, w czym pomagała mu Polska, organizując konferencję warszawską (13–14 lutego 2019). Iran grozi wszak zagładą Izraelowi, a szyicką rewolucją sunnickim monarchiom Zatoki Perskiej. Państwa te, spojone pod egidą USA, miały więc przejąć odpowiedzialność za stabilizację w regionie od wycofujących się Amerykanów, którzy stając się w 2016 r. eksporterami ropy naftowej i gazu, stracili znaczną część powodów ponoszenia tak dużych jak dotąd kosztów stabilizowania ich bliskowschodnich źródeł.
Trump i Polska w roli wiodącego sojusznika regionalnego USA
Rolę, którą na Dalekim Wschodzie odgrywa Japonia, w Europie zaproponowano RFN, ale Niemcy odmówili. Po nich zaś na wschodniej flance NATO pozostają Polska i Rumunia – jedyne państwa o liczącym się potencjale demograficznym. USA zainwestowały więc we wzmocnienie Polski. Po deklaracjach prezydentów Andrzeja Dudy i Donalda Trumpa 15 sierpnia br. podpisano polsko-amerykańską umowę wojskową, zwiększając kontyngent sił USA w Polsce do ok. 20 tys. żołnierzy.
Skala odstraszania militarnego wydatnie wzrosła. Jednocześnie silne poparcie Trumpa dla Inicjatywy Trójmorza (IT) stało się paliwem polskiej polityki regionalnej. Mniejsi sąsiedzi Polski łatwiej dołączą się do inicjatyw Warszawy wspieranych przez Waszyngton, od którego zależy ich bezpieczeństwo, niż gdyby jedynie u boku Rzeczypospolitej mieli angażować się w ewentualne spory z Niemcami i Rosją. Zasada ta wykracza poza IT, obejmując także Ukrainę i Gruzję. Wobec zagrożenia rosyjskiego wszyscy chcą protekcji amerykańskiej, a przymierze z Polską jest w tym bardzo pomocne, geostrategicznie wręcz niezbędne. W ramach IT Polska dąży do pozbycia się zależności od rosyjskiego gazu i zastąpienia go tańszym i pewniejszym w dostawach gazem norweskim i amerykańskim, dystrybuowanym ze Świnoujścia siecią gazociągów i interkonektorów po całym Trójmorzu, skąd wypiera on surowiec rosyjski. Dla amerykańskiej branży gazowej to świetny biznes, ale skoro uderza on w interesy rosyjskie, wymaga osłony wojskowej, zwiększa więc amerykańską wolę jej udzielenia.
Z kolei polskie zakupy uzbrojenia w USA to nie tylko dozbrajanie Wojska Polskiego. Polska w ten sposób potwierdza pieniędzmi swoich podatników, że nasza diagnoza dotycząca natury zagrożenia rosyjskiego jest poważna. Ułatwia więc Pentagonowi i lobby zbrojeniowemu przekonanie Kongresu do zwiększenia zbrojeń amerykańskich. Czyni to z amerykańskiej branży energetycznej, zbrojeniowej i z kręgów wojskowych sojuszników Polski w dążeniu do przyciągnięcia uwagi USA do naszego regionu i złamania zagrożenia rosyjskiego. Polska uzyskuje wsparcie wojskowe, system odstraszania, stabilne dostawy gazu i paliwo polityczne dla własnej polityki regionalnej, a USA pewnego sojusznika, trójmorski rynek zbytu i ośrodek proamerykańskiej konsolidacji wschodniej flanki NATO w obliczu narastających sprzeczności w strukturze transatlantyckiej.
Możemy nazwać to polityką transakcyjną, ale nie ma lepszego spoiwa sojuszu niż zbieżność interesów. Jeśli oglądu rzeczywistości nie zamąci nikomu ideologiczne zacietrzewienie, powinna ona trwać, bez względu na to, kto będzie lokatorem Białego Domu.