Referendum w Krakowie z wielu powodów przejdzie do historii. W dużych miastach rzadko udaje się odwołać prezydenta z opcji liberalnej lub lewicowej. W 2008 roku w Olsztynie odwołano Małkowskiego, jednak sprawie towarzyszyły naprawdę mocne zarzuty związane z seksaferą i wykorzystywaniem podwładnej. Zresztą, co też dużo mówi nam o świecie, jeśli ktoś pamięta Małkowskiego, to właśnie z tych zarzutów, a jego późniejsze uniewinnienie przez sąd aż tak się do świadomości społecznej nie przebiło. W 2009 roku odwołano prezydenta Częstochowy, a w 2010 – Łodzi, ale obaj wywodzili się z prawicy. Jak pamiętamy, już Hanny Gronkiewicz-Waltz usunąć z urzędu się nie udało, zabrakło kilkudziesięciu tysięcy głosów, a gdy przyszła pora na Jacka Sutryka, nie zebrano nawet podpisów. Za każdym razem wszystkiemu towarzyszyła mocna kampania zniechęcająca, zupełnie jak teraz w Krakowie. Nie spodziewałbym się, że kiedykolwiek w swoim tekście pochwalę za coś Jacka Karnowskiego (tego z Sopotu), ale on jeden zrobił inaczej i sam namawiał wyborców na udział w referendum odwoławczym, które ostatecznie przedłużyło jego mandat. A przecież, choć to na wielu poziomach smutne, pewnie podobnie skończyłoby się w Warszawie czy we Wrocławiu. W Krakowie ekipa podpadła tym, że przeginała, nawet jak na niskie standardy III RP – i rozmiarami skoku na kasę i stołki, i arogancją (odwołanie ważnej dla mieszkańców rady miasta tuż przed 24 maja), i brakiem słuchu społecznego. Nie pomogły jej własna propaganda i absurdalne rozmiary robienia z każdego przeciwnika agenta Rosji z legitymacją KKP w kieszeni i portretami Hitlera i Putina na ścianie. Co więcej, ta ekipa dalej sobie nie pomaga, wykazując się brakiem pokory i refleksji, wyższościowo tłumacząc wyniki i oddając miasto komisarzowi, zastępcy Miszalskiego, Kracikowi. Chyba chcą oberwać po raz drugi.
#GazetaPolska | Poradnik represjonowanego obywatela
— Gazeta Polska - w każdą środę (@GPtygodnik) June 3, 2026
Czytaj » https://t.co/6jlQ9gFaan
Prenumeruj » https://t.co/P6zoug8Eh6 pic.twitter.com/f7ARyoEYtW