Szefami GZI byli Sowieci – płk Dmitrij Wozniesieński (zięć Karola Świerczewskiego) i płk Antoni Skulbaszewski (wcześniej „polski” krwawy naczelny prokurator wojskowy). Wiceszefem był płk Władysław Kochan. Po Kochanie na całe dziesięciolecia ślad zaginął. W III RP policja doprowadziła go jako świadka na proces jego podwładnego – śledczego Henryka Olejniczaka – sądzonego za znęcanie się nad bohaterem II wojny światowej, zastępcą gen. Maczka, płk. Franciszkiem Skibińskim. W odnalezionej przez IPN notatce, która stała się podstawą aktu oskarżenia, Olejniczak pisał o przesłuchaniach Skibińskiego: „stosowałem metodę bezwzględnego przygniatania jego psychiki, potem tłumaczyłem mu możliwość powrotu do normalnego życia”, „pogłębia się jego załamanie psychiczne”, „jest już kompletnie rozłożony”, „wyraził zamiar samobójstwa”, „żąda śmierci”. W sądzie Kochan twierdził, że sprawy płk. Skibińskiego nie zna, a w ogóle to żadnych konkretnych spraw nie pamięta. Potwierdził jedynie, że Informacja Wojskowa jako instytucja (bo przecież nie on) stosowała niedozwolone metody, głównie konwejer (kilku „oficerów” śledczych przesłuchiwało non stop – pozbawiając snu i wody – przez wiele dni i nocy jednego człowieka). Kochan „zapomniał” dodać, że sam się znęcał, na przykład nad płk. Marianem Utnikiem. W śledztwie pozwalał mu spać tylko między godz. 3 a 5. Po 63 dniach takich męczarni Utnik przyznał się, że był szpiegiem. W sądzie Kochan „zapomniał” również, że był nie tylko okrutnym, lecz także wysoko postawionym funkcjonariuszem Informacji, która – według wciąż niepełnych szacunków – w latach 1944–1957 aresztowała i torturowała 17 tys. ludzi. Ta wojskowa bezpieka była bardziej bezwzględna niż znane z bestialstwa „cywilne” UB. A osądzenie Kochana?
Nigdy nie nastąpiło. Zgodnie z zasadą: „wierchuszki” nie ruszamy.