Liderzy Polski 2050 od dłuższego czasu bawią się z opinią publiczną w kotka i myszkę. Z jednej strony wzmacniają swoją pozycję w Sejmie, z drugiej – przekonują, że nie ma to nic wspólnego z „politycznymi łowami”.
Tę strategię dobrze pokazują słowa Szymona Hołowni z grudnia 2020 r. Mówił wówczas: „Polska 2050 prowadzi rozmowy tylko z tymi posłami, co do których jakości pracy jest przekonana. Rozmawiamy nie o stołkach – bo przecież żadnych nie mamy – a o wizji Polski, wizji polityki. Sprawdzamy, czy mamy to samo DNA”. Taki przekaz brzmi świetnie, kojarzy się nie tylko z ideowością, ale i „jakościową polityką”: żadnych przypadkowych ludzi, których największą troską jest polityczna marginalizacja, a nie służba Polsce i wyborcom.
Osobiste opinie czy wspólne DNA?
Czy to prawda? Hanna Gill-Piątek z Lewicy, przez lata miejska aktywistka, związana z „Krytyką Polityczną”, Joanna Mucha, minister sportu i turystyki w drugim rządzie Donalda Tuska, słynna z żenujących wypowiedzi o seniorach, którzy z nudów przesiadują w kolejkach do lekarzy, Paulina Hennig-Kloska z Nowoczesnej, senator Jacek Bury, przeciwnik polityki rodzinnej Prawa i Sprawiedliwości, Wojciech Maksymowicz, w latach 2006−2013 polityk Platformy, później bliżej związany z Porozumieniem i Jarosławem Gowinem. Wspólne DNA? Tymczasem Szymon Hołownia może swobodnie odpowiedzieć: poglądy obyczajowe lub społeczno-gospodarcze moich współpracowników to ich sprawy osobiste. Ale taka wypowiedź może się sprawdzić tylko wówczas, gdy żadna z tych osób nie odpowiada za ważny resort w rządzie lub istotny fragment polityki państwa. Gdyby znaleźli się u władzy, gdyby jako politycy Polski 2050 tworzyli polityczny gabinet, ich „osobiste opinie” nabrałyby mocy sprawczej, ich wpływy stałyby się znaczącymi kartami przetargowymi.
Polska 2050, choć nazywa się partią, jest w gruncie rzeczy politycznym hubem. W gospodarce i w logistyce hub to centralny punkt dla zbierania, sortowania, przeładunku i dystrybucji towarów dla danego obszaru. W tym przypadku – dla Polski. O „wspólnym DNA” polityków Polski 2050 decyduje przede wszystkim zdolność do szybkiego odnalezienia się w nowym projekcie, obecnie na tyle PR-owo sprawnym i wiarygodnym wizerunkowo, że znalazł sobie miejsce w rodzimej polityce. Coraz trudniej wierzyć, że Hanna Gill-Piątek, Joanna Mucha albo Wojciech Maksymowicz mają wiele sobie do powiedzenia choćby w sprawach polityki zdrowotnej, senioralnej czy rodzinnej. A przecież, najprawdopodobniej, Polska 2050 będzie musiała przyciągnąć do siebie jeszcze niejednego polityka, który najlepiej czuł się w antyspołecznych realiach III RP sprzed 2015 r. Jak długo Szymon Hołownia i Michał Kobosko będą w stanie zagadywać te kwestie?
Kupowanie kota w worku
Ktoś zauważy, że od trzech dekad rodzima polityka opiera się na transferach. Tych samych ludzi odnajdywaliśmy przez lata w kolejnych ugrupowaniach, które już na pewno miały przynieść powszechną szczęśliwość obywatelom i obywatelkom III Rzeczypospolitej. Novum obecnej sytuacji polega jednak na tym, że wokół człowieka, który swoją wiarygodność i popularność zbudował na aktywności medialno-charytatywnej, wąskie zaplecze ukrytych przed naszymi oczyma specjalistów od „politycznej infrastruktury” stworzyło polityczne pudełko, solidnie je rozreklamowało wśród potencjalnych nabywców, a następnie zaczęło do niego dorzucać kolejnych polityków. Moi dziadkowie nazwaliby to pewnie kupowaniem kota w worku. Dziś na taki projekt znajdzie się wiele świetnie brzmiących określeń, na które chętnie łapie się zrozpaczony wilanowski ludek, coraz mocniej przekonany, że czas wyjąć palec spod Budki.
To się naprawdę może udać. Przynajmniej w krótkoterminowej politycznej perspektywie, przy okazji kolejnych parlamentarnych wyborów. Dziś Polska 2050 liczy przede wszystkim na wyczerpanie Platformy Obywatelskiej i na to, że Lewica utknie w sondażowych koleinach. Szymon Hołownia nie musi szukać dla swojego politycznego huba żadnej mocnej etykiety – jego program meandruje między liniami podziałów wyznaczonymi przez konflikt totalnej opozycji ze Zjednoczoną Prawicą. W dodatku, w czasie politycznej rekonfiguracji – a z tym mamy dziś do czynienia – jakakolwiek bardziej wyrazista wypowiedź dotycząca nurtujących Polki i Polaków spraw nie jest mu potrzebna. Retoryka Hołowni pozwala części wyborców na nowo identyfikować się z politykami, a to wiąże się z poczuciem odzyskania politycznej sprawczości („zagłosujemy na polityka, który będzie skuteczny, więc nie zmarnujemy głosu”).
Jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą? – pytał niegdyś Leszek Kołakowski. Być może odpowiedź Hołowni brzmiałaby: „Potrzymaj mi piwo”. Oczywiście, Polska 2050 nie potrzebuje żadnego jasno zdefiniowanego konserwatyzmu, liberalizmu czy socjalizmu, nie o to chodzi w tym politycznym pudełku. Dla potencjalnych wyborców liczy się to, że odnajdują tam i odrobinę otwartego katolicyzmu, i trochę rynkowych, lewicowo-ekologicznych, miejsko-aktywistycznych poglądów, i zapowiedź kontynuacji tych elementów polityki PiS, które po cichu popiera nawet tak zwana młoda klasa średnia. Ani trochę nie jest jasne, co z tego wszystkiego zostałoby zrealizowane, gdyby do władzy wrócili Joanna Mucha lub Wojciech Maksymowicz. Nie jest też jasne, jak budować tak wspaniałą, nową Rzeczpospolitą, jaką nieustannie obiecuje Hołownia, gdy na zapleczu ma się ludzi przeżartych starymi politycznymi nawykami, znakomicie funkcjonujących przez dekady w ramach układów III RP.
Na politycznych marach
Truizmem jest, że Polska 2050 w dużym stopniu korzysta na wizerunku beniaminka rodzimej polityki. Raz po raz media masowego rażenia różnych opcji oddają strzały w ich stronę, ale największe polityczne emocje wciąż są gdzie indziej. Ludzie szykują garnitury i garsonki na pogrzeb Platformy Obywatelskiej. Jedni ze złośliwą satysfakcją, drudzy z niekłamaną radością czekają upadku PO (inni wciąż mają nadzieję na rozpad Zjednoczonej Prawicy). To sprawia, że Hołownia nie musi się obawiać nadmiernego, krytycznego zainteresowania własnym projektem. Dzięki temu jego zaplecze jest w stanie wciąż kontrolować przekaz dotyczący Polski 2050.
Na marginesie: w chórze coraz mniej przychylnych Platformie opinii jak kontrapunkt zabrzmiał głos Jarosława Kaczyńskiego: „Nie sądzę, żeby losy tej partii zostały przesądzone. Już tyle razy leżałem w politycznym grobie i jakoś powstawałem; różnie może być, chociaż wydaje mi się, że bez żadnych zmian w PO daleko idących to będzie droga w dół”. Ale nawet jeśli Platforma politycznie przetrwa, ma coraz mniejsze szanse, by narzucać swoje warunki współpracy innym opozycyjnym formacjom. Mniej korzystny scenariusz to powolny dryf w stronę „partii na emeryturze”: słusznie darzonej niechęcią przez ogół i rzewnie wspominanej przez nielicznych, jak to ma miejsce choćby w przypadku Unii Wolności.
Projektowi Polska 2050 warto przyglądać się uważniej. Od wielu miesięcy słyszę, szczególnie po stronie prawicy, że z tego projektu i tak nic nie będzie, że prędzej czy później zaczną się sondażowe spadki. Ale w ten hub zainwestowano za dużo, by miał w dobrej formie nie dotrwać przynajmniej do najbliższych wyborów.