Wyśmiewanie wizyty w Białym Domu, umniejszanie wagi podjętych tam rozmów i absurdalne przekonywanie, że „każdy na miejscu Nawrockiego osiągnąłby to samo” – to retoryka czystej zawiści. Trzeba mieć klapki na oczach, by nie dostrzegać oczywistego faktu: gdyby dziś na miejscu Karola Nawrockiego był Rafał Trzaskowski, Radosław Sikorski czy sam Donald Tusk, relacje na linii Warszawa–Waszyngton byłyby chłodne niczym miniona zima. O żadnym strategicznym zacieśnianiu sojuszu nie mogłoby być mowy. Zamiast budować narodowy konsensus wokół kluczowego partnera Polski obóz Tuska woli uprawiać małostkową politykierkę na użytek wewnętrzny. Stany Zjednoczone to twardy gwarant polskiego bezpieczeństwa, a nie rekwizyt w krajowych przepychankach. Trudno jednak oczekiwać politycznej powagi od ludzi, dla których doraźny interes partyjny stoi ponad polską racją stanu. O ile w ogóle jeszcze rozumieją, co to pojęcie oznacza.
Dyplomacja zawiści
Obserwowanie, jak obóz polityczny skupiony wokół Donalda Tuska reaguje na relacje prezydenta Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem, budzi coraz większe zażenowanie. Trudno racjonalnie wytłumaczyć, czemu ma służyć nieustanne dyskredytowanie transatlantyckich działań głowy państwa.