Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Jakub Maciejewski
05.03.2026 13:00

Dalszy etap niemieckich kłamstw, MSZ rozkłada ręce

W Niemczech coraz szerzej roznosi się fałszywa teza, jakoby polscy burmistrzowie przygotowywali jeden z etapów zagłady Żydów w czasie II wojny światowej. Ale to nie koniec – przy okazji skandalicznej, głośnej książki Niemcy oskarżają Polaków o antysemityzm. Tymczasem w MSZ chcą „budowania wzajemnego porozumienia” i w sprawie niemieckiej prowokacji nic się nie dzieje.

Szczególną troską o polski stosunek do Żydów wykazuje się Stefanie Schüler-Springorum, szefowa berlińskiego Centrum Badań nad Antysemityzmem. Martwi się ona, że z organizacji spotkania z profesorem Grzegorzem Rossolińskim-Liebe zrezygnował Dom Polsko-Niemiecki w Berlinie i stanowi to „zagrożenie dla wolności nauki”. Krytyka, jaka spadła na autora książki „Polscy burmistrzowie a Holokaust”, jest zarówno dla historyka, jak i dla niemieckich przyjaciół dowodem na zakłamanie Polaków. Nieważne, że Rossoliński-Liebe w swojej 1100-stronicowej pracy „zapomniał” w badaniach nad sytuacją polskich burmistrzów o niemieckiej okupacji, a sprawowanie władzy przez generalnego gubernatora Hansa Franka nazywa „rządem krakowskim” – niczym w jakimś niepodległym kraju. Ważne, że każda krytyka – zdaniem Berlina – jest świadectwem, że nasz kraj uprawia „narodową historiografię”. Tymczasem w Ministerstwie Spraw Zagranicznych kompletnie nic się w tej sprawie nie robi.

Spokojny sen w MSZ

O książce, która tak zakłamuje historię, MSZ wie od początku kwietnia 2024 r., a więc prawie od dwóch lat. W sierpniu 2024 r. resort tak odpowiedział mi na zapytanie o planowaną kontrakcję: „ww. tezy są – w oparciu tylko o podcast – na obecnym etapie trudne do naukowego zweryfikowania i oceny bez uprzedniego zapoznania się ze szczegółową argumentacją przedstawioną w jego rozprawie habilitacyjnej”. Czy cztery miesiące na zapoznanie się z wątkiem tak poważnego oskarżenia wobec Polaków to mało? Dla kiepsko zarządzanego resortu zapewne tak – ale od tamtego czasu minęło już 1,5 roku, a podwładni ministra Radosława Sikorskiego nadal śpią. Choć w odpowiedzi na zapytanie MSZ przyznaje, że zwalcza „wadliwe kody pamięci”, takie jak „polskie obozy zagłady”, to w sprawie Rossolińskiego-Liebe już milczy. 

„MSZ i Ambasada RP nie mają możliwości ograniczania swobody badań naukowych i ingerencji w proces naukowy. Bazując jednak na wiedzy historycznej i ocenach merytorycznych naukowców, MSZ negatywnie ocenia tę publikację i jednoznacznie sprzeciwia się zawartym w niej tezom” – czytamy w odpowiedzi. Z całej odpowiedzi, jaką otrzymaliśmy z Biura Prasowego MSZ, nie wynika, by wobec polityki historycznej Niemiec miała zostać wystosowana jakakolwiek riposta, ale mamy cieszyć się z głazu w stolicy RFN: „Od instytucji dialogu polsko-niemieckiego oczekujemy natomiast zaangażowania i działań na rzecz budowania wzajemnego porozumienia obu społeczeństw, co nie będzie możliwe bez dogłębnej wiedzy w niemieckim społeczeństwie na temat niemieckich zbrodni i tragicznego dla Polski i polskich obywateli okresu II wojny światowej. Temu celowi sprzyja powstający w Berlinie pomnik upamiętniający polskie ofiary”. Trudno to skomentować.

Niewygodna recenzja z IPN 

Bezradność nie jest jednak jedyną opcją. Instytut Pamięci Narodowej w listopadzie 2025 r. opublikował obszerną recenzję książki Rossolińskiego-Liebe, w której potwierdza się intuicja pierwszej lektury „Polskich burmistrzów”. Doktor Damian Sitkiewicz wskazuje nie tylko na błędy metodologiczne, ale też na rozbieżności faktograficzne w książce. Autor twierdzi np., że polscy burmistrzowie z własnej inicjatywy obciążali getta żydowskie konkretnymi opłatami i podatkami – tak miał czynić np. Julian Kulski, wiceprezydent Warszawy, zresztą ratujący Żydów nawet we własnym domu. Sitkiewicz jednak wskazuje, jak było naprawdę z tymi opłatami: „Scharakteryzowane działania, z pewnością moralnie wątpliwe, nie były, jak interpretuje je autor, wdrażane z inicjatywy burmistrza. Sprawował on władzę wykonawczą w mieście jako podległy stadthauptmannowi i na wydaną przez niego decyzję z 29 czerwca 1942 r. w sprawie egzekucji opłat się powoływał. Mimo to Rossoliński-Liebe prowadzi narrację w taki sposób, by nie pokazywać odpowiedzialności Leista, choć źródła niezbicie wskazują na jego decyzyjność”. 

Na 47 stronach recenzji wytykanych absurdów polsko-niemieckiego historyka jest więcej, dość wspomnieć, że IPN po prostu dostarczył państwu polskiemu argumentów do polemiki ze stroną niemiecką. Zwłaszcza że na jaw wychodzą dodatkowe fakty – np. to, że jednym z recenzentów pracy „Polscy burmistrzowie” jest dr Jan Grabowski, znany z przypisywania Polakom sprawstwa śmierci setek tysięcy Żydów. Pikanterii dodaje fakt, że instytucje naukowe w Niemczech ukrywały Grabowskiego jako recenzenta tej habilitacji, nie informując na stronach internetowych, kto opiniował tę książkę. Zatem gdy niemieccy dziennikarze, historycy i tamtejsze instytucje montują szerszą operację nie tylko przypisywania Polakom Holokaustu, ale też utożsamiania krytyki wspomnianej książki z antysemityzmem, polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nadal tego nie weryfikuje oraz nie korzysta z opracowania IPN do zwalczania kłamstw na temat Polski.

Upolitycznienie książki

Przy skoordynowanej akcji oskarżania Polaków o zagładę nie mogło zabraknąć „Gazety Wyborczej”, która udostępniła swoje łamy samemu Grzegorzowi Rossolińskiemu-Liebe. Historyk twierdzi, że to, co się dzieje wokół jego pracy, to „nerwowe reakcje na spokojną książkę”. Autor chwali się: „Książka oparta jest w dużej części na archiwalnych dokumentach, z którymi przede mną mało kto, a czasami w ogóle nikt nie pracował. Pozwoliło mi to wysnuwać wnioski, których czytelnicy nie znajdą w innych książkach o zagładzie i okupacji”. Tymczasem historycy znający temat są zgodni, że wnioski autora są wysnute nie z archiwaliów, ale ze źródeł. Profesor Bogdan Musiał wspomniał na przykład, że tezy są bardzo mocne, ale argumenty na ich udowodnienie – żadne. 

Z moich ulubionych przypadków najciekawszym „dowodem” na sprawstwo Holokaustu przez polskich burmistrzów jest to, że skoro jeden z nich mógł zlikwidować wystające gwoździe z ogrodzenia (rozdzierały odzież przechodniów), to miał i taką władzę, by zorganizować lub powstrzymać Holokaust. Jednak na tym polega cała polemika z Rossolińskim-Liebe – opisuje on w mediach społecznościowych, jak to jest prześladowany, a nie odnosi się do argumentów historyków, którzy go krytykują. Debata historyków nie istnieje, natomiast użalanie się nad sobą to fach doprowadzony w Niemczech do perfekcji. Niemcy nazywają krytykę książki „ingerowaniem w naukę”, „presją” i „naciskami”.
Próżno szukać jakiegoś komunikatu MSZ w tej sprawie, choćby tweeta premiera Tuska czy wicepremiera Sikorskiego. Resort wydaje się sparaliżowany, więc strona niemiecka wchodzi w tę przestrzeń z impetem, organizując ramy interpretacyjne wokół Holokaustu. Gdy Polska śpi, w sprawie Holokaustu budzą się demony.
 

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane