Zwyczajny człowiek nie rozumie, dlaczego ma „odpowiadać na wyzwania” ekonomii, gospodarki, rozwoju czy bezpieczeństwa państwa decyzjami dotyczącymi jego osobistej i prywatnej sfery. Nie uważa za sensowne ani uprawnione rozliczanie go z tych decyzji za pomocą argumentów, które sprowadzają się do straszenia, presji, rodzaju szantażu: źle będzie się działo w tych dziedzinach, jeśli nie będziesz miał dzieci. Te dzisiejsze zaklęcia – na pewno wypowiadane z dobrą intencją – ujawniają zresztą mimochodem, co część społeczeństwa zdaje się myśleć o sobie: Jesteś, człowieku, pionkiem, rzeczą, przypadkowym zjawiskiem, ponieważ jesteś tylko środkiem prowadzącym do celu. Celu większego niż ty, bo wspólnotowego: żebyśmy się czuli jako zbiorowość lepiej, bezpieczniej, żeby tu się wszystko kręciło, żeby przemysł, gospodarka, nauka, armia mogły się rozwijać, miały przyszłość. Żebyśmy nie byli workiem do kopania dla obcych, żebyśmy się od nikogo nie uzależniali, żebyśmy nie musieli zatrudniać imigrantów. Żeby w wojsku miał kto myśleć i miał kto strzelać. Bo strach. Tak, strach pomyśleć, co będzie dalej, gdy nas będzie tylko ubywać, a młodzi wyjadą tam, gdzie jest więcej młodych – i w ogóle weselej.
Cóż, choroba naszych czasów, zamknięcie się w puszce egoizmu – ktoś mógłby powiedzieć. Kiedyś wiejskie rodziny miały dużo dzieci… Ale czy tylko dlatego, że w małych gospodarstwach potrzeba było pilnie rąk do pracy i każde dziecko przy kopaniu kartofli i pasaniu krów było na wagę złota? I czy można tak przeliczać wartość ludzkiego życia? Czy o to chodzi? By nowy człowiek „pokrył koszty” infrastruktury rodzinnej, zarobił na dom, samochód, spokojną starość rodziców, gdyby im się nie udało zaoszczędzić?
Gdy jeszcze nie byliśmy zakładnikami
Traktowanie życia ludzkiego w kategoriach ekonomicznych jest zmorą naszych czasów. Jakimś makabrycznym żartem. Nie było tak wcześniej poza okresem komunizmu. W krajach naszej kultury człowiek nie był ani zakładnikiem spodziewanych bogactw, dobrobytu, ani niewolnikiem, ani gwarantem przedłużenia gatunku. Takie pozornie zdroworozsądkowe myślenie zabija ludzką godność. Człowieka mami się jego samowystarczalnością. „Postaraj się o dzieci, a będzie dobrze tobie i innym”. W ten sposób problemu demografii nie rozwiążemy. Problem ten jest skutkiem czegoś innego. Rozejściem się dzisiejszego człowieka ze swoim powołaniem i nierozumieniem swojego przeznaczenia. Utratą pojmowania, po co właściwie i dlaczego znalazł się na ziemi. Jeśli na te pytania nie znajdziemy odpowiedzi, kryzys będzie się tylko pogłębiał, a eksperci ze swoimi statystykami będą się coraz bardziej ośmieszać.
Takie są tragiczne skutki utraconego języka, z którego wypreparowano pojęcia religijne. W dzisiejszym skostniałym, drętwym języku pojęcia takie jak „perspektywa nadprzyrodzona” brzmią dziwacznie, rażą czymś nazbyt uroczystym, męczą niedościgłą tajemnicą. Dla współczesnych pokoleń Pan Bóg jest tylko odległym bytem – niezrozumiałym, niemym i głuchym – którego nie obchodzi to, co czynimy ze swoim życiem. Kim się staliśmy – także za sprawą ekonomii, socjotechniki, polityki, reklamy – i ku czemu zmierzamy? Pytania, jak to się stało, że zaistnieliśmy, nie zadaje się publicznie. Nie pojawia się w szkołach, nie jest obecne w debatach ani rozmowach. A przecież życie zostało nam właśnie podarowane, z wywołującą zawrót głowy, gdy się nad tym zastanowimy, nieprawdopodobną, „nieludzką” – bo właśnie boską – hojnością.
Ten ciasny pragmatyzm, w który próbujemy wcisnąć zjawisko tak niebotyczne, jak życie, znajdujący odbicie w coraz bardziej martwym języku (choć bywa on efektowny), ma fatalne skutki także dla tego, co określamy mianem „demografii”. O człowieku, któremu możemy dać życie, jeśli Bóg zechce, myślimy coraz częściej: Opłaca się ta inwestycja czy nie? Dawne wiejskie rodziny wiedziały, że lepiej mieć więcej rąk do pracy, gdy ma się tylko kawałek pola. Ale nie decydowała prymitywna kalkulacja, ludzie wiedzieli, że muszą dać odpowiedź na żądanie Stwórcy: „Bądźcie płodni, rozmnażajcie się i czyńcie sobie ziemię poddaną”. Czy to było niewolnicze poddaństwo? Nie, uznanie wspaniałomyślności Stwórcy. Ci prości ludzie byli naprawdę rozumni. Bez studiów, licencjatów i doktoratów.
Nazywajmy rzeczy po imieniu
Dziś człowiek jest niezdolny do rozumienia, że potrzebuje Boga. Jak można zapomnieć o Bogu? Kardynał August Hlond widział już w latach 30. XX w., że staje się to możliwe, że ten czas nadciąga, że człowiek odwróci się od Stwórcy. Że bezbożne państwo będzie wymuszało na człowieku, by okazywał Bogu coraz większą pogardę. Przypominał, że „państwo jest od Boga”, że to Bóg uczynił je tym, co odpowiada najlepiej na ludzkie aspiracje i pragnienia, by nie żyć w odosobnieniu, ale we wspólnocie. Ale zarazem „państwo nie jest źródłem prawa obyczajowego, nie stwarza moralności ani nie ustawia jej normy (…). Przyrodzone prawo moralne i Dekalog obowiązują państwo w tej samej mierze, co jednostkę i rodzinę”. Państwo nie jest Bogiem. Jeśli zezwala na zło lub je dopuszcza, sprzeniewierza się Bogu.
W 1945 r. diagnoza prymasa Polski stała się jeszcze bardziej stanowcza: mówił, że ludzkość dzieli się już jawnie na wierzących i ateuszów. „Filozofie czystej doczesności” legły u podstaw ideologii, które otępiają umysły milionów. „Hołdowano wszystkim prorokom kłamstwa…”. Rewolucje jednak wbrew buńczucznym zapowiedziom nie zrodziły nadczłowieka, „lecz okaleczone, półżywe ludzkie torso, które dusi się w atmosferze krańcowej doczesności i wyłącznego materializmu”. Rok później prymas Hlond przestrzegał przed całkowitym zniszczeniem rodziny. Powtarzał, że niemiecka ideologia narodowego socjalizmu rodzinę uważała za „zorganizowaną hodowlę północnego człowieka”, zaś liberalizm traktuje małżeństwo jako „instytucję radości seksualnej”, rodzinę „jako stadło faunów leśnych”. Dziecko jest w niej kłodą rzucaną pod nogi.
Utrata pamięci
Tak, można zapomnieć o Bogu, nie pojmować, kim on jest, skoro został wtedy, 2 tys. lat temu ukrzyżowany – przez ludzi wierzących, którzy zniekształcili w swoich głowach jego obraz. Ta straszna prawda powinna brzmieć stukrotnym echem w umysłach Polaków, o co apelował prymas Hlond. Dziś zwłaszcza, gdy coraz częściej wybieramy jako cel przytulną przystań, słodkie bezpieczeństwo z psami, kotami, podróżami, spacerami pod księżycem, bez płaczu niemowląt. A gdy chcemy zrobić coś większego, to gotowi jesteśmy działać, „by zwyciężyła demokracja”, żeby nastąpił jej „prawdziwy triumf”. To ona ma być prawdziwym celem, zapewnić wszystko, ku czemu skłaniają się nasze marzenia… – na miarę karłów. Jest jedyną drogą, by był tu wreszcie porządek. Porządek karłów, które odwróciły się od swego Stwórcy.
Poświęcenie Polski Niepokalanemu Sercu Maryi 8 września 1946 r. na Jasnej Górze przez niezłomnego prymasa miało nas uchronić przed skarleniem wewnętrznym i niewolą zewnętrzną. Nie jesteśmy sami, mówił prymas, w naszych marzeniach, lękach, trwodze i całej szamotaninie. W duchowej walce, jaką toczyć musimy, by nasza walka polityczna nie była tylko jałową szamotaniną czy grą w szachy z przebiegłym przeciwnikiem. Nie łudźmy się, jest on sprytniejszy. Nie w naszym geniuszu pokładajmy nadzieję. Gdy widzimy rzeczy jasno, bez dwuznaczności i wykrętów, gdy uznajemy perspektywę nadprzyrodzoną, Ten, który nas stworzył, jest zawsze po naszej stronie.
Dziś państwo chce się ustawić w miejscu Boga. No, miej, człowieku dzieci – woła bo będzie źle. I co? – cisza. To nie państwo ma być słuchane, ale Bóg. „Miej, człowieku, dzieci, bo tego od ciebie oczekuje Ten, któremu zawdzięczasz swoje życie. Ten, któremu zamierzam służyć ja, twój prezydent” – tak powinno brzmieć przynaglenie ze strony najważniejszych osób w państwie – jednym głosem z Kościołem – by mogli zrozumieć je i przyjąć zwykli ludzie.