Na początku tygodnia Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej potwierdziło, że bezrobocie rejestrowane przekroczyło 6 proc. W urzędach pracy zarejestrowanych było 934,8 tys. osób. To o 47 tys. więcej niż w grudniu 2025 r.
Resort pracy, kierowany przez lewicową polityk Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk, w oficjalnym komunikacie zapewnia, że będzie tylko lepiej, bo prognozy wzrostu gospodarczego są dobre. Ale w świetle utrzymującego się od dwóch lat pełzającego wzrostu bezrobocia tego rodzaju zapewnienia brzmią jak słowa znanej piosenki Elektrycznych Gitar: „Spokój grabarza, wszystko będzie dobrze”.
Tym bardziej że nawet „Gazeta Wyborcza”, której wszak „nie jest wszystko jedno”, epatuje swoich czytelników tytułami w rodzaju: „Dziś praca jest, jutro jej nie ma. To rzeczywistość, do której trzeba się przyzwyczaić”. Nie od rzeczy będzie dodać, że powyższy przykład pochodzi z Krakowa, a redakcja nie ma złudzeń: „Rynek pracy w Krakowie to dziś zwolnienia grupowe (…). Nowy rok nie przynosi nadziei na poprawę. Kolejny gigant zapowiedział właśnie, że pożegna się z dużą liczbą pracowników”. Do transnarodowych marek (Heineken, Shell, Aldi), które opuszczają gród Kraka, dołączył właśnie Carrefour.
„Wyborcza”, zgodnie z najlepszymi tradycjami pierwszych lat transformacji, tłumaczy, że „nie jest to żadne zaskoczenie, ale naturalne prawo rynku”. Ktoś złośliwy mógłby dodać: normalna sprawa, że za rządów Donalda Tuska bezrobocie tylko rośnie – na cholerę drążyć temat?
Bezrobotnych będzie więcej
Politycy opozycji starają się jednak zmotywować szefa rządu, by wziął się do pracy. Już po ogłoszeniu najnowszych informacji o wzroście bezrobocia Paulina Matysiak z mównicy sejmowej zaapelowała do rządzących, na czele z liderem rządzącej koalicji i minister pracy, by przestali w tej sprawie chować głowę w piasek.
Lewicowa posłanka nie bez ironii zwróciła uwagę, że premiera nie ma w Sejmie, bo powołuje Radę Przyszłości. I skomentowała: „Z przykrością stwierdzam, że bardzo wielu obywateli naszego kraju naprawdę nie ma przyszłości, która rysowałaby się przed nimi w różowych barwach. (…) W Polsce jest tylko 10 powiatów, w których bezrobocie nie wzrosło, a w żadnym województwie liczba bezrobotnych nie spadła, a w zeszłym roku bezrobotnych przybyło 100 tys. (…) Jeżeli tak będziemy postępować, to bezrobotnych na koniec roku będzie jeszcze więcej”.
Trudno się dziwić takiej sytuacji: głównym priorytetem liderów rządowej lewicy jest zabawa geopolitycznymi zapałkami nad beczką z prochem. Sprawy społeczne (żadna to niespodzianka) dla postkomunistycznej formacji po liftingu nie są już tak ważne, gdy priorytetem jest konsolidacja politycznych sił przed nadciągającymi w coraz szybszym tempie wyborami parlamentarnymi.
Jak długo jednak lojalni wobec lewicy zostaną wyborcy i wyborczynie, dla których codzienne troski o egzystencję zaraz mogą okazać się znacznie istotniejsze niż blaknące sztandary walki o demokrację i konstytucję? Tym bardziej że piekło kobiet to dzisiaj zamykane jedna po drugiej porodówki i niepewność o pracę nie tylko w mniejszych miastach i na wsiach.
Bezrobocie rośnie. Sondaże ani drgną?
W powyższych sprawach rządzącą koalicją kieruje polityczny cynizm. Wzrost bezrobocia to wskaźnik tyle ważny, ile wciąż łatwy do zbagatelizowania. Polski model gospodarczy po 1989 r. długo utrzymywał się na armii bezrobotnych gwarantującej tanią siłę roboczą.
To był fetysz i dogmat większości balcerowiczowskich ekonomistów i polityków. Wraz z niskim wzrostem płac dyscyplinował rzesze zwykłych ludzi i pomagał utrzymać niską inflację. A gdy nie dało się już żyć, ratunkiem była emigracja zarobkowa.
Ponad 20 proc. bezrobocia na początku XXI w. to było także dla moich roczników bardzo gorzkie doświadczenie. A przecież na liberalnych elitach nie robiło to wówczas zbyt wielkiego wrażenia: mainstreamowe opowieści dzieliły Polaków na tych ambitnych i zaradnych i na roszczeniowców, populistów i sieroty po PRL.
Medialny główny nurt wprost zachęcał rodaków i rodaczki do migracji zarobkowej, służącej jako społeczny, ekonomiczny i polityczny wentyl bezpieczeństwa, a nadający ton debacie publicznej ludzie Leszka Balcerowicza terroryzowali opinię publiczną opiniami, że wszystko jest właściwie w najlepszym porządku i najgorsze, co mogłoby się naszej gospodarce przydarzyć, to „socjalny populizm”.
Tym bardziej dziś trudno uwierzyć, by wychowanek neoliberalnych ekonomistów i publicystów, czyli Donald Tusk, miał się specjalnie przejąć wzrostem bezrobocia z 5 do 6 proc. w czasie jego obecnych rządów. Nie takie rzeczy nasi Europejczycy mieli wliczone w koszta – szczególnie jeśli to koszta, którymi nie muszą obciążać własnych rachunków. A najwyraźniej sojusz liberalno-postkomunistyczny wierzy, że wzrost bezrobocia jeszcze długo nie przełoży się na sondażowe notowania.
Duży problem dla młodych
Tyle że tym razem jednoczący się wokół Donalda Tuska układ polityczny może się rozczarować. Dla roczników nawykłych do wyższych stawek i niższego bezrobocia obecne trendy mogą zaraz okazać się nie do przyjęcia. Tym bardziej że emigracja zarobkowa nie jest już – z wielu dobrze znanych przyczyn – tak atrakcyjną opcją, jak w czasach naszego wejścia do UE. A rodzimy biznes, po cichu, lecz skutecznie, masowo szuka taniej siły roboczej w krajach Azji i Ameryki Południowej.
W naszych warunkach prędzej czy później także zobaczymy zaskakujące społecznie, politycznie i gospodarczo zmiany. Dla liberałów i lewicy może to być tym bardziej nieprzyjemne, że oni programowo nie wierzą, iż ktokolwiek jest w stanie odebrać im władzę. Nawet teraz usiłują grać wszechmocnych i wszechwładnych, choć ich koalicja zależy od plus minus 2 proc. Lewicy w sondażach. Wywalczone w 2023 r. z pomocą niezwykłej mobilizacji mainstreamowych mediów i czołowych postaci show-biznesu III RP polityczne zwycięstwo nad Prawem i Sprawiedliwością to ewenement w skali ostatniej dekady.
Liberalna ignorancja i arogancja wobec problemów społecznych, czego symbolem jest Donald Tusk, prędzej czy później dadzą o sobie znać. Tym bardziej że negatywnych tendencji gospodarczych i społecznych nie da się otoczyć kordonem sanitarnym stereotypowej gadaniny o typowych kłopotach mniej zamożnej Polski.
Po pierwsze, w czasach zupełnie innego niż przed kilkunastu laty obiegu informacji i opinii to utrudnione. A medialne bańki także prędzej czy później pękają. Po drugie, niekorzystne zmiany na rynku pracy w miastach takich jak Kraków dziwnym trafem idą w parze z narastającym oporem społecznym wobec lokalnych władz. Koalicja Obywatelska będzie miała naprawdę duży problem, jeśli Aleksander Miszalski zostanie odwołany w referendum, którego tak bardzo już się boją jego ludzie.
Pełzający wzrost bezrobocia to jedno. Druga rzecz to nieudolna polityka społeczno-gospodarcza liberalno-postkomunistycznego układu. W 2015 r. ekipa Donalda Tuska również nie wierzyła, że „roszczeniowy motłoch” może jej odebrać władzę. I najwyraźniej nie wyciągnęła z tego żadnych sensowniejszych wniosków.