Renegat ten zatwierdzał wyroki śmierci na swoich żołnierzach podejrzanych o związki z polskim podziemiem niepodległościowym. Pomnik Berlinga straszył przez 34 lata – na czerwonym (nomen omen) cokole, z przetrąconymi (można się domyślać przez Sowietów) nogami. Ale w Warszawie zostały jeszcze inne pamiątki po sowieckim „wyzwoleniu”.
Nie mówię o pomniku Poległym w Służbie i Obronie Polski Ludowej (nazywanym „pomnikiem utrwalaczy”), rozebranym w 1991 r., dziś przed Pałacem Lubomirskich stoi pomnik Tadeusza Kościuszki. Nie mówię też o pomniku Braterstwa Broni („czterech śpiących”). Odsłonięty na placu Wileńskim w listopadzie 1945 r., zniknął dopiero w roku 2011, bo pani Gronkiewicz-Waltz i panu Kunertowi bardzo się podobał. Nie mówię o rok później (w 1946 r.) zainstalowanym pomniku Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej, upamiętniającym sołdatów poległych w trakcie „wyzwalania” warszawskiej Pragi – ten dotrwał aż do 2018 r. W tym samym roku co pomnik Berlinga – w 1985 – na Pradze stanął Pomnik Kościuszkowców – w 40. rocznicę „wyzwolenia” Warszawy. Zawdzięczamy go komunistycznemu dygnitarzowi Włodzimierzowi Sokorskiemu, który był nie tylko politrukiem LWP, funkcjonariuszem KPP i PPR, ale także Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Pomnik stoi do dziś… Jest jeszcze co najmniej jedna sowiecka „pamiątka”: pomnik Partyzanta przy rondzie de Gaulle’a, dedykowany pierwotnie Gwardii Ludowej i Franciszkowi Zubrzyckiemu (ów „Mały Franek” wsławił się jedną jedyną akcją na polską leśniczówkę, podczas której zabrał dubeltówkę i 5 tys. złotych). I nie mówię tym razem o stołecznych ulicach zrekomunizowanych przez pana Trzaskowskiego.