Choć ze Stanów Zjednoczonych napływają wieści dość ponure, zapewniam szanownych Czytelników – Ameryka jest zupełnie inna. Wesoła. Radosna. Dowcipna. Z poczuciem humoru, czasem błyskotliwym. Także autoironiczna. Pozwolę sobie to udowodnić, posługując się licznymi anegdotami – a więc czymś, co zdarzyło się na-prawdę – jakże obfitymi w historii Ameryki.
Kogo przypomina Valentino, a co teściowa Twaina
Gdy ktoś przypadkowo spotkany mówi mi, że przypominam mu Ryszarda Czarneckiego, od razu przychodzi mi na myśl historia, która dotyczy filmowego pożeracza serc, amanta amerykańskiego filmu w pierwszych dekadach jego istnienia – osławionego Rudolpha Valentino. Gdy ten znany aktor spacerował po parku Coney Island, zobaczył, jak badawczo przyglądają się mu dwie panie, po czym usłyszał: „Popatrz tylko na tego durnia, który chce udawać Valentino”…
Dla wszystkich, którzy uwielbiają swoje teściowe, anegdota o Marku Twainie, który na urodziny swojej teściowej napisał nowelkę, a w niej mamę swojej żony porównał do gazety codziennej. Trochę zdziwiona, a trochę obrażona małżonka spytała go, skąd takie porównanie. Na co Twain odparł: „A czyż twoja matka nie ukazuje się u nas codziennie?”.
Kuchnia to poważna sprawa
Nie jestem dobrym kucharzem. Powiem więcej: żaden ze mnie kucharz. Przyrządziłem w życiu dwa razy obiad. Przyznaję bez bicia, że w obu przypadkach na użytek telewizji. Stąd bliska mi jest anegdota o innej postaci amerykańskiego kina, czyli Audrey Hepburn, której z kolei wydawało się, że w kuchni jest świetna. W dniu, w którym chciała wydać przyjęcie, posłała pokojówkę do kucharki z informacją, że niedługo przyjedzie jej pomóc w gotowaniu. Po powrocie pokojówki aktorka spytała, czy kucharka jest zadowolona z takiej nowiny. I usłyszała: „Bardzo, tylko prosi, żeby pani przyszła jutro, bo dzisiaj ona ma bardzo dużo roboty”.
Amerykański sen, czyli z brudasa prezydent
Nie narzekajcie na Wasze dzieci i wnuki, że nie zawsze myją ręce, uszy, szyję itp. To taka norma w szczenięcych latach. Skądś to znamy, czyż nie? Zresztą to norma obowiązująca pod każdą szerokością geograficzną. Pokazuje to anegdota z dzieciństwa jednego z najwybitniejszych prezydentów w dziejach Stanów Zjednoczonych Abrahama Lincolna (był nim w latach 1861–1865 do swojej tragicznej śmierci w zamachu). Lincoln chodził do szkoły ludowej w niewielkim mieście Hodgenville. Był niezłym hultajem. Pewnego razu jego nauczyciel dokonał inspekcji czystości, każąc pokazywać dzieciakom ręce. Młody Abraham wytarł prawą rękę o spodnie i pokazał ją nauczycielowi. Okazało się jednak, że ręka mimo tych pospiesznych zabiegów wciąż była bardzo brudna. Belfer oburzył się: „Ty niechluju! Zasłużyłeś na 10 trzcin na tę brudną łapę. Ale mogę darować ci karę, jeśli znajdziesz w klasie jeszcze brudniejszą rękę od twojej”. Przyszły prezydent USA zareagował błyskawicznie i z szelmowską miną podniósł lewą rękę, której nie zdążył jeszcze wyczyścić.
Kto jeździ fordem?
Henry Ford to integralna część dziejów naszego sojusznika za wielką wodą. Tak, ten sam, który miał mówić, że każdy Amerykanin może kupić samochód w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że będzie to czarny ford… Ale ja nie o tym. Niegdyś ów miliarder, ale też filantrop i oczywiście – a jakże – wydawca gazety, kazał dać redaktorowi naczelnemu swojego dziennika na pierwszą stronę takie oto hasło: „Jak możemy ulżyć cierpiącej ludzkości?”. Szybko, bo już nazajutrz, doczekał się odpowiedzi w konkurencyjnej gazecie. Podobnie wielką czcionką i w podobnym miejscu widniał napis: „Henry! Umieść więcej sprężyn w fotelach swoich samochodów!”.
Tenże Ford był obiektem niezliczonych anegdot. Kolejna mówi o tym, jak jadąc samochodem – oczywiście fordem – zobaczył kierowcę, który łapał się za głowę przy zepsutym aucie. Tym unieruchomionym samochodem był też ford. Miliarder zatrzymał się, zaproponował swoją pomoc, wczołgał się pod samochód, naprawił auto własnej marki w pół godziny, wydostał się spod samochodu i oświadczył szczęśliwemu kierowcy, że może już jechać dalej. Ten wyciągnął pięć dolarów, aby zapłacić za pomoc. Na co Ford: „Dziękuję panu, pieniędzy mam dosyć”. Na co zdumiony kierowca już naprawionego forda: „Tego już nie rozumiem! Jeżeli ma pan tyle pieniędzy, to czemu jeździ pan fordem?”.
Roosevelt i nieoczywiste plusy lekarskiej profesji
Gdy Ludwik Dorn jako minister spraw wewnętrznych i administracji wygłosił swoje słynne zdanie o lekarzach, którzy „pójdą w kamasze”, przypomniała mi się anegdota o najdłużej urzędującym w dziejach USA prezydencie, czyli Franklinie Delano Roosevelcie. Najdłużej, bo został wybrany na czwartą kadencję wtedy, gdy nie było jeszcze dwukadencyjności (maksimum) głów państwa w USA. Skądinąd kadencji czwartej nie dokończył, bo zmarł. Otóż tenże F.D. Roosevelt (nie mylić z innym prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, spokrewnionym z nim Theodorem Rooseveltem, który rządził w Białym Domu na początku XX w.) zapytał kiedyś pewnego ucznia, kim chciałby być, jak dorośnie. „Lekarzem” – usłyszał. „Lekarzem? Dlaczego właśnie lekarzem?” – powiedział, nie kryjąc niechęci prezydent Roosevelt. Na co chłopak: „Bo jest to zawód najłatwiejszy i najkorzystniejszy. W każdym innym zawodzie płacą, gdy praca zostanie wykonana, a lekarz zawsze przyjmuje honorarium, obojętnie czy chory wyzdrowieje, czy umrze”. Oczywiście nie podzielam antylekarskiej obsesji owego prezydenta demokraty.
Pocałunek na ekranie
Niektórzy w polskiej polityce, zresztą w światowej również, prężą muskuły, opowiadając, kogo to oni znają na krajowym, a zwłaszcza międzynarodowym rynku politycznym. Jak słyszę takiego samochwałę, natychmiast przed oczyma staje mi konferencja prasowa jednego z moich ulubionych aktorów, komików i reżyserów Woody’ego Allena. Pada pytanie: „A jak to wygląda, Woody, gdy całujesz dziewczynę w filmie? Czy jesteś wtedy uczuciowo zaangażowany?”. A oto odpowiedź ironicznego i w życiu, i na ekranie Allena: „Raz pocałowałem Jeanne Moreau na ekranie i ani ona, ani ja nie przeżywaliśmy tego głębiej. Ale bileterzy odciągnęli mnie od ekranu i musiałem znów usiąść na swoim krześle”.
Tę i większość pozostałych historii zaczerpnąłem z książki Wojciecha Wierciocha i Jolanty Szymskiej-Wiercioch „Anegdoty z czterech stron świata”.