Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Wołodźko,
10.05.2017 18:20

Byli głupi, są ślepi

Za niemal całe ideowe zaplecze postplatformerskiej opozycji robi kilka tygodników opinii i gazeta, która najlepsze lata ma już za sobą.

Za niemal całe ideowe zaplecze postplatformerskiej opozycji robi kilka tygodników opinii i gazeta, która najlepsze lata ma już za sobą. A te tytuły, niemal bez zmian, od lat podają do wierzenia swoim wyznawcom te same lumpenliberalne slogany. I nie widzą, jak bardzo przeobraziła się nasza rzeczywistość społeczno-gospodarcza w ostatnich latach. Zbyt mało z niej rozumieją, żeby zbudować sensowną ideową kontrpropozycję dla obecnej władzy.

Strategia tych protez ideowego życia post-Platformy jest prosta: obrażać, ile się da, elektorat wygranej partii, ze szczególnym wskazaniem na jego – realne i wyobrażone – biedniejsze warstwy. Jeżeli przeanalizować przeróżne wypowiedzi i teksty zarówno antypisowskich głośnych już nazwisk, jak i redakcyjnych stażystów, widać tam tendencje do wyobrażeniowego spychania PiS-u na pozycję partii, która reprezentuje jedynie „plebs”. Ta wygodna zagrywka, która mile łechce niemałą część antypisu, jest kompletnie fałszywa.

Ślepcy na własne życzenie

Intryguje mnie niezmiernie, czy większość osób odpowiedzialnych za tego typu strategie propagandowo-redakcyjne w ogóle zdaje sobie sprawę z faktu, że coraz bardziej rozmija się z rzeczywistością i jedynie przekonuje przekonanych, na czele z polityczno-kapitałową i inteligencko-naukową „elitą przegranych”. Tuż po wygranych przez PiS wyborach, w trakcie kuluarowych rozmów z dziennikarzami (publicystami), liderami opinii kształtującego się antypisu, odnosiłem wrażenie, że wszyscy oni bardzo wierzą w to, że PiS nie będzie rządził dłużej niż rok, że już wkrótce rozpadnie się pod ciężarem własnej wygranej. Ale nic takiego się nie stało – konsternacja z czasem przeobraziła się we frustrację i w coraz jawniej wyrażaną złość zarówno wobec PiS-u, jak i jego realnego i wyimaginowanego elektoratu. Negatywne emocje znalazły ujście w formie dość typowego, wyuczonego również przez elity III RP schematu: zrzucić winę na własne ofiary.

To jednak coś więcej niż zwyczajna frustracja przegranych. Znamy wszak stare powiedzenie, że rewolucja pożera własne dzieci – czyli rewolucjonistów, także tych, którzy dotąd najgwałtowniej trzęśli rzeczywistością. W Polsce wydarzyło się coś nieco innego: oto transformacja pożera własne dzieci – czyli elitę superbeneficjentów transformacji. Oni zapewne widzą w tym czarną niewdzięczność Polek i Polaków. Patrząc z dystansu, nie ma w tym jednak nic aż tak nieoczywistego. Jesienią 2015 r. wyborcy odrzucili formację, która zapewniała, że żyjemy na zielonej wyspie, a równocześnie zamiatała pod dywan wszelkie wskaźniki wskazujące na prosty fakt, że nie tak małej części społeczeństwa grozi raczej mielizna życia za 1600–2000 zł na rękę i trwałe uśmieciowienie życia zawodowego, niźli szybkie dołączenie do wyimaginowanej klasy średniej.

Mechanizm ślepnięcia

Platforma budowała mit coraz zasobniejszej Polski, ale rzadko chciała mówić choćby o parumilionowej emigracji, z której spora część była o wiele mniej dobrowolna, niż chcieliby przyznać doktrynerzy półperyferyjnego kapitalizmu. I więcej jeszcze: ponieważ drużyna Tuska-Kopacz-Schetyny, ich akolici i medialni sojusznicy przyjęli za punkt honoru właściwie bezkrytyczną obronę III RP, niemal doktrynersko ucinając wszelkie dyskusje o jej wadach, w sposób naturalny skierowali na siebie gniew wszystkich, których zaczęły boleć uszy od skrzeku rzeczywistości. W spowodowanej tym niechęci do siebie Platforma wreszcie połączyła przeróżne odłamy społeczeństwa, często kompletnie sobie obce. I dziś, jak się zdaje, utknęła na mieliźnie swojego świetnego samopoczucia.

Polityka to polis, a nie dwór

Ważna rzecz – ludzie partii, która zbyt długo jest u władzy, skłonni są wierzyć, że polityka to w skali jeden do jednego gra dworska na tych nielicznych uprzywilejowanych obszarach, na które wstęp mają odpowiednio wysoko postawieni funkcjonariusze władzy, biznesu i mediów. Ale to nieprawda: codzienność polityczna jest wciąż silnie determinowana przez procesy i interakcje społeczne; polityka wciąż ściśle wiąże się z losami polis – całości państwa i szerokich warstw jego obywatelek i obywateli. Dobrze, żeby i Prawo i Sprawiedliwość nie zapomniało o tym prostym fakcie.

Dziś, jak sądzę, wbrew temu, czym bombardują nas media antypisu, władza stara się grać na wielu fortepianach: PiS nie jest jedynie partią najuboższych.
I właściwie nigdy nią nie był. Pokazuje to nawet sposób, w jaki skonstruowano 500+, które jest świadczeniem przyjmowanym również przez rodziny zasobniejsze. Z jednej strony rządząca dziś partia stara się uszczelnić system podatkowy, co w polskich realiach budzi złość beneficjentów niewydolności państwa, z drugiej wprowadza usprawnienia dla funkcjonowania przedsiębiorczości.

Co więcej – gołym okiem widać, że część elektoratu Prawa i Sprawiedliwości to całkiem zasobna grupa, rekrutująca się m.in. pośród tzw. bogatych i bogobojnych.

Apetyt na przyszłość

Tymczasem, jeżeli spojrzymy na ostatni spot reklamowy post-Platformy zachęcający do udziału w Marszu Wolności, zauważymy, że jest on wprost skierowany do bogatszej warstwy społeczeństwa albo tych, którzy do niej aspirują i z nią się utożsamiają. W bogatych wnętrzach domu, sugerującego dostatek i sporą przestrzeń życiową, matka przynajmniej z klasy średniej opowiada swojej córeczce coś w rodzaju dobrej nowiny o III RP. Pewnie zgadza się to z jakimś wycinkiem polskiej rzeczywistości, jaki najlepiej rozumieją tłuste koty z antypisu. Ale realia przedstawione w spocie to jednak wciąż wyjątek od reguły.

Pokolenie trzydziesto-, czterdziestolatków, ludzi najaktywniejszych, którzy wciąż jeszcze mają spory apetyt na przyszłość, dobrze wie, że tego typu postplatformerska opowieść o naszym kraju, potraktowana jako norma, jest nieprawdziwa. Polska jest rozwarstwiona ekonomicznie i kulturowo, społeczeństwo jest w pełni społeczeństwem klasowym – widzenie go tylko przez pryzmat bogatych i najbogatszych to polityczna droga donikąd.

Ponadto PO ma wyraźny kłopot z określeniem swojej tożsamości zarówno względem bardziej konserwatywnego, jak i mocniej liberalnego potencjalnego elektoratu. Życzyłaby sobie mieć po swojej stronie np. zorganizowane ideowo i politycznie mniejszości seksualne i chciałaby, żeby widziały one w PO rękojmię wolności. Ale Platforma musi też uważać na swój bardziej konserwatywny elektorat, o wiele szerszy, ale wstydliwie ukrywany przed europejską, liberalną opinią publiczną. Ta trudna do pogodzenia różnorodność elektoratu PO może rozbijać i tak już zmęczoną partię. I nawet „Krytyce Politycznej”, gdyby miała taki pomysł, nie uda się wówczas przekonać politycznych ruchów mniejszości seksualnych do wsparcia PO jako mniejszego zła.
Polska wersja liberalizmu przeżywa bodaj największy kryzys od czasu, gdy wyborcy wysłali szyld „Unia Wolności” na zieloną trawkę. A jego najsilniejszą partią są dziś tak naprawdę mainstreamowe liberalne media.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane