Szczęśliwie 13 grudnia, wbrew obawom, nie doszło do żadnej awantury. Warszawą przeszedł marsz KOD-u, na pl. Trzech Krzyży odbył się wiec Prawa i Sprawiedliwości, w miejscach, w których na „obrońców demokracji” czekali byli opozycjoniści, było głośno, ale dochodziło do wymiany jedynie werbalnych ciosów. Impreza KOD-u
odniosła kolejny umiarkowany sukces frekwencyjny, pozwalający na legitymizację dalszego trwania. Sympatyków PiS-u, przedstawicieli klubów „Gazety Polskiej” i dawnych opozycjonistów na pl. Trzech Krzyży pojawiło się tylu, by uczestnicy nie mieli poczucia przebywania w małej grupie, jednak mniej niż w ostatnich dwóch latach, gdy wydarzenie miało formułę marszu i przypadało na dni wolne od pracy.Bez pozorów
Przez niesprzyjające PiS-owi media zostało to oczywiście uznane za wielką porażkę, co jest, jak wszystkie ich analizy na temat tej partii, odległe od rzeczywistości. Najważniejsze jednak, że bratającej się z dawnymi mundurowymi opozycji nie udało się przejąć symboliki związanej z upamiętnieniem stanu wojennego. Trzeba jednak pamiętać, że próbowano tego dokonać w wyjątkowo bezczelny i budzący najwyższy sprzeciw sposób. Mało kto zauważył, że na swoim portalu KOD wzywał na przykład do palenia w oknach świeczek w geście… solidarności z walczącymi o zagrożoną dziś rzekomo demokrację. Jak bardzo instrumentalnie potraktowano tragiczną datę, świadczy fakt, że żaden z kilkunastu postulatów tzw. strajku obywatelskiego nie odnosił się do pamięci o ofiarach czy zapewnienia godnego życia weteranom tamtych wydarzeń. Nie zadbano nawet o pozory.
W czwartek w Sejmie odbyło się spotkanie opłatkowe, które, choć mało kto wówczas to zauważył, okazało się zapowiedzią piątkowego starcia. Oto bowiem nie wziął w nim udziału poseł PSL Eugeniusz Kłopotek, który dzień później, będąc gościem TVP Info, wprost zapowiadał, że w Sejmie w ciągu kilku godzin dojdzie do gorszących scen, przy których przełamywanie się opłatkiem byłoby hipokryzją. Sam poseł stwierdził, co nie zostało chyba zauważone, że indywidualnie złożył świąteczne życzenia kolegom z klubu i kilku osobom z PiS-u,
co pozwala sądzić, iż zapowiedź późniejszej awantury bynajmniej nie wymsknęła się mu przypadkowo. Kłopotek podczas rozmowy chwilami wydawał się zbyt wyluzowany, zaskakująco dużo też się śmiał, być może stresował się z powodu posiadanej wiedzy, którą nie do końca mógł się podzielić. Ledwo zaś rozmowa się skończyła, w Sejmie zaczęła się awantura, rzekomo w obronie dostępu dziennikarzy do parlamentu, w praktyce – by zablokować przyjęcie budżetu i ustawy dezubekizacyjnej.
Ataki, ale nie na „ofiary”
Wydarzenia w Sejmie transmitowane były na żywo we wszystkich stacjach telewizyjnych, przy czym telewizje komercyjne nie krygowały się zbytnio i praktycznie wysyłały do swoich odbiorców sygnał do buntu – tego, do którego nie doszło 13 grudnia. Na Wiejską przybyła więc grupa osób, wśród których nie zabrakło stałych uczestników protestów, a także – co wykazuje trwająca na Twitterze kwerenda – rozmaitych asystentów polityków i innych osób, którym ostatnio trochę pogorszyły się warunki życia. Aby odpowiednio ustawić narrację, przez media szybko przemknęła informacja o rzekomym użyciu gazu i pobiciu manifestantów. Kto jednak chciał poszukać prawdziwej agresji, mógł znaleźć jej aż w nadmiarze. Opuszczający teren posłowie spotykali się z wyzwiskami, poszturchiwaniem i obrzucaniem różnymi przedmiotami. Najbardziej dramatycznie wyglądała sytuacja szczególnie znienawidzonej przez KOD Krystyny Pawłowicz, wcześniej imiennie wskazanej z mównicy jako cel ataku. Później podobny los spotkał reporterów TVP Info.
Sposób potraktowania prof. Pawłowicz spotkał się z uznaniem byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego, który w niedzielę, na zorganizowanym przez KOD pożegnaniu sędziego Rzeplińskiego, nie krył zadowolenia z piątkowego incydentu. Z kolei poseł Nowoczesnej Michał Jaros złożył interpelację poselską, w której domaga się wyjaśnień, dlaczego policja… udzieliła pomocy napadniętej posłance. W studiu TVP Info Adam Struzik z PSL-u agresję wobec dziennikarzy skwitował retorycznym pytaniem, czy może sobie na to zasłużyli. Być może zbyt częstym zapraszaniem marszałka z PSL-u do weekendowych audycji.
Opozycja gra na zaostrzenie atmosfery, najwyraźniej nie przejmując się okresem świątecznym. Być może liczy na większe niż dotąd zainteresowanie protestami młodzieży, która wkrótce będzie miała kilka dni wolnego. Jest to jednak o tyle ryzykowne, że co najmniej od czasów stanu wojennego największą świąteczną wartością jest dla Polaków spokój, i o ile współczucie mogliby wzbudzić górnicy pozostający w święta pod ziemią, o tyle posłowie okupujący mównicę w pustej sali plenarnej będą już tylko dziwakami.
Pamiętamy
Wśród sympatyków rządu żywa jest pamięć o 2007 r. i jesiennej porażce wyborczej, której jeszcze wiosną nikt właściwie się nie spodziewał. Z kilku powodów historia nie może jednak powtórzyć się wiernie. Dzisiejsza opozycja wydaje się łapać oddech, chwilowo też jest w stanie zjednoczyć się wokół wspólnego wroga. Zjednoczenie to nie jest jednak całkowicie bezkosztowe, jeśli chodzi o wizerunek. Nowoczesna i Platforma walczą o ten sam elektorat i każda z partii, jeśli oczywiście nie dojdzie do ich całkowitego zjednoczenia, będzie musiała w pewnym momencie udowodnić, że to właśnie ona zasługuje na głos kogoś, kto za nic nie zdecyduje się poprzeć PiS-u. Co więcej, na dłuższą metę, obecność w jednej grupie działaczy partii Razem, dawnych esbeków czy dawnych narodowców dla części potencjalnych zainteresowanych może być zbytnio kompromitująca.
Jeśli zaś PiS utrzyma swoją pozycję, to będzie znakomitą wymówką dla oportunistów i konformistów, którzy gdy uznają, że dotychczasowa linia jest nie do obrony, nagle odczują potrzebę opuszczenia jej z przyczyn ideowych. Niemożliwe wydaje się też zmobilizowanie na rzecz opozycji wyborców, którzy w kolejnych wyborach wejdą do gry jako debiutanci. Niezależnie od tego, że zapewne odczują na sobie wszystkie, więc i kłopotliwe, skutki reformy gimnazjów, wychowani na portalach społecznościowych raczej nie pójdą za ludźmi, którzy są dla nich przede wszystkim bohaterami memów. W odróżnieniu od roku 2007 PO nie może liczyć na żaden urok świeżości, nawet w oczach słabo wyrobionych wyborców, ciągnie się bowiem za nią bagaż kadencji Komorowskiego, rządu Kopacz i ucieczki Tuska do Brukseli. Co więcej, jeśli PiS niektórymi działaniami nadszarpuje cierpliwość wybranych grup swoich sympatyków, opozycja robi wszystko, by w decydującej chwili wrócili do swojej partii. Nie będą bowiem chcieli oddać Polski w ręce Schetyny, Kijowskiego czy Petru.
Spokojnych świąt
Trudno przewidzieć, co się zdarzy w najbliższych dniach. Oprócz wezwań do przemocy widać drobne incydenty. Czy po to, by rozładować narastające i stale dokarmiane negatywne emocje, czy po to, by sprowokować reakcję drugiej strony i w ten sposób wykreować męczenników upragnionej karykatury Majdanu? Dzięki naszej wiedzy i internetowi coraz łatwiej ujawniać esbeckie powiązania poszczególnych reżyserów intrygi. Widać też w ludziach wolę działania i obrony dzisiejszej władzy. Pełno również, jak zwykle przy takich okazjach, wiadomości niepokojących – m.in. przerwy w dostępie Polaków do telewizji publicznej – lecz trudnych do pełnego wyjaśnienia. Pierwszy raz od dawna życzenia „spokojnych świąt” nie będą jedynie pustym wspomnieniem stanu wojennego. I to też nie jest przypadkiem, bo – tak jak wtedy – ta sama grupa interesów liczy na nasze zmęczenie poczuciem chaosu. Czy jednak społeczeństwo znów da się nabrać, gdy niedawni „modernizatorzy” powrócą jako sprzedawcy spokoju? Trudno to sobie wyobrazić.