Czy warto słuchać muzyki współczesnej?
Trzy koncerty i nieco więcej niż zwykle muzyki współczesnej.
Aby jednak odpowiedzieć sobie na postawione w tytule pytanie, warto ustalić zasady, którymi powinniśmy się posługiwać. Przede wszystkim zaś musimy określić pewne pojęcia, które w potocznym języku bywają nieprecyzyjne, a często wręcz wieloznaczne. Po pierwsze należy zatem ustalić, czym jest muzyka dawna, a czym współczesna, czy inaczej mówiąc, nowa. Choć nawet i wówczas, gdy ustalimy owe definicje, musimy pamiętać, że i one będą obowiązywały nas tylko w tym momencie. Bowiem pojęcia „dawna” i „nowa” ulegały i ulegają cały czas zmianom i modyfikacjom. Czy muzyka nowa to ta, która jest komponowana tu i teraz? Czy zaczyna się w momencie, gdy Arnold Schonberg zastosował w swoich utworach dodekafonię? Wówczas to doszedł do wniosku, że oznaczanie tonacji jest zbyt anachroniczne. Aby jednak uniknąć chaosu, który zresztą później stał się w pewnym sensie stosowaną metodą, postanowił jednak zastosować jakiś system porządkujący. Zaproponował, aby wszystkie z dwunastu tonów skali miały równorzędne znaczenie. Rezygnując z toniki, dominanty, tonacji i modulacji z jednej tonacji do drugiej, pozostawiamy jedynie dwanaście tonów i ich wzajemne relacje. Ponieważ nie ma tonacji, muzyka staje się atonalna. I to wtedy po raz pierwszy bodaj rozeszły się drogi pomiędzy kompozytorami a słuchaczami. Cóż to bowiem za przyjemność słuchać zgiełku dysonansów. Czy nie lepiej obcować z klasyczną muzyką Haydna czy jakże przewidywalnym Mozartem? Oprócz kolegów kompozytorów i kilku muzykologów nikt nie był zainteresowany serią tonów, inwersją czy retrogresją. Jednak liczba kompozytorów eksperymentujących z atonalnością powiększała się w tempie geometrycznym. Nie każdy z nich pozostał wierny tej metodzie na zawsze jak Berg czy Webern, ale bywalcy sal koncertowych nie rozumieli precyzyjnych formuł matematycznych w muzyce, przedkładając emocje nad doznania intelektualne. Co zatem uczynił Schonberg? Stworzył w Wiedniu Towarzystwo Prywatnych Wykonań Muzycznych i na swoje koncerty wpuszczał wyłącznie wielbicieli nowej muzyki. Skończyły się gwizdy, buczenie, kocia muzyka, a nawet rękoczyny. Skończyły się także niepochlebne artykuły w prasie fachowej, bowiem na koncerty wpuszczani byli wyłącznie recenzenci przychylni Schonbergowi i jego kolegom. Niezły pomysł dla współczesnych stowarzyszeń kompozytorskich…
Akceptują, choć nie rozumieją
Później publiczność osłuchała się, przyzwyczaiła do prowokacji, uznała każdy (nawet najbardziej niedorzeczny) pomysł kolejnych (zanim zmienili się w czcigodnych klasyków) awangardzistów za wart uwagi i uznania. I całkowicie skapitulowała przed nowym najazdem Hunów. Szczególnie że we wszystkich dziedzinach sztuki nastąpiła rewolucja. Zaś krytycy, po do tej pory wspominanej ze wstydem dla całej gildii wpadce z niedocenieniem impresjonistów, akceptują nawet to, czego sami nie rozumieją i wewnętrznie odrzucają. Na wszelki wypadek popierają nowe prądy i aby się uwiarygodnić, pokrywają swoją niepewność coraz to nowymi i coraz bardziej uczonymi (acz częstokroć niedorzecznymi) sloganami i zwyczajnym słowotokiem. Nas, słuchaczy nienadążających za przewodnikami intelektualnymi, traktują zaś niczym bogowie olimpijscy zwykłych śmiertelników. Któż nie chciałby zasiadać na uczcie bogów? Toteż akceptujemy każdy, najbardziej szalony nawet pomysł artystów i występujących pod ich szyldem najzwyklejszych hochsztaplerów. W strachu, że czegoś nie zrozumieliśmy, że jesteśmy nie dość otwarci na nowe prądy, że nie nadążamy za elitą. Tak jest z niektórymi prądami w muzyce, z czarnym kwadratem na białym tle, z obierkami w Zachęcie, pisuarem na środku sali w nowojorskiej galerii czy bełkotem w czasie publicznego czytania arcydzieła w rodzaju „Golgota piknik”.
To już nie wróci
Jednak błędem byłoby generalizowanie. Potrzebny był Schonberg, Steve Reich, Philip Glass, John Cage z jego koncertem fortepianowym, w którym nie brzmi ani jeden dźwięk, Witold Lutosławski z jego techniką aleatoryczną, Henryk Mikołaj Górecki z kowadłami kowalskimi jako instrumentami, Krzysztof Penderecki z maszyną do pisania… Osłuchani z tego typu nowościami, chcąc nie chcąc stajemy się innymi odbiorcami. Bach słuchany przez sobie współczesnych był innym Bachem niż Bach słuchany przez nas, którzy mają zakodowaną w świadomości lub podświadomości znajomość muzyki Strawińskiego czy Bartoka. Tak jakbyśmy słuchali muzyki dawnej przez swoisty filtr intelektualno‑emocjonalny. Toteż nie oszukujmy się i nie dajmy się oszukać tym, którzy twierdzą, że mają receptę na przekazanie nam treści muzycznych w tej samej formie, co kilkaset lat temu. To niemożliwe. Tak jak niemożliwe byłoby zachowanie dzisiejszej publiczności kinowej identyczne do zachowania francuskich widzów w czasie premiery „Wjazdu pociągu na stację La Ciotat” braci Lumière pod koniec XIX w.
Czy warto słuchać zatem muzyki nowej, współczesnej? Według mnie warto. Pod warunkiem że powoduje ona u nas pozytywne reakcje. Odprężenie, relaks lub pobudzenie do wysiłku intelektualnego. Gdy muzyka czyni nas lepszymi, szczęśliwszymi i bogatszymi wewnętrznie. Nie musimy wówczas zastanawiać się nad źródłem i istotą naszych doznań. Czy muzyka jest tonalna czy atonalna… Notabene pewne elementy atonalności możemy odnaleźć na przykład w niektórych utworach Chopina…
Czy więc warto?
A mieliśmy niedawno okazję do wysłuchania utworu będącego połączeniem dwóch języków. W Filharmonii Narodowej orkiestra Narodowego Forum Muzyki z Wrocławia wykonała „Musikalisches Opfer” Jana Sebastiana Bacha w orkiestracji Antona Weberna, ostatniego z klasyków dodekafonii. Był to swoisty hołd nowatora i wizjonera dla kilkaset lat starszego od niego ojca i wzorca wszystkich kompozytorów. Webern jest wierny swojej muzyce i swojemu przesłaniu, będąc jednocześnie wierny polifonicznym założeniom mistrza z Eisenach. A na zakończenie prawdziwe wyzwanie, dla nas, zwyczajnych zjadaczy chleba. II Symfonia Pawła Mykietyna. Utwór z 2007 r., a więc sprzed ośmiu zaledwie lat. Dla kompozytora tej klasy to epoka, w której zmienia się i język, i estetyka. Nie znaczy to wszak, że II Symfonia zdążyła się osłuchać i spowszednieć. To nadal dzieło budzące niepokój, a zarazem ciekawość. Niczym kompozycja klasyczna z fakturą wywróconą podszewką do góry. Przerobiona, jak to się kiedyś mówiło, „na nice”… Zabawa (prawdopodobnie całkowicie na serio) intelektualna, polegająca według mnie na tym, że gdyby nagrać utwór i puścić do tyłu, wyszłaby całkiem zgrabna symfonia klasyczna… Oczywiście żartuję.
Innego typu wydarzeniem, w którym rej wiodła muzyka współczesna, był koncert inauguracyjny Festiwalu Witolda Lutosławskiego „Łańcuch XIII”. Wystąpiła Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia pod dyrekcją Aleksandra Liebreicha. Wysmakowany program mógł zadowolić zarówno przywykłych do eksperymentów z wyobraźnią muzyczną i obytych z muzyką nową słuchaczy, jak i tych, dla których Debussy czy Ravel wyznacza kres tego, co jest możliwe do zaakceptowania. A taki był koncert w Studiu Polskiego Radia. Oprócz wspomnianego Debussy’ego z saksofonem w roli głównej (Paweł Gusnar na alcie) zabrzmiała II Symfonia Stefana Kisielewskiego z 1952 r. I choć utwór powstał w najgorszym dla wolnej sztuki czasie, to połączenie tonalności z atonalnością kłóci się z obowiązującym wówczas wszechobecnym socrealizmem. Znakomita zaś orkiestracja II Symfonii przypomina o mistrzu Kisielewskiego – Ryszardzie Straussie, którego twórczość była tematem pracy dyplomowej naszego kompozytora. Utwór to znakomity przykład neoromantyzmu z nieśmiałą próbą pójścia poza obowiązujący schemat. Polską Orkiestrą Radiową dyrygował Michał Klauza.
Zatem raz jeszcze – warto!