Maraton pianistyczny już przed metą
Nie wiem jeszcze, kto wejdzie do finału XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. Co innego Państwo. W chwili gdy ukazuje się gazeta, wszystko jest już jasne.
Jeśli mielibyśmy porównywać zmagania młodych pianistów do zawodów sportowych, a taka przecież idea przyświecała organizatorom pierwszych konkursów, to oceny przypominają sędziowanie walk bokserskich. Nie konkurencji lekkoatletycznych, gdzie wyniki są wymierne, ale – tak jak w pięściarstwie – decydują oceny stricte subiektywne. Oczywiście mam na myśli sytuację, gdy walka jest wyrównana i nie kończy się nokautem. Toteż nie dziwmy się, że nasze odczucia często nie pokrywają się z wynikami orzeczeń jury.
Oceniają wybitni fachowcy
Zaufajmy specjalistom. Istotne i bezdyskusyjne jest przecież profesjonalne przygotowanie komisji. Przecież to nie tylko zawodowcy, specjaliści od pianistyki, ale też, z trzema wyjątkami, laureaci konkursów chopinowskich. Nie zauważyłem, aby korzystali z nut – jak to niegdyś bywało – a przecież każdy dźwięk wykonywanych utworów mają w pamięci. Decyduje o tym ich pamięć wzrokowa, słuchowa, ruchowa i intelektualna. Od czasu do czasu rozmawiam z niektórymi jurorami i choć nie śmiałbym zadawać im pytań o oceny konkretnych uczestników, to dowiaduję się, co jest najważniejsze przy opiniowaniu ich gry. Nie ma tu decydującego znaczenia jeden czy drugi fałszywy dźwięk. To przydarzyć się może, aczkolwiek nie powinno, najlepszemu pianiście. Chodzi o coś znacznie ważniejszego. A mianowicie o ogólny przekaz, o zrozumienie przesłania kompozytora, o dramaturgię utworu, o styl, wreszcie o słynny już idiom chopinowski. O ocenie decydują oryginalność i indywidualność interpretacji, piękno dźwięku, zastosowanie jak najszerszej skali dynamicznej, odpowiednia długość pauz, podkreślanie nut w zależności od ich ważności. Sama technika jest tylko środkiem – nieodzownym i oczywistym – do osiągnięcia wspomnianych celów.
Tymczasem od kilku już konkursów wydaje się, że większości młodych pianistów to właśnie technika – w sensie sprawności fizycznej – wydaje się najważniejsza. Grać coraz szybciej, coraz bardziej mechanicznie. Wracając do porównań sportowych, warto zwrócić uwagę, że tak jak biega się coraz szybciej, skacze coraz dalej i wyżej, to i biegłość palców młodych pianistów jest coraz doskonalsza. Zaryzykowałbym twierdzenie, że tzw. walc minutowy, którego nikt nie jest w stanie zagrać zgodnie z nazwą, ktoś kiedyś wykona w 59 sekund.
Recenzenci na pstrym koniu
Tylko po co? Muzyka musi także władać ciszą. Oddechem. Odpowiednie operowanie tymi atrybutami jest równie ważne jak operowanie dźwiękiem. Warto tu przytoczyć dość popularną anegdotę o Arturze Rubinsteinie. Oto pewnego razu, po recitalu, podszedł do pianisty jeden z jego wielbicieli i zapytał: „Mistrzu, dlaczego środkową część Poloneza As-dur zagrał pan tak powoli?”. „Bo potrafię” – odpowiedział Rubinstein. Warto potraktować tę z pozoru żartobliwą historię całkiem poważnie i pamiętać o jej przesłaniu.
Oceny jury nie przystawały do oczekiwań publiczności od zawsze. W lutowym numerze miesięcznika „Muzyka” z 1927 r. jego redaktor naczelny Mateusz Gliński pisał: „…mimo gwałtownych przejawów opinii publiczności, wypełniających salę, członkowie jury w decyzjach swych odbiegli znacznie od przypuszczeń i oczekiwań prasy i publiczności. Bo przyznać należy z całą otwartością, że przyznanie pierwszej nagrody Lwu Oborinowi było [dla] większości niespodzianką”. Jak wynika z dalszej części tekstu, niespodzianką raczej przykrą. Przypomina to w pewnym sensie konkurs sprzed pięciu lat, gdy wbrew opinii większości słuchaczy i krytyki pierwszą lokatę otrzymała Julianna Awdiejewa. Po ogłoszeniu wyników nie było zwykłych w takich sytuacjach owacji, ale skąpe brawka. Liczono bowiem powszechnie na zwycięstwo przebojowego Austriaka Ingolfa Wundera. Krytyka była wręcz oburzona! Inna sprawa, że większość zawodowych komentatorów zmieniła zdanie w wypowiedziach radiowych i telewizyjnych w ciągu pięciu minut. Przed chwilą odsądzali od czci i wiary Awdiejewą, aby za chwilę chwalić jej grę z równym lub jeszcze większym zapałem. Świadczy to nie najlepiej o morale części naszych dziennikarzy. Do tej pory zresztą spotykam się z ich całkowicie odmiennymi ocenami pianistki w wypowiedziach oficjalnych, a innymi w rozmowach prywatnych.
Wróćmy jednak do kontrowersji pomiędzy jury a publicznością i krytyką. Również wyniki II Konkursu Chopinowskiego w 1932 r. były powszechnie krytykowane. „Sąd drugiego konkursu był, zdaje się, zupełnie pozbawiony wspólnych powiązań ideowych. Nie wiem, czy wysłuchanie koncertów było poprzedzone jakimiś konferencjami, ujmującymi głębiej zasadę sądzenia, czy też sprawa była pozostawiona wszystkim członkom do indywidualnego załatwienia” – pisał znakomity krytyk i kompozytor Felicjan Szopski w „Kurierze Warszawskim”. Miano za złe jurorom, że wygrał Alexandre Uninski ze Stanów Zjednoczonych, a nie Renato Cohen z Mediolanu. A VI konkurs w 1960 r.? I pretensje prawie wszystkich do sędziów, że pominęli Michela Blocka. A wygrał przecież Maurizio Pollini. Tymczasem kto pamięta dziś o rudowłosym Blocku? No i słynny, do dziś wspominany skandal związany z Ivo Pogoreliciem. W sposób bezpośredni i pośredni brało w nim udział dwoje tegorocznych jurorów – Martha Argerich i Dang Thai Son… Oczywiście były różnice zdań pomiędzy jurorami a publicznością i krytykami także w czasie innych konkursów.
Kto wygrywa, kto spada w dół...
Po II etapie każdy z nas ma swoich faworytów. Oczywiście mamy i my, zwyczajni słuchacze. Bo jury – przynajmniej teoretycznie – oceniać powinno uczestników w każdym etapie od nowa. Tak jakby nie istniały poprzednie przesłuchania. Tabula rasa. Ja też mam kilku faworytów. Pierwszy z nich to Eric Lu ze Stanów Zjednoczonych. Osiemnastolatek, ale całkowicie dojrzały artysta, umiejący korzystać ze znakomitej techniki, aby wypowiedź muzyczna posiadała wyraźnie określony kształt. Jest też o trzy lata starsza od niego, urodzona w Singapurze Kate Liu i Koreańczyk Seong-Jin Cho, który zachwycił wspaniale wykonaną, a co najważniejsze zrozumianą od początku do końca Sonatą b-moll. Czekam na występ Dinary Clinton z Ukrainy. Co zaproponuje niezwykle ciekawy Łotysz Georgijs Osokins, który zaimponował mi niezwykle oryginalnym repertuarem? Jak zagra Sonatę h-moll i trzy Mazurki op. 50 Krzysztof Książek? Świetna wydaje się – przynajmniej po dwóch etapach – Japonka Aimi Kobayashi…
Żałuję, że nie usłyszę już Zhi Chao Juliana Jia z Chin, Brytyjczyka Alexandra Ullmana i naszego Andrzeja Wiercińskiego. Ale takie są konkursy. Na tym polega ich urok, na nieprzewidywalności i bezwzględności. Ktoś wygrywa i ktoś musi przegrać. I choć nie zawsze wygrywa ten, który dla nas jest najlepszy, to czy to my mamy rację, czy jury, przekonamy się dopiero po pewnym czasie.
A przegrani w konkursie wcale nie muszą być pokonani na zawsze. Przed nimi całe życie artystyczne. O czym przypomniała przewodnicząca jury prof. Katarzyna Popowa-Zydroń w czasie ogłaszania wyników II etapu.