Dwie polskie opery
Równocześnie z jubileuszowym festiwalem Wratislavia Cantans i nieco w jego cieniu odbywają się spektakle związane 70. rocznicą powstania Opery Wrocławskiej.
Tradycje operowe we Wrocławiu sięgają pierwszej połowy XVIII w. Sam budynek obecnego teatru operowego przy ul. Świdnickiej istnieje 174 lata. U progu XIX w. operą we Wrocławiu kierował jeden z najwybitniejszych przedstawicieli niemieckiego romantyzmu, twórca „Wolnego strzelca” i „Oberona”, Carl Maria von Weber. Przez ponad sto lat dolnośląska opera zaliczana była do najważniejszych niemieckich scen muzycznych. Współpracowali z nią Franciszek Liszt, Ryszard Wagner, Niccolo Paganini, Ryszard Strauss, Anton Rubinstein, Wilhelm Furtwangler, a także polscy wirtuozi skrzypiec – Henryk Wieniawski i Karol Lipiński oraz śpiewacy – Marcelina Sembrich-Kochańska i Władysław Mierzwiński.
Pierwsza „Halka” we Wrocławiu
Tuż po wojnie, po niezbędnym remoncie gmachu, 8 września 1945 r., w straszliwie zniszczonym przez wojska niemieckie i sowieckie mieście, odbyła się premiera „Halki” w reżyserii pierwszego po wojnie dyrektora Opery Wrocławskiej Stanisława Drabika. Sporą część muzyków, członków chóru i pracowników technicznych stanowili wówczas jeszcze Niemcy. Warto uświadomić sobie, jak ważne było to wydarzenie dla nowych władz miasta, a przede wszystkim dla nowych jego mieszkańców, którzy składali się głównie z repatriantów z centralnej Polski, Lwowa i jego okolic. Cóż może bardziej zintegrować ludzi niż kultura? Niż uświadomienie sobie wspólnych korzeni, kodów kulturowych i imponderabiliów? Nikt tak jak ojciec polskiej opery narodowej Stanisław Moniuszko nie nadawał się do tej roli. A jeśli Moniuszko, to oczywiście najbardziej popularna spośród wszystkich jego oper „Halka”. Autor jej libretta, radykalizujący poeta Włodzimierz Wolski, pisał wiele lat po premierze w liście do znajomego: „Pytasz mnie o Moniuszkę? Cóż ja Panu na to powiem… Gdy wspomnę o »Halce«, płaczę i jeszcze raz płaczę… Ja to dziecko krwi mej i duszy ukochałem nad wszystko. Rodacy odwiedzający mnie w Brukseli mówili, że wraz z Moniuszką przejdę do nieśmiertelności – nie ja, on będzie na wieki nieśmiertelny”. Premiera „Halki” odbyła się 1 stycznia 1858 r. w warszawskim Teatrze Wielkim, 10 lat po prapremierze w Wilnie jej dwuaktowej pierwotnej wersji. Kompozytor rozbudował operę do czterech aktów, dodając do niej uznawane dziś za najpiękniejsze – „Mazura”, „Tańce góralskie”, arię Halki „Gdybym rannym słonkiem” i arię Jontka „Szumią jodły”. Od tej pory stała się „Halka” najpopularniejszą polską operą. I mimo że przez kilka pokoleń uważano ją za operę niezbyt ambitną, mało europejską i zaściankową, jej prawdziwa, naturalna wartość muzyczna przetrwała i nadal cieszy się powodzeniem wśród bywalców teatrów operowych. Szkoda tylko, że wyłącznie naszych teatrów operowych. Nie potrafimy przebić się do za granicę mimo wielu prób, szczególnie tych w wykonaniu niezapomnianej Marii Fołtyn. A przecież nasza „Halka” w zasadzie w niczym nie ustępuje choćby „Madame Butterfly” Giacomo Pucciniego. Kto zresztą wie, czy kiedyś nie stanie się tak jak z odkryciem dla międzynarodowej publiczności „Króla Rogera” Karola Szymanowskiego?
Niedawno pisałem o jej poznańskiej inscenizacji, o – delikatnie mówiąc – kontrowersyjnej reżyserii i scenografii. Tym razem – we Wrocławiu – jest bardziej tradycyjnie, zgodnie z didaskaliami, a przede wszystkim – zdrowym rozsądkiem. Reżyserem spektaklu jest Laco Adamik, a jego parę pomysłów zasługuje na życzliwą uwagę. Szczególnie sam początek przedstawienia. Znakomity jest balet, a przede wszystkim choreografia Iriny Mazur. Świetne są dwie główne role – Magdalena Molendowska jako Halka i Zdzisław Madej jako Jontek. Szczególnie radzę śledzić rozwój kariery Magdaleny Molendowskiej, absolwentki londyńskiej Guidhall School of Music and Drama.
Opera Ogińskiego
Tymczasem w Studiu Polskiego Radia sytuacja całkowicie odmienna. Odbyło się koncertowe wykonanie „Zelis et Valcour ou Bonaparte au Caire” niemal całkowicie zapomnianej opery Michała Kleofasa Ogińskiego, zarazem kompozytora, jak i autora libretta. Utwór w latach 50. wykonany w Krakowie i nagrany przez Polskie Radio, w formie zapewne zdygitalizowanej spoczywa zasłużenie w jego archiwach.
Michał Kleofas Ogiński to nietuzinkowa i kontrowersyjna postać. Jedni uważali go za dzielnego, choć niekiedy kierującego się oportunizmem Polaka. Inni, bardziej ortodoksyjni i zasadniczy, za zdrajcę i renegata. Należał Ogiński do wcale licznego grona polskich arystokratów o dwuznacznej moralności, kierujących się doraźnymi interesami i chwiejnych charakterologicznie. Często owi wczorajsi patrioci i bohaterowie stawali się oddanymi sługami carskimi. Niewątpliwie zaś był Michał Ogiński zdolnym i w miarę płodnym kompozytorem. Przede wszystkim znany jest zaś jako twórca poloneza „Pożegnanie Ojczyzny”. Pozostawił po sobie zbiory polonezów, kadryli, walców na pianoforte oraz utwory wokalne.
Treść „Zelidy i Valcoura” nie wydaje się zbyt skomplikowana psychologicznie. Akcja toczy się w Kairze w 1798 r. Oto Zelis, faworyta paszy Egiptu Abubokira, zakochała się w jeńcu francuskim imieniem Valcour. W czasie pierwszej randki na terenie haremu zaskakuje ich zazdrosny pasza i zamierza oboje zgładzić. Na szczęście w tym momencie nadchodzi wiadomość o zwycięstwie Napoleona nad mamelukami. Cesarz wraz z adiutantem Sułkowskim wkracza do pałacu Abubokira. Chcąc nie chcąc pasza zwraca wolność Valcourowi, a nawet wzruszony jego prawdziwym uczuciem oddaje mu swoją faworytę. Wszyscy bardzo się cieszą i weselą, chwaląc wolność i braterstwo, których to synonimem jest Bonaparte.
Odrobina reżyserii
Partie oficerów i żołnierzy francuskich, tancerek i śpiewaczek w haremie, eunuchów i świty Paszy wykonuje chór. A cała opera to na dobrą sprawę utwór na sopran i resztę uczestników. Na szczęście w roli Zelidy wystąpiła Anna Mikołajczyk-Niewiedział i śpiewała znakomicie oraz stworzyła przekonującą postać. Reszta obsady zaprezentowała się po prostu poprawnie. Natomiast niewątpliwie należy pochwalić orkiestrę. Szkoda tylko, że muzycy musieli poświęcić tyle czasu i energii dla jednorazowego wykonania. Znakomicie panował nad jego całym przebiegiem dyrygent Michał Kluza. A sama muzyka? Niewiele przewyższa poziomem artystycznym libretto. Na szczęście realizatorzy zdecydowali się na znaczne skrócenie materiału muzycznego. Nie arii, recytatywów czy ansambli, ale muzyki baletowej. A propos baletu… Oczywiście w wykonaniu koncertowym trudno byłoby oczekiwać, aby po estradzie pląsały zakwefione tancerki z eunuchami, ale ktoś mógłby zająć się choćby szczątkową reżyserią.
Wystarczyłoby kilka prostych gestów. Ukochany wyznając miłość, mógłby przecież choćby zwrócić się w stronę swojej lubej. Choćby w jej stronę spojrzeć, a nie stać sztywno jak kołek. Bardzo tego brakowało. Na szczęście bohaterka utworu nie tylko miała piękną suknię, która pełniła rolę uniwersalnego kostiumu, ale też zachowywała się naturalnie i przekonująco. Dziwne tylko, co widziała we francuskim oficerze…
Ogólnie rzecz biorąc, ciekawe wydarzenie. Obowiązkowy wieczór dla prawdziwych melomanów. A także niebłahy argument na rzecz twierdzenia, że to Moniuszko, a nie Ogiński jest najwybitniejszym i najbardziej znanym twórcą polskiej opery.