Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Stanisław Bukowski,
27.09.2015 12:39

Dwie polskie opery

Równocześnie z jubileuszowym festiwalem Wratislavia Cantans i nieco w jego cieniu odbywają się spektakle związane 70. rocznicą powstania Opery Wrocławskiej.

Równocześnie z jubileuszowym festiwalem Wratislavia Cantans i nieco w jego cieniu odbywają się spektakle związane 70. rocznicą powstania Opery Wrocławskiej. Serię czterech inscenizacji otworzyła „Halka” Stanisława Moniuszki. Dwa dni później w Warszawie miała miejsce inauguracja 70. sezonu koncertowego Polskiej Orkiestry Radiowej. Na początek opera Michała Kleofasa Ogińskiego „Zelida i Valcour albo Napoleon w Egipcie”.

Tradycje operowe we Wrocławiu sięgają pierwszej połowy XVIII w. Sam budynek obecnego teatru operowego przy ul. Świdnickiej istnieje 174 lata. U progu XIX w. operą we Wrocławiu kierował jeden z najwybitniejszych przedstawicieli niemieckiego romantyzmu, twórca „Wolnego strzelca” i „Oberona”, Carl Maria von Weber. Przez ponad sto lat dolnośląska opera zaliczana była do najważniejszych niemieckich scen muzycznych. Współpracowali z nią Franciszek Liszt, Ryszard Wagner, Niccolo Paganini, Ryszard Strauss, Anton Rubinstein, Wilhelm Furtwangler, a także polscy wirtuozi skrzypiec – Henryk Wieniawski i Karol Lipiński oraz śpiewacy – Marcelina Sembrich-Kochańska i Władysław Mierzwiński.

Pierwsza „Halka” we Wrocławiu

Tuż po wojnie, po niezbędnym remoncie gmachu, 8 września 1945 r., w straszliwie zniszczonym przez wojska niemieckie i sowieckie mieście, odbyła się premiera „Halki” w reżyserii pierwszego po wojnie dyrektora Opery Wrocławskiej Stanisława Drabika. Sporą część muzyków, członków chóru i pracowników technicznych stanowili wówczas jeszcze Niemcy. Warto uświadomić sobie, jak ważne było to wydarzenie dla nowych władz miasta, a przede wszystkim dla nowych jego mieszkańców, którzy składali się głównie z repatriantów z centralnej Polski, Lwowa i jego okolic. Cóż może bardziej zintegrować ludzi niż kultura? Niż uświadomienie sobie wspólnych korzeni, kodów kulturowych i imponderabiliów? Nikt tak jak ojciec polskiej opery narodowej Stanisław Moniuszko nie nadawał się do tej roli. A jeśli Moniuszko, to oczywiście najbardziej popularna spośród wszystkich jego oper „Halka”. Autor jej libretta, radykalizujący poeta Włodzimierz Wolski, pisał wiele lat po premierze w liście do znajomego: „Pytasz mnie o Moniuszkę? Cóż ja Panu na to powiem… Gdy wspomnę o »Halce«, płaczę i jeszcze raz płaczę… Ja to dziecko krwi mej i duszy ukochałem nad wszystko. Rodacy odwiedzający mnie w Brukseli mówili, że wraz z Moniuszką przejdę do nieśmiertelności – nie ja, on będzie na wieki nieśmiertelny”. Premiera „Halki” odbyła się 1 stycznia 1858 r. w warszawskim Teatrze Wielkim, 10 lat po prapremierze w Wilnie jej dwuaktowej pierwotnej wersji. Kompozytor rozbudował operę do czterech aktów, dodając do niej uznawane dziś za najpiękniejsze – „Mazura”, „Tańce góralskie”, arię Halki „Gdybym rannym słonkiem” i arię Jontka „Szumią jodły”. Od tej pory stała się „Halka” najpopularniejszą polską operą. I mimo że przez kilka pokoleń uważano ją za operę niezbyt ambitną, mało europejską i zaściankową, jej prawdziwa, naturalna wartość muzyczna przetrwała i nadal cieszy się powodzeniem wśród bywalców teatrów operowych. Szkoda tylko, że wyłącznie naszych teatrów operowych. Nie potrafimy przebić się do za granicę mimo wielu prób, szczególnie tych w wykonaniu niezapomnianej Marii Fołtyn. A przecież nasza „Halka” w zasadzie w niczym nie ustępuje choćby „Madame Butterfly” Giacomo Pucciniego. Kto zresztą wie, czy kiedyś nie stanie się tak jak z odkryciem dla międzynarodowej publiczności „Króla Rogera” Karola Szymanowskiego?

Niedawno pisałem o jej poznańskiej inscenizacji, o – delikatnie mówiąc – kontrowersyjnej reżyserii i scenografii. Tym razem – we Wrocławiu – jest bardziej tradycyjnie, zgodnie z didaskaliami, a przede wszystkim – zdrowym rozsądkiem. Reżyserem spektaklu jest Laco Adamik, a jego parę pomysłów zasługuje na życzliwą uwagę. Szczególnie sam początek przedstawienia. Znakomity jest balet, a przede wszystkim choreografia Iriny Mazur. Świetne są dwie główne role – Magdalena Molendowska jako Halka i Zdzisław Madej jako Jontek. Szczególnie radzę śledzić rozwój kariery Magdaleny Molendowskiej, absolwentki londyńskiej Guidhall School of Music and Drama.

Opera Ogińskiego

Tymczasem w Studiu Polskiego Radia sytuacja całkowicie odmienna. Odbyło się koncertowe wykonanie „Zelis et Valcour ou Bonaparte au Caire” niemal całkowicie zapomnianej opery Michała Kleofasa Ogińskiego, zarazem kompozytora, jak i autora libretta. Utwór w latach 50. wykonany w Krakowie i nagrany przez Polskie Radio, w formie zapewne zdygitalizowanej spoczywa zasłużenie w jego archiwach.
Michał Kleofas Ogiński to nietuzinkowa i kontrowersyjna postać. Jedni uważali go za dzielnego, choć niekiedy kierującego się oportunizmem Polaka. Inni, bardziej ortodoksyjni i zasadniczy, za zdrajcę i renegata. Należał Ogiński do wcale licznego grona polskich arystokratów o dwuznacznej moralności, kierujących się doraźnymi interesami i chwiejnych charakterologicznie. Często owi wczorajsi patrioci i bohaterowie stawali się oddanymi sługami carskimi. Niewątpliwie zaś był Michał Ogiński zdolnym i w miarę płodnym kompozytorem. Przede wszystkim znany jest zaś jako twórca poloneza „Pożegnanie Ojczyzny”. Pozostawił po sobie zbiory polonezów, kadryli, walców na pianoforte oraz utwory wokalne.

Treść „Zelidy i Valcoura” nie wydaje się zbyt skomplikowana psychologicznie. Akcja toczy się w Kairze w 1798 r. Oto Zelis, faworyta paszy Egiptu Abubokira, zakochała się w jeńcu francuskim imieniem Valcour. W czasie pierwszej randki na terenie haremu zaskakuje ich zazdrosny pasza i zamierza oboje zgładzić. Na szczęście w tym momencie nadchodzi wiadomość o zwycięstwie Napoleona nad mamelukami. Cesarz wraz z adiutantem Sułkowskim wkracza do pałacu Abubokira. Chcąc nie chcąc pasza zwraca wolność Valcourowi, a nawet wzruszony jego prawdziwym uczuciem oddaje mu swoją faworytę. Wszyscy bardzo się cieszą i weselą, chwaląc wolność i braterstwo, których to synonimem jest Bonaparte.

Odrobina reżyserii

Partie oficerów i żołnierzy francuskich, tancerek i śpiewaczek w haremie, eunuchów i świty Paszy wykonuje chór. A cała opera to na dobrą sprawę utwór na sopran i resztę uczestników. Na szczęście w roli Zelidy wystąpiła Anna Mikołajczyk-Niewiedział i śpiewała znakomicie oraz stworzyła przekonującą postać. Reszta obsady zaprezentowała się po prostu poprawnie. Natomiast niewątpliwie należy pochwalić orkiestrę. Szkoda tylko, że muzycy musieli poświęcić tyle czasu i energii dla jednorazowego wykonania. Znakomicie panował nad jego całym przebiegiem dyrygent Michał Kluza. A sama muzyka? Niewiele przewyższa poziomem artystycznym libretto. Na szczęście realizatorzy zdecydowali się na znaczne skrócenie materiału muzycznego. Nie arii, recytatywów czy ansambli, ale muzyki baletowej. A propos baletu… Oczywiście w wykonaniu koncertowym trudno byłoby oczekiwać, aby po estradzie pląsały zakwefione tancerki z eunuchami, ale ktoś mógłby zająć się choćby szczątkową reżyserią.

Wystarczyłoby kilka prostych gestów. Ukochany wyznając miłość, mógłby przecież choćby zwrócić się w stronę swojej lubej. Choćby w jej stronę spojrzeć, a nie stać sztywno jak kołek. Bardzo tego brakowało. Na szczęście bohaterka utworu nie tylko miała piękną suknię, która pełniła rolę uniwersalnego kostiumu, ale też zachowywała się naturalnie i przekonująco. Dziwne tylko, co widziała we francuskim oficerze…
Ogólnie rzecz biorąc, ciekawe wydarzenie. Obowiązkowy wieczór dla prawdziwych melomanów. A także niebłahy argument na rzecz twierdzenia, że to Moniuszko, a nie Ogiński jest najwybitniejszym i najbardziej znanym twórcą polskiej opery.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane