Wratislavia Cantans
Mamy we Wrocławiu największy w Polsce budynek przeznaczony w całości do celów muzycznych.
Choć nie brakowało osób, które podważały sens budowania we Wrocławiu tak dużego budynku przeznaczonego dla miłośników muzyki poważnej, pomysłodawcy stworzenia Narodowego Forum Muzyki osiągnęli swój cel. Powstał budynek, który pozwolił wreszcie zebrać w jednym, reprezentacyjnym i – jak się wydaje – funkcjonalnym miejscu, wszystkie instytucje związane z życiem muzycznym Wrocławia. Sala Główna może pomieścić 1800 osób, zaś trzy sale kameralne łącznie aż 700. Swoją siedzibę znajdzie tu aż jedenaście zespołów – orkiestry symfoniczne, kameralne i chóry. Będą tutaj się odbywały sympozja i kongresy muzykologiczne.
Narodowa tożsamość
Pamiętam, jak kiedyś podważano sens budowy obiektu przeznaczonego dla Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. Pytano, kto zapełni salę na 1800 osób (tyle, ile dziś ma Sala Główna we Wrocławiu), czy nie ma ważniejszych potrzeb (choćby remonty ulic) i czy to przypadkiem nie objaw gigantomanii właściwej dla rządzących, chcących postawić samym sobie pomnik własnej świetności. Wreszcie zastanawiano się, kto zechce uczestniczyć w nudnych koncertach, skoro już teraz jest problem z niezapełnionymi czasem nawet do połowy filharmoniami. Tymczasem, jak pokazuje przykład Katowic, jeśli odpowiednio zadba się o tak przeceniany w polityce, a niedoceniony w kulturze piar, nie będzie problemu z zapełnieniem blisko dwutysięcznej sali na niekiedy trudnych i z pozoru niepopularnych koncertach.
Wszystko wskazuje na to, że Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu to nie przejaw gigantomanii i bezsensownie wyrzuconych publicznych pieniędzy, ale obiekt, który będzie służył przyszłym pokoleniom w upowszechnianiu kultury i zaznaczaniu naszej narodowej tożsamości na terenach, które w dużym uproszczeniu możemy uznać za odwiecznie polskie lub choćby od zawsze słowiańskie. Szczególnie obecnie będzie to niezwykle cenne, gdy kultura narodowa jest poważnie zaniedbana i przeciwstawiana globalnej urałowniłowce rodem z Brukseli i Berlina. Warto też przy okazji przypomnieć, że decyzję o stworzeniu NFM podjął min. Kazimierz M. Ujazdowski i to on, wspólnie z ówczesnym marszałkiem województwa Pawłem Wróblewskim (PiS), doprowadził do przekształcenia Wrocławskiej Filharmonii i Wratislavii Cantans w jedną narodową instytucję kultury.
A capella
Pierwszy koncert tegorocznego festiwalu był powtórzeniem koncertu inauguracyjnego I Wrocławskiego Festiwalu Oratoryjno-Kantatowego Wratislavia Cantans z 14 sierpnia 1966 r. Oczywiście choć repertuar był identyczny jak przed pięćdziesięciu laty, to wykonawcy byli całkowicie nowi. I choć przesłanie zawierające dwa główne tematy określone przez pomysłodawcę i twórcę festiwalu Andrzeja Markowskiego – od muzyki dawnej po współczesność oraz zderzenie w warstwie muzycznej sacrum i profanum – jest ponadczasowe, to już nasz odbiór jest całkowicie odmienny. W mojej opinii spośród sześciu prezentowanych utworów bronią się tylko dwa. Pierwszy to „Magnificat anima mea Dominum”, czyli „Wielbi dusza moja Pana” Mikołaja Zieleńskiego z przełomu XVI i XVII w. Drugi to „Psalmy Dawida” Krzysztofa Pendereckiego z 1958 r. O dziwo oba te utwory zachowały wszelkie walory świeżości i oryginalności. Zieleński zachwyca wyrafinowaną, acz niekłamaną prostotą, Penderecki nadal frapuje awangardowymi pomysłami i wiernością powstającego wówczas indywidualnego stylu. Pozostałe utwory autorstwa zmarłego w tym roku Andrzeja Koszewskiego, zwykle bardzo cenionego przeze mnie Konstantego Regameya oraz klasyka awangardy Oliviera Messiaena były po prostu nudne. Nawet „Wierchy” Artura Malawskiego, natrętnie przypominające „Harnasie” Szymanowskiego, to utwór w swojej warstwie formalnostylistycznej spełniający oczekiwania ministra Sokorskiego i ideę socrealizmu z przełomu lat 40. i 50. Ponieważ większość utworów wykonywana była przez chóry a capella, mogliśmy sprawdzić, jak znakomita jest akustyka Sali Głównej. Do tego stopnia, że każdy z chórzystów musiał bardzo się pilnować, aby nie zabrzmieć jak solista.
Zahipnotyzowana publiczność
A następnego dnia crème de la crème, czyli największe bodaj wydarzenie tegorocznego festiwalu. Zubin Mehta i Israel Philharmonic Orchestra z IX Symfonią Gustava Mahlera. Każdy z tych trzech wymienionych elementów zasługuje na określenie wydarzenia. Zubin Mehta, wybitny dyrygent, wielki muzyk, zasłużony zarówno dla rozwoju symfoniki, jak i opery. Związany z najwybitniejszymi orkiestrami świata, jest jednocześnie filantropem i twórcą nowatorskich przedsięwzięć integracyjnych. Ten indyjski dyrygent prowadzi działalność w Indiach i Izraelu poprzez stworzone przez siebie fundacje. Kształci muzycznie biedną młodzież w Bombaju i organizuje projekty edukacyjne dla młodych Palestyńczyków mieszkających w Shwaram i Nazarecie. Wielka, charyzmatyczna postać w świecie muzyki.
Filharmonicy Izraelscy to z kolei znakomita orkiestra symfoniczna o wspaniałych korzeniach. Zespół powstał w 1936 r., a jego założycielem był wybitny polski skrzypek Bronisław Huberman. Pierwszy koncert Izraelczyków poprowadził sam legendarny Arturo Toscanini. Czy Filharmonicy Izraelscy należą obecnie do światowej czołówki orkiestr symfonicznych? Do całkowicie ścisłej zapewne nie. Wyprzedza ich w nieoficjalnym i subiektywnym rankingu kilka orkiestr amerykańskich, kilka orkiestr europejskich z berlińczykami i dwoma przynajmniej orkiestrami brytyjskimi na czele. Ale muzycy z Tel Awiwu prezentują bardzo wysoki poziom, mają znakomite instrumenty i świetnych dyrygentów, dbających o wyszkolenie poszczególnych sekcji oraz orkiestry jako całości.
Wreszcie IX Symfonia. Ostatnie ukończone przez Mahlera w latach 1908–1909 dzieło symfoniczne, jednak prawykonanie pod dyrekcją Bruno Waltera nastąpiło już po śmierci kompozytora w 1912 r. Bohdan Pociej w swoich pracach o Gustawie Mahlerze zwraca uwagę na rolę, jaką ów utwór odgrywa w całej historii muzyki. Na jego odmienność w stosunku do bliskich mu czasowo i ideologicznie utworów Schönberga i Webera, nie wspominając o Debussym czy Ravelu. Usłyszeliśmy znakomite wykonanie utworu, będącego w pewnym sensie łabędzim śpiewem dobiegającego kresu życia kompozytora, w interpretacji sędziwego i schorowanego dyrygenta. Gdy dobrzmiewała ostatnia część symfonii, siedzący na stołku Zubin Mehta zamarł z batutą w ręku. Publiczność, która niefrasobliwie biła brawo po każdej części utworu, w tym momencie przez długi czas trwała niczym zahipnotyzowana w absolutnej ciszy. Oto do czego może doprowadzić nas – zwyczajnych zjadaczy chleba – prawdziwa sztuka… A kolejne wydarzenia artystyczne, w kolejne dni festiwalowe.