Chopin, jego Brazylia i Kanada
Festiwal „Chopin i jego Europa” już za nami, nadeszła więc pora, aby postarać się ocenić go zarówno pod względem artystycznym, jak i w nieco szerszym kontekście, na tle innych tego typu imprez
Tobias Koch to pianista wymykający się prostym ocenom i stereotypom. W Warszawie wystąpił po raz kolejny i cieszy się wśród bywalców festiwalu wielką popularnością. Popularnością nieco innego typu niż ta, która była udziałem pozostałych uczestników.
Klawikordy, szpinety, wirginały
Koch jest specjalistą od gry na starych instrumentach klawiszowych. Warto przy okazji zaznaczyć, że odnajduje też zapomniane i zaginione utwory dawnych mistrzów. Ale nie tylko mistrzów. Także kompozytorów niezbyt wybitnych i jeśli zapomnianych, to słusznie. Wszakże po dwustu czy stu latach ich muzyka brzmi ciekawie i reprezentatywnie dla tamtych czasów. Pianista odnajduje lub korzysta z odnalezionych w archiwach nut i przedstawia utwory słuchaczom, wykonując je na fortepianach skonstruowanych w tamtych czasach. Czy te instrumenty brzmią obecnie jak niegdyś, nigdy się nie dowiemy. Bowiem choć mamy do czynienia z klawikordami, szpinetami, wirginałami i fortepianami konstruowanymi przed wiekami, to późniejsze remonty, wymiany ram, fragmentów obudowy, klawiszy, młoteczków, filcu czy strun mogły, a w zasadzie na pewno zmieniły, pierwotny dźwięk instrumentów. Tak jak wszystkie skrzypce Stradivariego, Amatiego, Guarneriego czy innych mistrzów lutnictwa są całkowicie zmienione i po wielokroć remontowane, tak jest również z instrumentami klawiszowymi. Oczywiście brzmią one inaczej niż współczesne fortepiany koncertowe. Inny jest też ich mechanizm. W szpinecie, wirginale i klawesynie klawisze sterowały mechanizmem do szarpania strun. Toteż ich ograniczone możliwości zmiany głośności doprowadziły do wynalezienia fortepianu. Jak sama nazwa wskazuje instrument ten mógł grać zarówno cicho – piano, jak i głośno – forte. Ale droga do skonstruowania współczesnego fortepianu była jeszcze daleka. Mimo że zasada polegająca na tym, iż to młoteczki uderzają w struny, a siła palców różnicuje głośność, jest wspólna dla wszystkich fortepianów, to możliwości techniczne instrumentów wciąż się zmieniały. Począwszy od pierwszej dekady XVIII w., a więc od czasu, gdy niejaki Bartolomeo Cristofori opisał swój nowy wynalazek, który nazwał „gravicembalo col pian e forte”, czyli „klawesyn z możliwością uzyskania piana i forte”. Mechanika Cristoforiego posiadała nawet pionowo podskakującą dźwignię wymyku, która natychmiast po podrzuceniu młoteczka ku strunie uwalniała go tak, że opadał i był gotowy do repetycji, nawet jeżeli palec nie zwalniał jeszcze klawisza. A później nad ulepszeniem fortepianu pracowali Niemcy, Anglicy, a wreszcie Francuzi i Amerykanie. Erard, Broadwood i budowniczy amerykańscy stworzyli nowy typ współczesnego fortepianu. Z początku zwiększenie grubości strun wymagało pogrubienia płyty rezonansowej. Wreszcie rozszerzenie skali i podwyższenie stroju wymusiło przy znacznym napięciu strun (do 20 ton) wzmocnienie ramy. Stworzono zatem metalowe klamry, później stalowe belki, a wreszcie – w 1825 r. – wyprodukowano żeliwną ramę. Mniej więcej w tym samym czasie Erard wynalazł ostateczną formę mechanizmu młoteczkowego, tzw. podwójny wymyk, pozwalający pianiście uzyskać jeszcze szybszą repetycję. Gdy dodamy do tego wprowadzenie krzyżowego układu strun, ewolucję fortepianu możemy wówczas uznać za ostateczną.
Od Szymanowskiej do Załuskiego
Poświęcam tyle miejsca na opis, jak zmieniał się fortepian przez wieki, ponieważ te historyczne instrumenty Erarda i Pleyela od początku pojawiały się na festiwalu „Chopin i jego Europa”.
Jednym ze stałych wykonawców na warszawskim festiwalu jest Tobias Koch. Pianista ten od pewnego czasu prezentuje mazurki i polonezy, a więc najbardziej polskie tańce narodowe. To zarazem repertuar najsilniej kojarzony z Fryderykiem Chopinem. Nie tylko z nim, bowiem kompozytor ma przecież zarówno swoich antenatów, jak i sukcesorów. W czasie kolejnych festiwali Tobias Koch prezentował zatem utwory Marii Szymanowskiej, Karola Kurpińskiego, Józefa Elsnera, Michała Kleofasa Ogińskiego, Franciszka Lessla, Józefa Krogulskiego, Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego, Karola Mikulego, ale także kompozytorów innych krajów, szczególnie skandynawskich. Były to nie tylko tradycyjne koncerty, ale spektakle, w czasie których pianista zmieniał fortepiany i prowadził dialog z publicznością. W tym roku Koch wystąpił dwukrotnie. Raz prezentując utwory Chopina i jego paryskich przyjaciół – Franciszka Liszta oraz niemieckiego pianisty i kompozytora Ferdynanda Hillera. Drugi raz w koncercie „Ojczyzna poloneza”, gdzie przedstawił – ów niemiecki pianista – całkowicie zapomnianych i odkrytych dla nas kompozytorów polskich, potomków Ogińskiego, autora „Pożegnania Ojczyzny”: Amelię Załuską, Karola Załuskiego, Xaviera Ogińskiego oraz całkowicie nieznanych twórców mazurków: Józefa Damsego, Ludwikę Dmuszewską, Wilhelma Troszela czy Kazimierza Lubomirskiego. Te niezwykłe koncerty w znakomitej kameralnej atmosferze pozostawiły niezapomniane wspomnienia.
Udany festiwal
Największe wrażenie wywarł na mnie jednak recital pieśni Roberta Schumanna w wykonaniu dwóch wielkich artystów – barytona Matthiasa Goernego i pianisty Piotra Anderszewskiego. Nie należę do wyjątkowo przysięgłych wielbicieli formy muzycznej, jaką jest pieśń. Wolę muzykę symfoniczną, a przede wszystkim utwory fortepianowe. Tymczasem dzięki Matthiasowi Goernemu, od pierwszej frazy, znalazłem się w muzycznym niebie. I pozostałem w nim do ostatniego dźwięku.
Wspaniałe wrażenie pozostawiły także dwa koncerty Philharmonia Orchestra z Londynu pod dyrekcją Władimira Aszkenazego. Przepięknie zabrzmiała mało znana w Polsce „Serenada na smyczki” Edwarda Elgara, z niezapomnianymi boskimi piano. Był też Koncert fortepianowy a-moll Ignacego Jana Paderewskiego z solistą Dang Thai Sonem oraz II Symfonia e-moll Sergiusza Rachmaninowa. Drugiego dnia mój ukochany artysta, jeden z ostatnich spadkobierców XX-wiecznej pianistyki, Nelson Freire wykonał z londyńczykami Koncert f-moll Chopina. Jak ten Brazylijczyk gra Chopina… A na bis artysta wykonał transkrypcję fragmentu z „Orfeusza i Eurydyki” Glucka, autorstwa Giovanniego Sgambatiego. Słuchajmy Freirego, gdy tylko mamy ku temu okazję. Prawie już nikt nie gra z taką kulturą, elegancją i wdziękiem…
Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się równie interesującego zakończenia festiwalu. Co prawda ciekawie zapowiadał się już program samego koncertu. Z Orkiestrą Filharmonii Narodowej zagrało troje pianistów – zwyciężczyni ubiegłego konkursu chopinowskiego – Julianna Awdiejewa, zdobywca II nagrody – Ingolf Wunder oraz Krzysztof Jabłoński, laureat III nagrody w 1985 r. I to występ Jabłońskiego zostawił niezatarte wrażenie. W tej chwili to bezdyskusyjnie wybitny pianista, o czym świadczy jego interpretacja Koncertu e-moll Chopina. Ale dwa bisy to całkowita pianistyczna rewelacja. Etiuda c-moll zwana „Rewolucyjną” i Polonez As-dur, którego nikt tak nie zagrał od czasów Artura Rubinsteina.
Oprócz tego było jeszcze kilka interesujących koncertów. Apollon Musagete Quartett z norweskim bandoneonistą Per Arne Glorvigenem, recital Louisa Lortiego, wiolonczelista o pięknym dźwięku – Truls Mork z Janem Lisieckim.
I jedno rozczarowanie, tym dotkliwsze, że spodziewałem się wyjątkowo pozytywnych wrażeń – Andreas Staier i Freiburger Barockorchester…
Świetny, niezapomniany festiwal.
A teraz pora ruszyć do Wrocławia. Do nowo otwartego Narodowego Forum Muzyki, na 50. edycję festiwalu Wratislavia Cantans.