Piekło, czyściec i raj
Ten być może niezrozumiały w kontekście festiwalu „Chopin i jego Europa” tytuł przyszedł mi na myśl już w trakcie recitalu Ivo Pogorelicia.
Oczywiście doświadczyli tego nie wszyscy. Większość wytrawnych melomanów od początku fukała, prychała, przewracała oczami i na koniec wyszła oburzona.
Ależ on grał!
Cóż zatem wydarzyło się w czwartek, 20 sierpnia? Tego dnia w Filharmonii Narodowej wystąpił Ivo Pogorelić, pamiętny uczestnik konkursu chopinowskiego w 1980 r. To wówczas 22-letni pianista od początku eliminacji niczym Pan Twardowski w oberży Rzym śmieszył, tumanił, przestraszał. Śmieszył filistrów i słuchaczy pozbawionych wyobraźni, tumanił młodzież, a przestraszał większość szacownego jury. Wysoki, przystojny, z burzą wysoko postawionych włosów, ubrany w wyszywaną kamizelkę i koszulę z żabotem, wchodził na estradę niczym kot, siadał do fortepianu ostentacyjnie żując gumę i zaczynał grać. I jak grał… Po pierwsze, zupełnie inaczej niż wszyscy dotychczas. Dysponując olśniewającą techniką, proponował całkowicie odmienne – od powszechnie uznanych – interpretacje utworów Chopinowskich. Po drugie czynił to, ostentacyjnie lekceważąc każdym gestem czcigodnych jurorów. Przyzwyczajeni do speszonych i odzianych w ciemne ubranka młodych pianistów i pianistek w granatowych spódniczkach i białych bluzeczkach zasłużeni profesorowie nie potrafili zaakceptować nowego zjawiska, jakim był Pogorelić. To nie były jeszcze czasy – przynajmniej w tej dziedzinie – że „show must go on”, ze szczególnym akcentem na „show”. A przypomnijmy, w jury zasiadali tak czcigodni i stojący na straży „idiomu chopinowskiego” pedagodzy jak Halina Czerny-Stefańska, Lidia Grychtołówna, Regina Smendzianka czy Jan Ekier. Ktoś taki jak Ivo Pogorelić nie mógł być przez nich zaakceptowany. Inna sprawa, że konkurs monograficzny rządzi się swoimi, dość ściśle i jasno określonymi prawami. Nie powinno zatem nikogo dziwić, że taka postać, przeradzająca się w swoiste zjawisko socjologiczne, nie miała najmniejszych szans na dłuższe zaistnienie w kolejnych etapach. Toteż Pogorelić dotrwał zaledwie do III etapu. Piszę „zaledwie”, a przecież znalazł się wśród 15 wybranych spośród rozpoczynających eliminacje 150 osób. A później było już tylko to, co przeszło do historii jako niespotykany dotychczas skandal na skalę międzynarodową. To opuszczenie jury oraz wyjazd Marthy Argerich i Nikity Magaloffa z Warszawy w proteście przeciwko negatywnemu werdyktowi w stosunku do Pogorelicia i protesty słuchaczy (szczególnie tych młodszych przedstawicieli, choć nie tylko) pamięta się do dzisiaj. A przecież chodziło o niewielkie odstępstwa w interpretacji obowiązkowych utworów i trochę odmienne od ustalonego tradycją kanonu zachowanie i ubiór. Cóż z perspektywy czasu znaczą nieznacznie przesunięte akcenty, niewiele mocniejsze forte, gdzieniegdzie zwiększone czy spowolnione tempa, inna dynamika czy niespotykana różnorodność barwy. A zapis nutowy realizowany jest bez zarzutu… Publiczność znudzona nieco Chopinem „bez indywidualności” szaleje z zachwytu po występach Pogorelicia. Prawdopodobnie wśród innych uczestników konkursu było kilku takich, którzy potrafiliby zagrać podobnie, ale nie wystarczyło im odwagi lub zwyciężył zdrowy rozsądek czy wręcz kunktatorstwo. Pogorelić był jednak tylko jeden i tak przeszedł do historii i takim zapamiętała go Warszawa. Przez wiele, wiele lat nie przyjeżdżał do Polski. Mój nieżyjący już przyjaciel Jurek Salzman, szef biura koncertowego „Filharmonia”, wysyłał zaproszenia, wykorzystywał zagraniczne znajomości, telefonował, próbował wszelkich możliwych sposobów zaproszenia pianisty do naszego kraju – bez rezultatu. Co najwyżej obelżywy list, że nigdy nie pojawi się w Polsce, gdzie tak źle go onegdaj potraktowano…
Pisk i kwiaty
Tyle potrafił powiedzieć o kraju, w którym nadal cieszył się niesłabnącą popularnością i przez cały czas go pamiętano, tłumy demonstrowały przeciwko werdyktowi jury, panienki zaś witały go piskiem i obrzucały kwiatami niczym gwiazdora rocka.
Wreszcie pojawił się i czekała na niego stęskniona polska publiczność. Przyjechał inny Ivo Pogorelić. Z pozoru bardziej stonowany, ale z drzemiącym gdzieś szaleństwem. Nie wdając się w głębsze analizy, tam gdzie inni grają wolno, on grał szybko. Tam gdzie inni piano – on forte. Itd., itd… Większość słuchaczy była rozczarowana, ale pozostali często odnajdowali w tym szaleństwie metodę. W tej grze było coś fascynującego. A poza tym jakże piękny dźwięk. Do dzisiaj przyjazdy Pogorelicia budzą niegasnące zainteresowanie, a sale, w których występuje, są zawsze pełne. I tak też było tym razem. Żadne z dotychczasowych wydarzeń festiwalowych nie zgromadziło tak licznej publiczności. Ci, którzy zjawili się dwadzieścia kilka minut wcześniej, byli świadkami, jak ciepło opatulony, z wełnianą czapką na głowie pianista siedzi przy fortepianie i w nieskończoność powtarza te same dziesięć dźwięków. A później Pogorelić (ubrany już wytwornie, choć bez burzy włosów) wykonał dodane do programu dwa nokturny oraz Sonatę h-moll Fryderyka Chopina. Nokturny trwały minimum dwa razy dłużej niż standardowo. Sonata zaś to już była tak zwana jazda bez trzymanki. Interpretacja Pogorelicia przypominała publiczną wiwisekcję. Artysta rzucił utwór niczym żywe stworzenie na stół sekcyjny, niespiesznie rozciął, po kolei obejrzał narządy wewnętrzne, z powrotem umieścił je we właściwych miejscach, zszył i tchnął nowe życie. A później były „Lata pielgrzymstwa, rok drugi, Włochy” oraz „Po lekturze Dantego” Franciszka Liszta, a po przerwie fantazja C-dur Roberta Schumanna. Wszystko – delikatnie mówiąc – niekonwencjonalnie wykonane.
Kojący rytm
Nie wdając się w szczegółową analizę, było to swoiste przeżycie niepozwalające zapomnieć zarówno poszczególnych interpretacji, jak i ogólnego nastroju. Było w tym coś fascynującego. Coś, co można odrzucić ze wstrętem albo zanurzyć się i chłonąć niespiesznie kojący rytm. Z tym kojącym rytmem to może też nie do końca. Były bowiem również fragmenty burzy i naporu. Jedna ze słuchaczek na balkonie zemdlała. Starszy pan pojechał do szpitala. Czy miało to coś wspólnego z samym recitalem, nie wiem. Ale że miało to miejsce akurat wtedy – ręczę słowem. Dla mnie i wielu osób recital Ivo Pogorelicia był wydarzeniem artystycznym. Inni opuścili salę koncertową oburzeni. Dziwi tylko, że znawcy i specjaliści od muzyki byli tak rozczarowani. A niby czego oczekiwali? Grzecznych interpretacji, znanych i uznanych powszechnie wykonań? Następnego dnia wystąpiła laureatka drugiego miejsca w tym pamiętnym konkursie z 1980 r. – Akiko Ebi. Grała jak trzeba, przewidywalnie do bólu i… nijako. I upewniłem się w swoich pozytywnych odczuciach względem występu Pogorelicia. Trzeba było, jak wybitna znawczyni pianistyki Chopina prof. Irena Poniatowska, nie przyjść, aby uniknąć stresu, zamiast ostentacyjnie kręcić głową z obrzydzeniem i wyjść po przerwie. Sztuka niejedno ma imię. Gdy coś mi się nie podoba, przede wszystkim winy szukam w sobie. W swojej niedoskonałości i nieumiejętności odgadnięcia artystycznego przesłania…
To tyle, aż tyle, o najbardziej kontrowersyjnym – jak dotychczas – koncercie festiwalu „Chopin i jego Europa”. Był też genialny wieczór pieśni Roberta Schumanna ze zjawiskowym Matthiasem Goerne i Piotrem Anderszewskim, nocny koncert Apollon Musagette Quartet z norweskim bandoneonistą Per Arne Glorvigenem oraz Philharmonia Orchestra z Londynu pod kierownictwem Władimira Aszkenazego. Ale o tym już po zakończeniu festiwalu…
Ku radości jednych i żalowi drugich tęcza na placu Zbawiciela przestała istnieć. Oby nie powróciła. I tak pseudoartyści i pseudoarchitekci oszpecają nam Warszawę, stale i bezczelnie wykorzystując brak prawdziwego gospodarza.