Śmierć generała
Nieopodal posterunku pojazd Olszyny-Wilczyńskiego został ostrzelany, generał musiał się bronić. Pod ogień dostał się także kolejny samochód, którym podróżował m.in.
Ze wspomnień małżonki generała: „15 września o godz. 4 rano wyjechaliśmy z Grodna. Do Pińska przybyliśmy około godz. 19 wieczór. Mąż do późnej nocy czekał w komendzie na jakieś wiadomości z ND [Naczelnego Dowództwa]. Niestety, nadaremnie. Następnego dnia również nie było żadnych wiadomości i znów przeszła noc i znów nie było nic. W sobotę rano zostały zbombardowane stacje radiowe Baranowicze i Wilno, wobec czego połączenia z Pińskiem nie można było uzyskać żadną drogą... Wiem, że mąż wysyłał gońców na zachód i na południe, ale bezskutecznie. W kilka godzin później gen. Kleeberg powiadomił męża, że wojska sowieckie przekroczyły granicę Polski. Mąż został bez wojska, bez przydziału, w zupełnej bezczynności. Czym to było dla b. kapitana Olszyny zrozumie łatwo ten, kto go zna, innym zaś nadaremnie starałabym się o tym opowiedzieć. Faktem jest, że od tego momentu aż do śmierci zjadł tylko jeden talerz zupy – i to na gorące moje prośby, poza tym nie przyjmował żadnych pokarmów prócz herbaty”.
Sytuacja, w jakiej znalazł się były dowódca Okręgu Korpusu, skłoniła go do podjęcia decyzji o wyjeździe do Słonimia. We wsi Gnojno generalski samochód natknął się na grupę chłopów skupionych wokół czerwonego sztandaru. Tłumaczyli, że działają zgodnie z wytycznymi miejscowej policji.
Tam i z powrotem
Nieopodal posterunku pojazd Olszyny-Wilczyńskiego został ostrzelany, generał musiał się bronić. Pod ogień dostał się także kolejny samochód, którym podróżował m.in. pułkownik Benedykt Chłusewicz, szef sztabu. Przy wyjeździe z Gnojna, nieopodal mostku ustawiono barykadę. Buick generała wjechał w tłum mieszkańców wsi – mężczyzn, kobiet, dzieci – i został zatrzymany. „Za nami wciąż jeszcze słychać było strzały, lecz nas na razie nie atakowano. Dopiero gdy, na rozkaz męża, szofer chciał przejechać w bok poprzez tłum, wystąpiło kilkudziesięciu młodych wieśniaków z krzykiem: »stój, stój, ani kroku dalej«. Na zapytanie męża, co to wszystko ma znaczyć, dlaczego nie pozwalają jechać, odpowiedzieli »stój«. Tu ja zabrałam głos, pytając, co oni właściwie robią, czemu zatrzymują wojsko polskie, wszak chyba są Polakami?! Odpowiedzieli mi, że to nic nie znaczy: »stój i ani kroku dalej«”. Po wymianie ognia, w której brali udział sowieccy aktywiści i oficerowie towarzyszący dowódcy OK „Grodno”, obu samochodom udało się wydostać z pułapki.
Przytoczonej przez Alfredę Olszynę-Wilczyńską wymianie zdań między polskimi oficerami a mieszkańcami podgrodzieńskiej wsi przyjrzę się nieco później. Teraz krótki rejestr miejscowości, w których zatrzymywał się generalski buick między 17 a 22 września. Nie sposób nie zauważyć, że było to miotanie się od ściany do ściany: Grodno, Pińsk, Słonim, Mosty, ponownie Grodno, wreszcie, na sam koniec, Teolin. A zatem: rajd na południe, następnie powrót do punktu wyjścia i podróż na północ, ku granicy z Litwą.
Na końcu tej drogi, przy wyjeździe z Teolina, generał miał zostać zastrzelony przez bolszewickich komisarzy.
Siły odśrodkowe
Wracam teraz do sceny, jaka rozegrała się we wsi Gnojno. Do okrzyków chłopów („stój!” i „ani kroku dalej!”) oraz do pytania (czy stwierdzenia) generałowej, skierowanego do tłumu tarasującego drogę: „wszak chyba są Polakami?!”.
Nie wiem, kto spisywał wspomnienia. Czy uczyniła to własnoręcznie generałowa, czy też ona opowiadała, a zapis był dziełem słuchacza, jakiegoś podoficera czy oficera przysłanego przez dowództwo, które nie chciało, by świadectwo wysoko postawionej uczestniczki wrześniowych wydarzeń przepadło bezpowrotnie. Tekst, z którego wynotowuję interesujące mnie fragmenty, jest odpisem dokumentu sporządzonego jesienią 1939 r. w Paryżu. Odpis powstał w Londynie w roku 1942. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś, kto kopiował paryską relację, mógł zbyt głęboko ingerować w interpunkcję. Wniosek? Znak zapytania wzmocniony wykrzyknikiem, następujący po przytoczeniu pytania o polskość wieśniaków z Gnojna, musiał pochodzić albo od samej generałowej, albo od osoby spisującej opowiadanie, która w ten sposób, znakiem zapytania i wykrzyknikiem, postanowiła oddać nadzwyczajną emocję uzewnętrznioną w tonie głosu, mimice, gestykulacji autorki sprawozdania.
Ta paryska emocja, nie możemy myśleć inaczej, była jedynie odbiciem (może nawet: odbiciem bladym) pierwotnego wzburzenia pasażerki wojskowego buicka wobec tłumu w Gnojnie. W jej prośbie o potwierdzenie narodowej tożsamości ludzi otaczających samochód, w jej żądaniu, by tu i teraz zdecydowali, czy są Polakami, czy opowiadają się za polską państwowością, czy się z nią identyfikują, dochodziła do głosu – zapewne wbrew woli i świadomości pytającej – jakaś fundamentalna wątpliwość. Bo czy II Rzeczypospolitej udało się wykształcić wśród ludności pochodzenia białoruskiego, litewskiego, ukraińskiego i żydowskiego poczucie związku z polskością? Czy władze państwowe uczyniły wszystko, by przedstawicieli mniejszości narodowych do Polski przyciągnąć, z Polską związać?
Fakt, że na owe pytania udzieliłbym odpowiedzi raczej negatywnej, nie oznacza, że staję po stronie tych mieszkańców białoruskich i ukraińskich wsi, którzy wznosili bramy powitalne dla żołnierzy Armii Czerwonej, lub po stronie tych grodnian żydowskiego pochodzenia, którzy służyli za przewodników w sowieckich czołgach toczących się ulicami miasta nad Niemnem lub strzelali do swoich polskich sąsiadów. Morderstwo pozostaje morderstwem. Zbrodnia nie przestaje być zbrodnią, gdy objaśni się ją skomplikowaną sytuacją społeczno-polityczną.
Dramat Polski i Polaków we wrześniu roku 1939 polegał na jednoczesnym ujawnieniu się wszystkich mechanizmów odśrodkowych, rozrywających od wewnątrz strukturę dwadzieścia jeden lat wcześniej odtworzonego państwa, organizmu zbiorowego, który zarówno Niemcy, jak i Sowieci, ochoczo nazywać będą „państwem sezonowym” lub „pokracznym tworem traktatu wersalskiego”. Nie można zapomnieć, że siły de (kon) strukcji zostały wzbudzone za sprawą świadomych, planowych i zorganizowanych działań obu agresorów – niemieckiej III Rzeszy i Związku Sowieckiego. To Hitler i Stalin postanowili, że Polska ma zniknąć z mapy Europy. To ich skoordynowane działania doprowadziły do rozprzęgnięcia się żywiołów współtworzących wielonarodowe i wielokulturowe społeczeństwo II Rzeczypospolitej.
„To nic nie znaczy”
Białoruscy chłopi na słowa generałowej, że „wszak chyba są Polakami”, odpowiadają: „To nic nie znaczy”. Pasażerom wojskowego buicka musiała się ta odpowiedź wydać skrajnie bulwersującą, zapewne wzbudziła ich gwałtowny sprzeciw, niedowierzanie, może nawet przerażenie. Bo jak to – Polska nic nie znaczy? Co się kryje za tym stwierdzeniem? Myślę, że – ni mniej, ni więcej – następujące przekonanie: Polski już nie ma, właśnie zakończyła swój żywot.
Powracam do owych czterech bezwzględnych słów – „to nic nie znaczy” – próbując odnieść je do naszej teraźniejszości. Bo przecież i dziś wielu jest pośród nas takich, którzy z polskością się nie identyfikują, którzy chcieliby ją odrzucić niczym zbędny balast. Podobne rozumowanie było zresztą obecne w obrębie tej społeczności, jaką tworzymy, już od wieku XVII. Stanowiło nieunikniony rezultat sprzężenia dwóch okoliczności: wewnętrznej słabości państwa polskiego, tzn. niewspółmierności składających się na nie elementów (magnateria, szlachta, stany niższe; również: stopniowo uzyskujące świadomość mniejszości narodowe); oraz czynnej obecności sił zewnętrznych, przyczyniających się do pogłębienia kryzysu Rzeczypospolitej. Jedynie państwo silne i przyjazne obywatelom może przeciwdziałać zakusom obcych potencji, przyciągać i włączać we wspólnotę jednostki i grupy niedostatecznie mocno się z nią identyfikujące. Inaczej okaże się zaledwie „państwem sezonowym”, w chwili próby podda się woli silniejszego, ugnie się przed (prze) mocą tych, co zechcą własne interesy realizować jego kosztem.
Mówiąc, że Polska nic nie znaczy, mieszkańcy Gnojna symbolicznie (i faktycznie) oddawali się w ręce Sowietów. Była to decyzja nieodwołalna i ostateczna. Musiał sobie z tego zdawać sprawę generał Olszyna-Wilczyński. Oto jak domek z kart rozsypywała się Polska, o którą walczył w Polskich Drużynach Strzeleckich, w I Brygadzie Legionów, w odrodzonym Wojsku Polskim (m.in. podczas starć z siłami ukraińskimi i sowieckimi w latach 1918–1920) i w oddziałach wspierających powstańców śląskich (1920).
Kilka dni później, 21 września po południu, żona miała usłyszeć z jego ust złowieszcze i, jak się rychło okazało, prorocze słowa: „sytuacja jest tak smutna, że nie pozostaje nic… jak tylko zginąć”.