Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Stanisław Bukowski,
28.06.2015 16:14

Piękne zakończenie

To dziwne, że rozstanie może wywołać tak pozytywne uczucia. Szczególnie jeśli oznacza rozbrat – krótki, bo krótki – ale z muzyką, która dla prawdziwego melomana stanowi właściwy sens życia.

To dziwne, że rozstanie może wywołać tak pozytywne uczucia. Szczególnie jeśli oznacza rozbrat – krótki, bo krótki – ale z muzyką, która dla prawdziwego melomana stanowi właściwy sens życia. Piszę o ostatnim w tym sezonie artystycznym koncercie Polskiej Orkiestry Radiowej. I moim nim zachwycie.

Do tej pory o zachwycie myślałem tylko w sytuacjach wyjątkowych. Mam oczywiście na myśli muzykę. Gdy słyszałem najwybitniejszych instrumentalistów, śpiewaków czy orkiestry. Światosława Richtera, Ewę Podleś, filharmoników berlińskich czy nowojorskich. A jednak podobne uczucia towarzyszyły mi podczas koncertu Polskiej Orkiestry Radiowej pod dyrekcją nowego dyrektora Michała Klauzy. Solistami byli Wolfgang Meyer i Krzysztof Grzybowski. Nie słyszałem dotychczas tego zespołu, tak grającego piano. Ale i forte brzmiało rewelacyjnie. Efekt nowej współpracy „Radiówki” i jej dyrektora wart jest głębszych refleksji. Choćby o roli jednostki i jej wpływie na zbiorowość, niepozbawioną przecież indywidualności, jaką jest orkiestra.

Franciszek Lessel

Również program koncertu został skonstruowany nie tylko ciekawie, ale też logicznie. Zapewne Michał Klauza chce swoją współpracę z zespołem rozpocząć od repertuaru opartego na utworach epoki klasycyzmu, będącego przecież podstawą dobrego muzykowania. Tym bardziej że oprócz Mozarta i Mendelssohna usłyszeliśmy utwory polskich kompozytorów Franciszka Lessla i Józefa Elsnera.

Franciszek Lessel działał w Warszawie na przełomie XVIII i XIX w. Uzdolniony pianista, kompozytor i pedagog (jedną z jego uczennic była podobno Maria Szymanowska, autorka licznych kompozycji fortepianowych, w tym mazurków i polonezów, a przy okazji słynna, gorąca miłość J.W. Goethego). W starszych opracowaniach wśród umiejętności i zajęć Lessla wymieniana bywała architektura. Jednak to nieprawda. Prawdopodobnie działał wówczas w Warszawie niemiecki architekt o tym samym nazwisku, niemający nic wspólnego z Franciszkiem Lesslem. Kompozytor ten zaś znakomicie poruszał się we wszystkich bez mała formach instrumentalnych. Tworzył sonaty fortepianowe, fantazje i wariacje, muzykę kameralną i symfoniczną, jest autorem także koncertu fortepianowego, oratorium i opery „Matka Spartanka” do słów Kniaźnina. Dopiero od niedawna twórczość Lessla przypominana jest słuchaczom, aczkolwiek to, że została zapomniana, nie obciąża nas, ale już wykonawców XIX-wiecznych. Lessel skomponował co najmniej pięć symfonii, na co wskazuje zachowany w berlińskiej bibliotece Finał V Symfonii z datą 1805. Z kolei w zbiorach Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego znajduje się odnaleziony w Wiedniu rękopis Finału (molto presto) Symfonii g-moll, skomponowanego w formie allegra sonatowego. Przeznaczone na małą orkiestrę Finale wskazuje, jak znakomitą szkołę kompozytorską odebrał Lessel od swojego mistrza Józefa Haydna w Wiedniu. Biorąc pod uwagę twórcze kompetencje Lessla, nie dziwi fakt, że utwór ten pełni w polskiej symfonice tamtych czasów rolę prekursorską.

Józef Elsner

Drugi spośród wykonanych tego wieczora utworów polskich kompozytorów to Symfonia C-dur op. 11 Józefa Elsnera. Znany przede wszystkim jako nauczyciel Fryderyka Chopina, był bardzo płodnym twórcą. Choć nie był geniuszem ani nawet bardzo wybitnym kompozytorem, to jego ocena w książce muzykologa Józefa Reissa „Najpiękniejsza ze wszystkich jest muzyka polska” wydaje się krzywdząca. Być może o niechęci autora do muzyka zadecydował fakt, że pisał swoją pracę w czasie okupacji i uważał Elsnera za Niemca niechętnego wszystkiemu, co polskie. Twierdził, że Chopin rozwinął swój geniusz twórczy nie dzięki, ale wbrew Elsnerowi, że jego opery mimo wplecionych w nie rytmów narodowych nie mają z muzyką polską nic wspólnego. Jednym słowem Elsner to miernota i wróg wszystkiego co polskie. Tymczasem kompozytor ten stworzył dzieła, jeśli nie bardzo wybitne, to przynajmniej warte słuchania. Był też znakomitym organizatorem życia kulturalnego. Przede wszystkim zaliczyć go należy do najwybitniejszych warszawskich krytyków muzycznych, publikujących także w gazetach niemieckich artykuły o muzyce polskiej. Stworzył sztycharnię nut, w której wydawał polskie kompozycje, założył Towarzystwo dla Pielęgnowania Muzyki Kościelnej, a nade wszystko powołał do życia warszawskie Konserwatorium Muzyczne.

Józef Elsner skomponował osiem symfonii, z których w całości zachowała się tylko jedna, C-dur z 1805 r., dedykowana „Adalbert de Boguslawski”, czyli Wojciechowi Bogusławskiemu, ojcu polskiego teatru. Stworzona jest na pełną obsadę orkiestry symfonicznej, ale bez puzonów. Formalnie jest bardzo interesująca. Charakteryzują ją bowiem cechy charakterystyczne dla dojrzałego klasycyzmu, w tym równość i jednakowe proporcje budowy pierwszego allegra. Gorzej jest z jej wartością stricte muzyczną. Mimo wszystko, choćby ze względu na motywy polskiej muzyki ludowej – oryginalny mazurek słyszalny w trio Menueta krakowiak w Finale – warto znać ją i wykonywać. Melodię wspomnianego krakowiaka powinniśmy pamiętać z arii Janka w I akcie opery „Krakowiacy i górale” Jana Stefaniego.

Klarnet z czasów Mozarta

Prawdziwą doskonałość w opanowaniu instrumentu zaprezentował Wolfgang Meyer w Koncercie klarnetowym A-dur KV 622 Wolfganga Amadeusza Mozarta. A że nie było to oczywiste, niech świadczy to, że solista grał na klarnecie basetowym, instrumencie zrekonstruowanym na wzór klarnetów z czasów Mozarta. Charakteryzuje się on tym, że dzięki wydłużonemu korpusowi dysponuje o wiele większą możliwością brzmieniową. Dodatkowym utrudnieniem dla współczesnego wykonawcy są w klarnecie basetowym dziurki, zamiast stosowanych obecnie klapek. Ale oprócz ciekawostki, jaką jest możliwość usłyszenia kopii instrumentu tożsamego z klarnetem Antona Stad­lera, wirtuoza, dla którego Mozart skomponował swój koncert, warto poznać jeden z najpiękniejszych utworów geniusza z Salzburga. Pierwotnie zresztą Koncert przeznaczony był na popularny wówczas bassethorn, czyli rożek basetowy.

Ten instrument usłyszeliśmy w dwóch koncertach Feliksa Mendelssohna-Bartholdy’ego. To altowa odmiana klarnetu, o charakterystycznym niskim, ciepłym brzmieniu i wyglądzie długiej fajki wspartej – niczym wiolonczela – na szpikulcu. Tu Meyerowi towarzyszył równie znakomity polski solista – Krzysztof Grzybowski. Warto zapamiętać to nazwisko, bo Grzybowski to, mimo młodego wieku, świetny klarnecista, student Sabine Meyer, siostry Wolf­ganga. O klasie Sabine nich świadczy to, że to ona była przedmiotem słynnej i długotrwałej awantury pomiędzy Filharmonikami Berlińskimi a jej ówczesnym szefem Herbertem von Karajanem. Znany z żelaznej ręki i feudalnych metod zarządzania zespołem dyrygent postanowił zaangażować Sabine Meyer. Orkiestra Filharmoników Berlińskich składała się wówczas wyłącznie z mężczyzn. Pat pomiędzy filharmonikami a ich szefem trwał około roku. Zwyciężył wówczas Karajan, klarnecistka usiadła pomiędzy samymi kolegami i tak się zaczęło… Może nie parytet, ale koedukacja odnosi sukces w najbardziej tradycyjnych orkiestrach. A i w dobie źle sprawdzającej się w sztuce demokracji dyrygent nie decyduje już prawie o niczym. Berlińczycy na przykład sami, na zasadzie głosowania, wybierają na parę lat swojego szefa. A on ma tylko przygotować zespół do koncertu. W ustalonym co do minuty czasie prób i… koniecznie z przyjacielskim uśmiechem. Żadnych krzyków, grymasów czy gróźb, jak w czasach Rodzińskiego czy wspomnianego Karajana. Ma być miło i koleżeńsko. Toteż i efekty są widoczne, a ściśle biorąc słyszalne. Jednak i w ramach demokracji może być lepiej lub gorzej.

Nadal więc pozostaję w zachwycie…

A poza tym uważam, że tęcza na placu Zbawiciela powinna zostać zniszczona.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE