MON plącze się w zeznaniach
Pod logo Ministerstwa Obrony Narodowej jako motto powinna widnieć ludowo-żołnierska mądrość: „Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”.
Na początku 2014 r. poseł PiS-u Jacek Sasin ujawnił na konferencji prasowej otrzymaną od MON u odpowiedź na swoją interpelację. Pytanie dotyczyło przygotowywa-nego przetargu na okręty podwodne. Ówczesny wiceminister obrony (przemilczę litościwie jego nazwisko) napisał ni mniej, ni więcej, że założenia przetargu będą tak zmieniane, by sprostała im niemiecka oferta. Odpowiedzią na falę oburzenia w tej sprawie było odwracanie kota ogonem – wyjaśnienia, że warunki formalne muszą być właśnie tak szerokie, by nie stwarzały wrażenia, że preferowana jest konkretna oferta. Warto wspomnieć, że na zawiadomienie w tej sprawie przesłane przez Jacka Sasina prokuratura nie zareagowała do tej pory.
Wirtualna fabryka
Przez kilkanaście miesięcy nie zmieniła się koalicja rządząca, ale zmieniło się chyba oficjalne podejście MON u do przetargów. Jako uzasadnienie oburzającej decyzji, która wykluczała z przetargu na śmigłowce wszystkich konkurentów niemiecko-francuskiego Airbusa, podano bowiem, że ich oferty… nie spełniały warunków formalnych. Wniosek z tego, że albo wykluczone koncerny zatrudniają na tyle nieprofesjonalną ekipę, że nie potrafi zrozumieć zaproszenia przetargowego, albo też warunki przetargowe zostały tak skonstruowane, by spełniała je ściśle określona oferta. Tertium non datur.
To niejedyne niezręczne wyjaśnienie w tej sprawie. Prezydent Bronisław Komorowski bąkał coś, że Airbus też zatrudnia ludzi w Polsce. Zapewne wirtualnie, w nieistniejącej fabryce – bo chyba nie chodzi o kilkadziesiąt osób w biurze projektowym. Żeby zatuszować gafę głowy państwa, pospiesznie zapewniono o planach budowy fabryki na 2 tys. osób w regionie łódzkim. Jeśli jednak Francuzi nie wybudują zakładu, czy oddamy śmigłowce i zażądamy zwrotu pieniędzy? Chciałbym usłyszeć, co resort obrony ma do powiedzenia w tej sprawie.
Wysoka cena
MON zapewnia, że to jeszcze nie koniec przetargu, bo caracale dopiero dopuszczono do testów. Rzecz jasna – muszą one wypaść na piątkę, bo minister Tomasz Siemoniak i jego akolici rozpływają się w zachwytach nad francusko-niemiecką ofertą. A basujący rządowi portal Dziennik.pl napisał wprost: „Zwycięzca w przetargu śmigłowcowym obiecuje nowe miejsca pracy w Polsce”. I dalej: „Zanim rozstrzygnięto przetarg śmigłowcowy, Airbus otworzył już w Łodzi biuro projektowe”.
Komentarza wymaga stwierdzenie wicepremiera Siemoniaka, że to wojsko będzie decydowało, jakiego sprzętu potrzebuje. Czyżby cywilna kontrola nad armią stała się przeżytkiem?
Niepokojące są opinie, że wskazanie na francuską ofertę to element pewnego targu. I nie chodzi tu o pogłoski, jakoby była to cena za poparcie Paryża dla Donalda Tuska w jego europejskich aspiracjach. Słychać, że chodzi także o preferencje dla niemieckiej oferty na okręty podwodne – silnie krytykowanej przez ekspertów.
Na razie prezydent Komorowski, który zupełnie irracjonalnie wziął na siebie zakomunikowanie, że pieniądze przeznaczone na modernizację polskiej armii popłyną do francuskich zakładów, dostał od wyborców żółtą kartkę. Zachęcam, by przyjrzeć się wynikom z Lubelszczyzny i Podkarpacia – tam, gdzie mieszczą się zakłady w Świdniku i Mielcu. Bronisław Komorowski przegrał z kretesem z Andrzejem Dudą, a w Lubelskiem zdobył wynik tylko o 1,5 proc. lepszy od Pawła Kukiza. W samym Świdniku Kukiz wygrał z Komorowskim. Tak się płaci za lekceważenie Polaków.