Przedwakacyjna gorączka muzyczna
Piękna pogoda, lato, a zatem nieuchronny koniec sezonu artystycznego w – jak to niezbyt romantycznie się określa – placówkach kulturalnych całej Polski.
Premierę baletu „Casanova w Warszawie” poprzedzała fama wielkiego wydarzenia, przede wszystkim ze względu na udział w nim włoskiego scenografa i kostiumologa Gianniego Quaranty, zdobywcy filmowego Oscara za piękny plastycznie „Pokój z widokiem” w reżyserii Jamesa Ivory’ego. Od czasu, gdy Krzysztof Pastor został dyrektorem Polskiego Baletu Narodowego, jakość sztuki baletowej w Teatrze Wielkim znacznie się poprawiła.
Piękne, choć nieambitne
Autorem libretta na podstawie pamiętników włoskiego uwodziciela jest Paweł Chynowski, wieloletni kierownik literacki Teatru Wielkiego, krytyk, dziennikarz, znawca tańca i autor wielu librett baletowych, autorem muzyki jest Wolfgang Amadeusz Mozart. Połączenie tych czynników to prawie pewna recepta na sukces artystyczny, a jednak po premierze pozostaje niedosyt. Być może to efekt zbyt wielkich oczekiwań. Ale nie tylko. Przede wszystkim choreografia. Nie mam nic przeciwko klasycznemu baletowi.
Czy jednak można udawać, że nic się nie zmieniło w tańcu od czasów Mariusa Petipy, twórcy petersburskiej Szkoły Imperialnej, i Siergieja Diagilewa, wychowawcy większości późniejszych członków Baletów Rosyjskich? W połączeniu ze scenografią i kostiumami przeniesionymi z obrazów Canaletta choreografia spektaklu przypominała coś w rodzaju „Dziadka do orzechów” czy „Kopciuszka”. Bardzo to piękne, ale niezbyt ambitne. Treść libretta również niestety nie spełniła moich oczekiwań.
Przyzwyczaiłem się, że współczesne przedstawienia, przed ich obejrzeniem, należy poprzedzić gruntowną lekturą programów. Z nich, a nie z treści i formy spektaklu, dowiemy się, co autor inscenizacji miał na myśli. Jednak mimo pewnego przygotowania, nie potrafiłem w większości wypadków przypisać kolejnym bohaterom ich historycznej tożsamości. Wreszcie muzyka. Jak wiadomo Mozart i Casanova żyli mniej więcej w tych samych czasach. Nic więc dziwnego, że autor inscenizacji wybrał muzykę tego właśnie kompozytora. Jako że obaj zaangażowani byli w działalność masońską, w spektaklu znalazła się spora część muzyki inspirowanej filozofią i symboliką wolnomularską. Są też tańce niemieckie, a oprócz licznych fragmentów oper, druga część Koncertu fortepianowego C-dur nr. 21, czyli „Elvira Madigan”.
Oszust i kobieciarz
Postać Giovanniego Giacomo Casanovy jest warta większego zainteresowania. Wenecjanin, podróżnik, poliglota, libertyn, literat i intelektualista był zarazem awanturnikiem, oszustem, kobieciarzem, hazardzistą i zwyczajnym przestępcą. Znany ze swoich przygód i podbojów miłosnych porównywany jest do Don Juana. Tymczasem oprócz skłonności do płci pięknej nic ich nie łączyło. Przede wszystkim Casanova był postacią historyczną, a Don Juan Tenorio wytworem wyobraźni hiszpańskiego dominikanina i dramatopisarza Tirso de Moliny. Poza tym mieli w życiu inne cele. Casanova przez całe życie oszukiwał kobiety nie tylko po to, aby je zdobyć, ale aby przy ich pomocy zdobyć środki na wystawne i w miarę unormowane życie. Don Juan zdobywał kobiety dla zasady, bo nie akceptował ustalonych norm moralnych – cenił wolność rozumianą jako bunt przeciw całemu światu. Pieniądze miał, bo w odróżnieniu do Casanovy był arystokratą.
Warto zwrócić uwagę na incydent polski w życiu Casanovy. Oto gdy nie udało mu się zdobyć przychylności Katarzyny Wielkiej, zawitał do Warszawy i przez kilka miesięcy obracał się w najlepszym towarzystwie, bywał na królewskim dworze, w najwytworniejszych salonach, uwodził piękne kobiety, a wreszcie po pojedynku z Ksawerym Branickim musiał opuścić Polskę. Choć w swoich pamiętnikach wydanych pośmiertnie pod tytułem „Historia mego życia” sporo jest odniesień do pobytu w Polsce, nie stanowią one szczególnie istotnego materiału dla badań historycznych.
Reasumując. Dość dobry spektakl baletowy, który zapewne nie przejdzie do historii polskiego teatru tańca. Mimo to będzie się cieszył powodzeniem u tradycyjnie nastawionej publiczności.
Faust na podsumowanie
A w Filharmonii Narodowej na zakończenie sezonu wielkie wydarzenie – koncert w wykonaniu orkiestry i chóru pod dyrekcją dyrektora artystycznego Jacka Kaspszyka z międzynarodową czwórką solistów śpiewaków. Było to estradowe wykonanie „Potępienia Fausta” Hectora Berlioza.
To utwór nietypowy pod względem formalnym. Zbyt statyczny, jak na inscenizacje operowe, z początku znany z wykonań koncertowych, przez długie lata nie cieszył się zbytnią popularnością wśród słuchaczy. W czasie prapremiery paryskiej w 1846 r. poniósł klęskę. Zagrano go zaledwie dwa razy, a i to przy wypełnionych do połowy salach. Przyjaciele pocieszali Berlioza, że to wina „niemrawej, paskudnej epoki”, w której moda „kryje pospolitość pod nazwą zdrowego rozsądku”. Trudno było jednak Berliozowi pogodzić się z klęską, szczególnie że w tym samym czasie grano w nieskończoność byle jakie operetki przy szczelnie wypełnionych widowniach.
Trzeba było aż dwudziestu lat, aby doceniono „Potępienie Fausta”, a stało się to w Wiedniu, gdzie kompozytor dyrygował swoim młodzieńczym dziełem. „Młodzieńczym”, bo zaczął je tworzyć jeszcze w czasie studiów. Tekst napisał wspólnie ze swoim kolegą, a oparł się na francuskim tłumaczeniu „Fausta” Goethego. Praca postępowała dość wolno, a odrywał się od niej nie tylko często, ale i na długo. Oceniając kantatę dramatyczną z perspektywy naszych czasów, nie sposób nie docenić jej cech muzyki symfonicznej, bogatej orkiestracji i nowatorstwa harmonicznego. Wspaniała, efektowna scena XVI – Inwokacja do natury – scena XVIII – cwał Fausta i Mefistofelesa na czarnych rumakach do piekła i wreszcie scena XIX – Pandemonium, nie pozostawią nikogo obojętnym. Szczególnie że zarówno orkiestra, jak i chór zabrzmieli w zasadzie bez zarzutu. Znakomici byli też soliści. Trudno więc wymienić tych, którzy się wyróżnili, ale klasą samą dla siebie była fińska mezzosopranistka w roli Małgorzaty – Lilli Paasikivi. Znakomite zakończenie sezonu w Filharmonii Narodowej, choć przed nami jeszcze kilka koncertów specjalnych.
A poza tym uważam, że tęczę na pl. Zbawiciela należy zniszczyć.