Fortepian, Schubert i Chopin
We wtorek odbył się ostatni w tym sezonie artystycznym recital z serii „Mistrzowie fortepianu”.
Schubert też był przecież niedoceniany. Za swój pierwszy zeszyt genialnego dzieła, jakim była „Podróż zimowa”, nazwana przez Verlaine’a „Pejzażem duszy”, kompozytor dostał śmieszną kwotę… 6 guldenów. Wydawcy nut, znając jego trudną sytuację materialną oraz nieumiejętność negocjacji, wykorzystywali swoją przewagę i – jeśli w ogóle – płacili mu haniebnie niskie honoraria. Według nich Schubert zawsze żądał zbyt wiele. Tymczasem, a to papier był zbyt drogi, a to należało przetransponować utwory do łatwiejszych tonacji lub nie było wolnych maszyn drukarskich, czyli jak to się dzisiaj mówi – mocy przerobowych.
Biedny geniusz
Przede wszystkim jednak specjaliści ówcześni nie doceniali wielkości wiedeńskiego geniusza. Między innymi wydawcy odesłali Schubertowi jako całkowicie bezużyteczne fortepianowe „Impromptus”. Toteż owe najwspanialsze poetyckie pieśni bez tekstu czekały na opublikowanie aż trzydzieści lat. Zresztą i sam Franciszek Schubert nie był zbyt pewny siebie oraz wielkości i znaczenia swojego dzieła. Gdy moguncki wydawca zapytał go listownie o gotowe do druku dzieła, odpowiedział, że dysponuje trzema operami, jedną mszą i jedną symfonią. Tymczasem całkowicie gotowych, acz nieogłoszonych drukiem, było piętnaście oper, pięć mszy i osiem symfonii! Pierwszy i jedyny w życiu koncert kompozytorski Schuberta odbył się niedługo przed jego śmiercią. I to wtedy właśnie zarobił po raz pierwszy wreszcie jakie takie pieniądze… Czysty dochód wyniósł 800 guldenów! Za te pieniądze kupił sobie fortepian. Autor tylu utworów na ten instrument do tej pory nie miał swojego fortepianu! 800 guldenów – sporo pieniędzy. Ale jednocześnie za sześć koncertów w tymże Wiedniu Niccolo Paganini zarobił – bagatela – 20 tys. guldenów. Jak widać, już wówczas istniał lepszy lub gorszy PR i istnieli artyści, o których krążyły legendy oraz ci, którzy znani byli tylko nielicznemu gronu słuchaczy. Do tych ostatnich zaliczyć można Franciszka Schuberta.
Gdy umarł, pozostały po nim cztery koszule, surduty, kilka par butów, materac i poduszka. „Oprócz starych nut nie znaleziono niczego innego…”. Wyceniono je na… 10 guldenów. To pięciokrotnie mniej niż stara bielizna. A tymczasem wśród rękopisów znajdowały się nieznane dotychczas nikomu nuty Symfonii h-moll, zwanej „Niedokończoną”, Symfonii C-dur, zwanej „Wielką Symfonią”, pięciuset pieśni, Mszy Es-dur i trzech ostatnich sonat.
Komórka i sonata
To właśnie te trzy sonaty wykonała Jelizawieta Leonska na swoim recitalu w Filharmonii Narodowej. Ogółem Schubert skomponował aż dwanaście sonat fortepianowych. Warto sobie uświadomić, że żaden dziewiętnastowieczny kompozytor nie zbliżył się nawet do takiego wyniku. A przecież Schubert żył zaledwie 31 lat, objętościowo i czasowo zaś ostatnie sonaty przypominają symfonie i trwają czterdzieści minut. Tworzą one rodzaj tryptyku, a instrument brzmi w nich jak orkiestra. Pianistka wykorzystała wszystkie charakterystyczne cechy trzech sonat – ich atmosferę i napięcie. Piękne melodie i ich przetworzenia. Wielka artystka, jakich trudno już szukać w XXI w. Nie forsowała tempa, a gdy trzeba, stosowała zawieszenia. To była pianistyka przekazująca oprócz wartości muzycznych ważne treści pozamuzyczne. Wywołująca w słuchaczach różnego typu refleksje.
Publiczność doceniła jej sztukę żywiołową owacją, ale cóż z tego, gdy aż trzykrotnie w czasie recitalu odezwały się telefony komórkowe. Jeden szczególnie głośno i długo dzwonił w czasie kulminacji Sonaty A-dur. Gołymi rękami udusiłbym starszą panią, właścicielkę komórki, siedzącą na parterze w XIII rzędzie. Ciekawe, że nie ma na to metody. A przecież przed każdym koncertem powtarzane są komunikaty – po polsku i po angielsku – aby wyłączyć telefony. Nie można niestety stosować metod, które wyłączyłyby ich zasięg. Podobno decydują względy bezpieczeństwa. Ciekawe, czy jak jeszcze nie było telefonów komórkowych, to było o wiele niebezpieczniej w czasie koncertów.
Polacy grają
Zanim zakończy się sezon artystyczny w Filharmonii Narodowej, będzie okazja do usłyszenia raz jeszcze większości polskich uczestników XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. 13, 14 i 15 maja w Sali Kameralnej, w kolejnych trzech odsłonach usłyszymy: Tymoteusza Biesa, Rafała Błaszczyka, Adama Mikołaja Goździewskiego, Pawła Motyczyńskiego, Łukasza Byrdę, Szymona Nehringa, Zuzannę Pietrzak, Piotra Wiercińskiego, Łukasza Krupińskiego, Krzysztofa Książka, Łukasza Mikołajczyka i Piotra Ryszarda Pawlaka. Koncerty poprowadzi dziennikarka Programu II Polskiego Radia – Róża Światczyńska.
Młodych polskich pianistów (oby wśród nich znaleźli się przyszli laureaci październikowego Konkursu) usłyszymy – miejmy nadzieję – w nowej rzeczywistości. Przynajmniej politycznej.
A poza tym uważam, że należy zniszczyć tęczę na placu Zbawiciela.