Pozostali w naszych sercach
Katastrofa smoleńska odcisnęła się na Polsce straszliwym piętnem. W jednej chwili straciliśmy elitę państwa polskiego, by następnie zetknąć się z niepojętym przemysłem pogardy wobec śp.
Przed pięciu laty w Krakowie w słoneczny dzień 18 kwietnia 2010 r. pękały nam serca. Przez ostatni tydzień po powrocie z Katynia, dokąd pojechałem, by wziąć udział w uroczystościach, na które leciał Prezydent Polski wraz z delegacją, funkcjonowaliśmy w półtransie. To, co się zdarzyło, opornie docierało do świadomości. Człowiek niełatwo godzi się na umieszczenie kogoś bliskiego wśród wspomnień. Zwłaszcza kogoś, kto imponuje, kto jest wzorem publicznej służby, z kim łączyło się nadzieję na kontynuowanie budowy normalnej Polski.
Niepowetowana strata
Od powrotu Lecha Kaczyńskiego do polityki na stanowisku ministra sprawiedliwości, potem prezydentury Warszawy, wreszcie od zwycięstwa w walce o urząd Prezydenta Rzeczypospolitej zaczął się czas wielkiej zmiany dla Polski. Byliśmy dumni z jego twardej postawy, z obrony polskich wartości, z Muzeum Powstania Warszawskiego, z upomnienia się o Żołnierzy Wyklętych, z oporu stawianego Putinowi na Westerplatte i w Tbilisi. Wtedy, pięć lat temu, po katastrofie w Smoleńsku nie sposób było pogodzić się z tą stratą, z odejściem człowieka i męża stanu, z zamknięciem. Z jego śmiercią zamykał się okres próby naprawy Polski. Tysiące płonących zniczy przed Pałacem Prezydenckim, długie, niekończące się kolejki Polaków chcących oddać hołd poległym dowodziły, że setki tysięcy ludzi czuły to samo – że straciliśmy wielkich rodaków. I że to punkt zwrotny w polskiej historii. Coś dziwnego i dobrego działo się z Polakami.
Przedzieraliśmy się przez tłumy wypełniające ulice prowadzące do rynku. Ludzie z flagami, często zapłakani, ale też zjednoczeni w żałobnej wspólnocie, która dawała otuchę. Przejmująca chwila, gdy oficerowie „czerwonych beretów” ustawiali na lawetach polowych armat trumny śp. Lecha Kaczyńskiego i śp. Marii Kaczyńskiej. Okrzyki: „dziękujemy, dziękujemy”, komendy wojskowe, oklaski tłumów, Mazurek Dąbrowskiego i marsz żałobny wojskowej orkiestry zlewały się w jeden dźwięk, tworząc atmosferę strasznego zbiorowego żalu, niedającego się porównać z niczym.
Wstyd pozostanie
Pięć lat po tragedii smoleńskiej, nie chcę tutaj powracać do chwil, przy których wspomnieniu zaciskają się palce dłoni. Do tych wszystkich obrzydliwości wyrządzanych śp. Lechowi Kaczyńskiemu już po śmierci. Do haniebnych wystąpień „polityków”, do żałosnych ekscesów z Krakowskiego Przedmieścia czy choćby do plugawych reklam piwa zawieszonych na murach nieczynnego hotelu w Krakowie. Ci, którzy organizowali te wydarzenia i w nich uczestniczyli, będą się wstydzili tego do końca swoich dni. Mimo tych zabiegów nie udało się zniszczyć pamięci Pana Prezydenta Kaczyńskiego. Przeciwnie, dzisiaj przybywa tablic, pomników, ulic i placów Jego imienia. Nie ma z nami Lecha Kaczyńskiego, ale jest jego dorobek, jest pamięć rodaków i są ludzie gotowi kontynuować pracę.
Teraz, jak co roku, spotkaliśmy się w katedrze wawelskiej. W mszy św. uczestniczy premier Jarosław Kaczyński z Martą Kaczyńską, dr Andrzej Duda z małżonką, rodziny poległych pod Smoleńskiem, posłowie, senatorowie i liczni mieszkańcy Krakowa. Potem idziemy złożyć wiązanki kwiatów do krypty pod Wieżą Srebrnych Dzwonów, w której tuż obok Marszałka Józefa Piłsudskiego spoczął nasz Prezydent z Małżonką Marią. Gdy wychodzimy ze świątyni, na Jarosława Kaczyńskiego, Martę Kaczyńską i Andrzeja Dudę czeka tłum. Oklaski, pozdrowienia, podziękowania. W tym roku, mimo że pod Krzyżem Katyńskim nie przewidziano przemówień, czuwa kilkuset mieszkańców Krakowa. Przedstawiciele klubów „Gazety Polskiej” z Anitą Czerwińską i red. Joanną Lichocką składają kwiaty. Co ciekawe, tym razem możemy odnotować nieobecność osobników, którzy w ubiegłych latach starali się zakłócać uroczystość u podnóża Wawelu. Pamiętam te typki stojące z rękami w kieszeniach, gdy śpiewaliśmy polski hymn, i odwracające twarze, gdy kierowało się w ich stronę obiektyw aparatu fotograficznego.
Obłuda i hipokryzja
Przez te pięć lat drażniły słowa przypisywane pilotom, bolały kłamstwa obrażające pamięć gen. Błasika, zdumiewała bezczynność rządu i jego urzędników w dementowaniu manipulacji. Nie mieści się w głowie, że Polska nie zaangażuje się rzetelnie w wyjaśnienie przyczyny śmierci Prezydenta Rzeczypospolitej. Trudno pojąć, jak to jest możliwe, że ludzie Platformy Obywatelskiej nie chcą zadbać o poznanie prawdy o śmierci swoich kolegów i koleżanek. Dlaczego nie było ich reakcji od pierwszych chwil – najpierw na nieprawdziwe informacje o godzinie katastrofy, potem na słowa o czterokrotnym podchodzeniu do lądowania? Dlaczego miejsce zdarzenia nie zostało ogrodzone i systematycznie badane przez specjalistów kryminalistyki? Pamiętamy, z jaką pieczołowitością Brytyjczycy rekonstruowali wrak samolotu pasażerskiego wysadzonego nad Lockerby. Przecież najprostszych nawet ludzi zdumiewa, że podobna procedura nie została zastosowana po katastrofie, w której zginął Prezydent Polski, parlamentarzyści, generałowie Wojska Polskiego. Trudno zrozumieć, dlaczego zabroniono przeprowadzenia ponownych sekcji w Polsce. Wydawało się, że przy wszystkich różnicach politycznych w tak elementarnej sprawie rodziny tragicznie zmarłych będą mogły liczyć na swoje państwo. To przecież naturalne, że żołnierz, funkcjonariusz, urzędnik, którzy służą swojemu krajowi z narażeniem własnego życia, mogą ufać swoim szefom, że ci będą bronili ich interesów, ich dobrego imienia. Niestety, nic takiego się nie stało. Kłamstwa pani Anodiny obiegły świat, wzmocnione brakiem reakcji polskich władz, które przez te lata powtarzają – jak Bronisław Komorowski – o „arcyboleśnie prostych” przyczynach katastrofy.
Spuścizna Lecha Kaczyńskiego
Gdy wieczorem w bazylice Mariackiej rozpoczynał się koncert, trudno było nie przypomnieć sobie tamtego dnia pogrzebu – miejsc, w których przed ołtarzem Wita Stwosza stały trumny Marii i Lecha Kaczyńskich, w rozświetlonej, świadczącej o wielkości polskiej kultury świątyni. Teraz w wypełnionym kościele z wielką przej-mującą mocą pod batutą Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego zabrzmiało „Requiem” Wolfganga Amadeusza Mozarta, „Pieśń Rodzin Katyńskich” i „Matko Najświętsza” Henryka Mikołaja Góreckiego. Widać było, że dla członków Sinfonietta Cracovia i Górecki Chamber Choir oraz solistów z Gruzji, Litwy, Polski i Ukrainy oraz dla dyrygenta wieczór ten miał także ogromne znaczenie. To była muzyka zagrana i zaśpiewana właśnie w ten dzień dla nich – dla Lecha i Marii Kaczyńskich i dla każdej z osób, które im towarzyszyły w drodze do Katynia.
Czy nadal, jak mówił śp. Lech Kaczyński: warto być Polakiem? Nie sądzę, by ktokolwiek z siedzących w świątyni mógł mieć w tej sprawie wątpliwości. Ideały, którym do ostatniego tchnienia był wierny śp. Lech Kaczyński, ani na jotę się nie zdezaktualizowały. Bądźmy pewni, że urzeczywistnią się w pracy jego następców, zaowocują w przyszłych pokoleniach.