Co zostało z Czechowicza (2)
Któregoś letniego dnia roku 1927 Józef Czechowicz spotkał na jednej z lubelskich ulic trzech kolegów, wracających z obficie zakrapianego obiadu.
Droga wypadła im przez cmentarz prawosławny. „Cmentarz ten – wspominał Wacław Gralewski – w okresie przedwojennym był ulubionym miejscem spacerów. Alejami jego można było wyjść na tak zwaną białą drogę i dalej na pola, rozłożone wachlarzowato dokoła miasta”. Gdy przechodzili obok niewielkiej cerkiewki, ich uwagę zwróciły uszkodzone okna dolnej kondygnacji. Zbliżyli się do świątyni. W jej mrocznym wnętrzu dostrzegli pootwierane trumny.
Atak poety
Czechowicz stracił humor – „szedł zamyślony i zasępiony” – towarzysze postanowili więc spłatać mu figla. Konrad Bielski, poeta, prozaik i członek zespołu „Reflektora”, zatrzymał przyjaciela, chwycił go za ramiona i krzyknął: „Józiu, nie odwracaj się. Bo jeśli głowę odwrócisz, to ja tupnę w ścieżkę, a wtedy ukryta dźwignia poruszy się i wyrzuci w górę nieboszczyka, który spadnie ci na plecy”. Zamiast spodziewanego uśmiechu na twarzy Czechowicza pojawił się wyraz przerażenia. Poeta odwrócił się raptownie i spojrzawszy na cerkiewkę, wrzasnął dziko, po czym „upadł na ziemię i uległ poważnemu atakowi nerwowemu”. Jak wyglądał ów atak, Gralewski nie pisze. Czy Czechowicz zemdlał? Wywijał nogami i rękami? Tłukł głową o podłoże? Piana sączyła mu się z kącika ust? Nie wiadomo.
Wiadomo, że kilka dni później odwiedził Gralewskiego i próbował mu wyjaśnić przyczyny swojego dziwacznego zachowania. Miał ujrzeć „poza cerkwią w stronie miasta jakby jakiś wybuch: […] w górę strzelające płomienie i kłęby dymu, a ze środka tej eksplozji jakby jakieś widmo”, wyciągające ku niemu „długie, kościste ręce”. Czechowicz twierdził, że jedną ręką zjawa próbowała złapać go „za gardło”, drugą zaś wskazywała „na ziemię pod jego nogami”.
Sen Miłosza
Kiedy autor „Nuty człowieczej” zginął, przywalony stropem salonu fryzjerskiego u zbiegu Krakowskiego Przedmieścia i Kościuszki, jego przyjaciele przypomnieli sobie epizod sprzed dwunastu lat. Czy nie zapowiadał on tragicznej śmierci? Nie odnosił się wprost do złowrogiej przyszłości?
Zresztą, znaków tego rodzaju było więcej.
O jednym z nich pisał we wspomnieniowym tekście poświęconym Czechowiczowi Czesław Miłosz. Kilkanaście miesięcy przed wybuchem wojny przyśnił się autorowi „Trzech zim” sen: „Widziałem dom, z jedną ścianą ze szkła, Mongoł grał za nią na skrzypcach i to był on, Czechowicz, dźwięk nie przedostawał się do mnie. […] [T]en dom nazywał się we śnie Dom Umarłych, a twarz grającego Mongoła napiętnowały już znaki rozkładu”.
W jaki sposób, nie porzucając racjonalnych podstaw myślenia, objaśnić owe „prorocze” widzenia? Czy stworzyła je atmosfera epoki schyłkowej, epoki późnych lat trzydziestych? Dla wielu stawało się wtedy oczywiste, że, wcześniej czy później, II Rzeczpospolita będzie musiała zmierzyć się z potężnym sąsiadem lub nawet z oboma rosnącymi w siłę sąsiadami. Czy Czechowicz przeczuwał wojnę? Czy podejrzewał, że po tej walce na śmierć i życie pozostaną jedynie zgliszcza, na których specjaliści od mas majstrować będą „nową Polskę”, czyli twór pozostający w całkowitej sprzeczności z doświadczeniem historycznym wspólnoty, z jej charakterem i społeczno-politycznym temperamentem?
Jeśli tego rodzaju wiedzę posiadał Czesław Miłosz, czy mogła ona być odjęta starszemu o osiem lat poecie z Lublina? Zdaje się, że nie. Powiedzieć, że przeczucie katastrofy jest jednym z konstytutywnych elementów jego twórczości – to posłużyć się historycznoliterackim truizmem. „Bezbronne piękno – oto jego wiersze”, pisze Miłosz. Ta „bezbronność” miała swoje źródło w wizji elementarnej zagłady. W taką zagładę nie chce wierzyć nawet ten, kto ją głosi. Myśl i wyobraźnia bronią się przed nią, spychając ją w zakamarki świadomości, poddając semantycznym metamorfozom, zagłuszając. Ale ona wypływa, wciąż wypływa na powierzchnię – w literaturze.
Ciastko ze śmiercią
Bomba huknęła, a Czechowicz pobiegł ku niej, jakby się rzucał w objęcia śmierci.
Czy może chcieć własnej śmierci ktoś, kto – jak autor „Ballady z tamtej strony” – potrafi smakować życie, delektować się nim?
Czechowicz był głodomorem. Pochłaniał wszystko, co słodkie, lecz ze szczególnym upodobaniem – czekoladę. Lista ukochanych łakoci jest długa: rachatłukum, torty, cukierki, pączki, pomadki, ciastka z pieprzem. W jedną z sylwestrowych nocy, podczas balu dla lubelskich dziennikarzy, zjadł 102 pączki, trochę tortu, ciastek i czekoladowych cukierków, wypił trzy butelki słodkiego wina i kilka butelek oranżady. Rachunek jest ścisły, bo odbiór każdego z produktów konsument musiał potwierdzić własnoręcznym podpisem. Wacław Gralewski wspomina jedną z imieninowych wizyt u Czechowicza. Solenizant otrzymał od gości pudło z dwoma kilogramami eksportowych czekoladek Wedla. Pożarł wszystko w ciągu godziny. „Był to czekoladowy koncert Jankiela”.
Ów Czechowiczowski bieg ku bombie – czyż nie był wyrazem tej samej żarłoczności, którą Gralewski nazywa „nieprzeciętną »ciastko- i czekoladofagią«”? Wszak zainteresowania i potrzeby autora „Nic więcej” płynęły „dość wąskim, ale za to głębokim nurtem. Wiele spraw tego świata było mu obcych i dalekich, ale te, które go interesowały – pochłaniały całkowicie”.
Poezja polska w kleszczowym uścisku. Poezja samobójcza, poezja mordowana.
Niemiecki lotnik wypuszczający ładunek stara się nie dostrzegać ludzi, patrzy z wysokości na mapę rejonów bombardowania. To, co ginie, ma pozostać bezosobowe i bezkształtne. Zdegradowane i martwe, zanim jeszcze zostało uśmiercone. Ale poezja domaga się osobowości, chce żyć i mówić za siebie. A kiedy nie ma wyjścia, wybiera koniec świadomy – skacze w przepaść. W ten sposób wciela się w nią zbiorowy los. Ona sama zaś – wymyka się śmierci.
Nie ma więc racji Miłosz, kiedy pisze o Czechowiczu: „Świadomy, że owo polskie bytowanie trwać nie będzie, że jest kruche i skazane przez wzrost walczących ze sobą potęg, przeczuwający swoją śmierć w wojnie, której wizja ciągle się w tym, co pisze, powtarza, jest zepchnięty, jak wszyscy co nie chcą ani Niemiec, ani Rosji, w bezruch”.
Ballada z tamtej strony
Nie wiadomo, jak i kiedy zwłoki Czechowicza wydobyto spod strzaskanych murów kamienicy u zbiegu Krakowskiego Przedmieścia i Kościuszki. W jednym ze wspomnieniowych tekstów Gralewskiego pojawia się informacja, że do odgruzowywania przystąpiono zaraz po bombardowaniu. Ciało miało zostać odnalezione jeszcze tego samego dnia.
Inny ze świadków lubelskich wydarzeń we wrześniu 1939 r., Wiktor Ziółkowski, twierdził, że do odkopania zwłok poety doszło po kilku tygodniach. Według tej wersji zostały one pochowane na cmentarzu prawosławnym, czyli tam, gdzie dwanaście lat wcześniej autor „Kamienia” doznał ataku nerwowego.
Trzecia z relacji pochodzi od Władysława Rokickiego, żołnierza zatrudnionego przy pochówkach. Choć Tomasz Pietrasiewicz uznał ją za najmniej prawdopodobną, z pewnych względów wydaje się najistotniejsza: „Kiedy wszystko się uspokoiło, […] wywołano mnie i jeszcze kilkunastu żołnierzy i wraz z dwoma oficerami rezerwy pomaszerowaliśmy w kierunku al. Kraśnickiej. Zatrzymaliśmy się mniej więcej w tym miejscu, gdzie stoi dziś pomnik. Wtedy było tam pole obsadzone burakami [...]. Kazano nam wyrywać buraki i kopać mogiły. Pole było już odpowiednio oznaczone i podzielone – na groby dla poszczególnych żołnierzy oraz zbiorową mogiłę, w której złożono żołnierzy bez dokumentów i pozawijane w koce szczątki osób porozrywanych bombami. Zabitych grzebaliśmy przez dwa dni”.
Właśnie tak to sobie wyobrażam.
Najpierw wyrywanie buraków, potem ciała. Czas owocowania i czas siewu. Zwłoki Czechowicza niesione w kocu. Dwóch mężczyzn pochylonych nad dołem, powierzających ziemi tę miazgę, ten krwawy kłąb.
Brudny koc.
Góra. Dół.
Ostatni skok poezji.
Skok, nie bezruch.