Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Stanisław Bukowski,
08.02.2015 19:22

Śmiej się, pajacu

Od początku swojego istnienia, a więc od czasów florenckich XVI w., opera starała się pogodzić dwa całkowicie odmienne światy – dramatu i muzyki.

Od początku swojego istnienia, a więc od czasów florenckich XVI w., opera starała się pogodzić dwa całkowicie odmienne światy – dramatu i muzyki. Ponieważ każdy kompromis wymaga ustępstw, również w tym wypadku wszystko zależy od tego, czy każda ze stron przestrzega status quo.

Jak jednak wiemy, obserwując różne dziedziny życia, w dłuższej perspektywie idealna równowaga jest niemożliwa do utrzymania. Tylko idealistom, jakimi byli twórcy Cameraty florenckiej, wydawało się, że można połączyć ogień z wodą na równoprawnych zasadach. Opera prawie od samego początku polegała na przydługich i nudnych recytatywach. Trzeba było zatem coś zmienić, aby nie doprowadzić do śmierci nowego gatunku już u jego zarania. Zdał sobie z tego sprawę Claudio Monteverdi, ograniczając rolę słowa na rzecz muzyki. W ten sposób opera stała się widowiskiem przede wszystkim muzycznym.

Miłość, intryga i śmierć
I tak było przez wieki aż do naszych czasów. Jednak w pewnym momencie zaczęto wieszczyć koniec opery, bo w jej ramach nie powstawało nic nowego i wartościowego. Na szczęście trendy te się odwróciły, podobnie jak upadły teorie o końcu kina po upowszechnieniu telewizji czy zmierzchu malarstwa po wynalezieniu fotografii. Najlepszym dowodem na atrakcyjność opery jest coraz większa popularność przedstawień operowych na całym świecie. A że rzeczywiście tak jest, niech świadczy chociażby zainteresowanie, jakie towarzyszy kolejnym premierom operowym. I to nie tylko w nowojorskiej Metropolitan czy londyńskiej Covent Garden, ale również w polskich prowincjonalnych teatrach operowych („prowincjonalnych” używam w sensie „niestołecznych”, bez jakiegokolwiek wartościowania).
Ostatnio uczestniczyłem w premierze dwóch przedstawień operowych w Poznaniu. Tamtejszy Teatr Wielki wystawił dwa spektakle – „Rycerskość wieśniaczą” i „Pajace”. Ponieważ obie opery są krótkie, od niepamiętnych czasów obowiązuje zasada łączenia obu tych utworów w jeden spektakl, choć odrębny pod względem muzycznym i inscenizacyjnym.
„Cavalleria rusticana” Pietro Mascagniego została wystawiona po raz pierwszy 17 maja 1890 r. w rzymskim Teatro Costanzi i stała się od razu sztandarowym przykładem nowego stylu, czyli „weryzmu” w operze. Pojęcie to istniało od połowy XIX w. jako określenie twórczości licznych pisarzy i przedstawicieli sztuk plastycznych, a polegało na ukazaniu nieupiększonego życia, z jego problemami społecznymi i obyczajowymi. Libretto „Rycerskości wieśniaczej” powstało na podstawie utworu naturalistycznego pisarza Giovanniego Vergi. Mascagni był wówczas biednym, wręcz przymierającym głodem nauczycielem muzyki w małym włoskim miasteczku Cerignola. Gdy usłyszał o konkursie z nagrodami na jednoaktową operę, postanowił spróbować i stworzył – zgodnie z regulaminem – krótką jednoaktówkę w dwóch scenach. Uznano ją za najlepszą spośród ponad siedemdziesięciu nadesłanych utworów. Od tej chwili życie Mascagniego się zmieniło. Stał się sławny i bogaty. Treścią „Rycerskości wieśniaczej” jest miłość, zdrada, intryga i śmierć. Wszystko to w scenerii współczesnej kompozytorowi Sycylii. Muzyka jest wspaniała, pełna porywających, łatwych do zapamiętania melodii. W scenach chóralnych i fragmentach orkiestrowych słychać wyraźne wpływy folkloru południowowłoskiego.

Wbrew intencjom twórcy
Według libretta akcja, a przynajmniej jej główna część, rozgrywa się w świetle słońca. Tymczasem reżyser spektaklu i twórca scenografii prof. Lech Mądzik umieścił ją w mroku, pośród przytłaczających czarnych płaszczyzn, rozświetlanych tylko czasami promieniami światła. Pamiętam spektakle Sceny Plastycznej KUL w Lublinie w latach 70. Przedstawienia, na które przemierzało się pół Polski i nocowało później na dworcach, czekając na poranne pociągi do domu. Spektakle urzekające zarówno pod względem tematycznym, jak i – a może przede wszystkim – plastycznym. Najważniejszy zaś był ich niepowtarzalny klimat. Mądzik był dla nas – swoich rówieśników – wzorem niepokornego, oryginalnego artysty, swoistego guru. Dlatego z wielką przykrością oceniam inscenizację „Rycerskości wieśniaczej” dość negatywnie. Oczywiście to nie kompromitacja, ale przykład rozejścia się wizji inscenizatora z założeniami twórców i oczekiwaniami widzów. Jedynym jasnym akcentem wśród ponurych dekoracji są wspaniałe kostiumy solistów autorstwa Zofii De Ines. No i znakomici śpiewacy. Warto wymienić wszystkich: zdradzaną i mszczącą się na narzeczonym Sanduzzę – Helenę Zubanowicz, wiarołomnego Turiddu – George’a Onianiego, jego kochankę Lolę – Monikę Mych-Nowicką, jej męża, woźnicę Alfio – Jaromira Trafankowskiego i Mammę Lucię, matkę Turiddu – Sylwię Złotkowską.

Wpada w ucho
Dwa lata po premierze „Rycerskości wieśniaczej”, 21 maja 1892 r. w Teatro Verme w Mediolanie odbyła się premiera opery Ruggiero Leoncavalla „Pajace”. Spektakl prowadził zaledwie dwudziestopięcioletni, rozpoczynający dopiero karierę Arturo Toscanini. Co ciekawe, kompozytor stworzył swoje dzieło na ten sam konkurs, który wygrał Mascagni i jego „Cavalleria rusticana”. „Pajace” zostały zdyskwalifikowane jako niespełniające warunków regulaminu. Choć jest to opera krótka, ale wyraźnie dwuaktowa. Utwór owiany jest legendą, która niestety nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Leoncavallo twierdził – zapewne dla potrzeb piarowych – że był świadkiem opisanych przez siebie i stanowiących treść dramatu, wydarzeń. Oto współczesna twórcy XIX-wieczna Kalabria i bohaterowie: Canio, szef trupy cyrkowej, zazdrosny (nie bez powodu) o swoją żonę Neddę. W czasie przedstawienia, w czasie którego odgrywają oboje – jako Clown i Colombina – sceny zdrady, Canio zabija (w realu!) żonę i jej kochanka. Opera kończy się sławną frazą – „La commedia è finita!” Nie tylko operę „Pajace” wystawia się wspólnie z jej konkurentką „Rycerskością wieśniaczą”, ale także obie partie tenorowe, Turiddu i Cania, wykonywane są przez tego samego śpiewaka. Mnóstwo wspaniałej muzyki, ciekawej i łatwej do zapamiętania.

Dziedzictwo za bezcen
Tym razem w porównaniu do „Rycerskości…” inscenizacja jest ciekawa i adekwatna do treści oraz klimatu spektaklu. Zadbał o to młody reżyser Krzysztof Cicheński, a autorką scenografii jest jego stała współpracowniczka Magda Flisowska. Kostiumy przygotowała Julia Kosek. Warto pochwalić jeszcze raz tenora, zarówno w roli Turiddu, jak i w roli Canio – George’a Onianiego, Neddę – Romę Jakubowską-Handke, Tonio, spirytus movens tragedii – Andrzeja Filończyka i kochanka Neddy, Silvio – Michała Partykę.
Warto docenić też zarówno świetny chór, jak i orkiestrę. Całość poprowadził doświadczony Gabriel Chmura.
 
***
W ubiegłym tygodniu zdecydowano o likwidacji Polskich Nagrań i sprzedaży ich majątku firmie fonograficznej Warner. Majątkiem nie są taśmy matki, ale ich zawartość i prawa autorskie. Wartość artystyczna jest nieobliczalna i polega na niepowtarzalności i unikatowości zarejestrowanych utworów. Tymczasem amerykańska firma zapłaciła zaledwie 8 mln zł. Dla jednego z trzech działających na naszym rynku płytowym „mejdżersów”, to grosze… Czy dotychczasowego właściciela, Ministerstwa Skarbu, nie było stać na spłatę zobowiązań Polskich Nagrań w wysokości 3 mln zł i przekazanie zawartości archiwów którejś z polskich narodowych instytucji? Ja wiem, że lepiej wyszarpać parę złotych i mieć problem z głowy. A że pozbyliśmy się bezcennego intelektualnie i kulturowo majątku narodowego? Spuścizny artystycznej kilku pokoleń Polaków… Zrobiło się tak ze stoczniami, hutami, fabrykami i kopalniami i co? Kto będzie protestował i walczył o prawa do piosenek, utworów Chopina w wykonaniu Rubinsteina itp. Śmiej się, pajacu!
Wrócimy do tego tematu. A poza tym uważam, że tęczę na pl. Zbawiciela należy zniszczyć.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane