Uczta się sami
W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych na ekranach polskich kin pojawił się film Jerzego Zarzyckiego według socrealistycznej powieści Tadeusza Berezy „Uczta Baltazara”.
Jest to część serwisu edukacyjnego powstałego na zlecenie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jak twierdzą sami autorzy projektu, jest to „narzędzie edukacyjne o wysokim poziomie merytorycznym”, a „jego zadaniem jest kształcenie świadomych odbiorców muzyki i aktywnych uczestników kultury oraz podniesienie poziomu powszechnej edukacji muzycznej w Polsce”. Trzeba przyznać, że zamierzenia są ambitne i warte uwagi. Trudno też odmówić twórcom serwisu dobrego samopoczucia. Autorzy kanonu chwalą się współpracą z Polskim Radiem, Instytutem Muzyki i Tańca, Polskim Wydawnictwem Muzycznym, Teatrem Wielkim – Operą Narodową i Fundacją „Muzyka jest dla wszystkich”.
Niewytłumaczalne braki
Muzyka jest dla wszystkich, ale czy omawiany kanon jest dla wszystkich? Otóż nie wydaje mi się i to co najmniej z dwóch powodów. Jeśli przeznaczony jest dla nauczycieli i animatorów kultury, a więc dla osób przygotowanych – przynajmniej z założenia – do edukowania muzycznego, to nie imponuje wysokim poziomem merytorycznym. Jeśli zaś przeznaczony jest dla uczniów, to zawiera zbyt wiele uproszczeń i nieścisłości. Przede wszystkim zaś zwracają uwagę rażące braki. I to mimo że podobno autorami są muzykolodzy i dziennikarze muzyczni.
Kanon podzielony jest na epoki. I panuje tu lekki „miszmasz”. Nie to wszakże jest najistotniejsze, choć denerwuje niezdecydowanie autorów co do tego, czy ważniejsza jest warstwa anegdotyczna, dotycząca poszczególnych utworów, czy też ich wartość merytoryczna. Najistotniejsze są ewidentne braki. Czy celowe?
Nie ma Williama Byrda i Johna Dowlanda. Jeśli jest Josquin des Prez i Giovanni Pierluigi da Palestrina, to dlaczego nie ma Thomasa Tallisa, a przede wszystkim Hildegardy z Bingen, choćby z jej „Ordo Virtutum”. Tyle przecież można o niej napisać. Również o jej muzyce i roli, jaką odgrywała w swojej epoce... Jeśli jest Jean-Philippe Rameau, to dlaczego nie ma Jean-Baptiste’a Lully’ego? Jest oczywiście Joseph Haydn, Ludwig van Beethoven i Wolfgang Amadeusz Mozart. Nie ma Carla Webera... A Mozart to aż pięć przykładów z „Czarodziejskiego fletu”. Bóg wie dlaczego, podczas gdy brakuje przykładu z „opery oper”, czyli „Don Giovanniego”, z Requiem czy Symfonii „Jowiszowej”. A gdzie jest Christoph Willibald Gluck? U Piotra Czajkowskiego brakuje przynajmniej fragmentu z „Eugeniusza Oniegina”. Są przykłady oper od czasów Claudia Monteverdiego, ale później oprócz Mozarta nie ma ani Gaetano Donizettiego, Vincenzo Belliniego, a nawet Giuseppe Verdiego czy Giacomo Pucciniego. Nie ma Franciszka Liszta, Antona Brucknera, Leoša Janáčka, Aleksandra Skriabina. Najgorzej jest z muzyką współczesną. Gdzie jest Charles Ives, Georg Gershwin, John Cage, Karlheinz Stockhausen, John Adams, Arvo Pärt, Sofia Gubajdulina czy John Tavener? Ale przede wszystkim dlaczego brakuje Witolda Lutosławskiego, Henryka Mikołaja Góreckiego, Wojciecha Kilara i Krzysztofa Pendereckiego? Polską muzykę współczesną reprezentuje tylko „Etiuda na jedno uderzenie w talerz” Włodzimierza Kotońskiego...
Wyrugowali Chopina
Jednak te wszystkie spostrzeżenia, choć istotne, nie są tak ważne w porównaniu do ostatniej konstatacji. Największym bowiem i prawdziwym skandalem jest brak w kanonie Fryderyka Chopina! Jeżeli w zbiorze 130 najważniejszych i najbardziej reprezentatywnych (jak rozumiem) utworów w historii muzyki nie ma omówienia przynajmniej kilku przykładów twórczości tego kompozytora, to rodzi się pytanie o kompetencje autorów lub cele, które im przyświecają. I proszę nie podejrzewać mnie o zbytnią podejrzliwość czy uleganie teoriom spiskowym. Co na to Narodowy Instytut Fryderyka Chopina? Serwis działa już od jakiegoś czasu i gdyby to było niedopatrzenie, już dawno można by uzupełnić kanon. Szczególnie że już od początku w zestawie 130 utworów jest ich 131 (!).
Strach bierze, gdy pomyślimy o podobnie skonstruowanym kanonie literackim! Gdy, nie daj Panie Boże, do podobnego zbioru zabierze się na przykład towarzystwo, pod przewodnictwem, dajmy na to, Krzysztofa Vargi. Nie będzie tam „nacjonalisty” Henryka Sienkiewicza i jego Trylogii czy Stefana Żeromskiego, którego „Przedwiośnia” czy „Dzienników” – według Vargi, specjalisty od niepohamowanego zaczerniania papieru – nie sposób i nie warto dzisiaj czytać. Będzie za to Stasiuk i Tokarczuk... Jednym słowem literatura prawdziwie wielka i piękna.
Ukojenie w muzyce
A że muzyka łagodzi obyczaje, warto wspomnieć o dwóch wydarzeniach, które miały miejsce w stołecznym Teatrze Wielkim i w Filharmonii Narodowej. Oba dotyczyły muzyki dawnej, choć nie w tym samym znaczeniu. Pierwsze z nich to wznowienie spektaklu operowego „Orfeusz i Eurydyka” Christopha Willibalda Glucka. Żyjący w XVIII w. Gluck urodził się w Czechach jako syn gajowego, karierę zaczynał w Pradze, ale uznać go można za kompozytora austriacko-angielsko-francusko-włoskiego. Był autorem wielu znakomitych oper: „Alcesta”, „Ifigenia w Aulidzie”, „Ifigenia w Taurydzie”, „Armida”. Jednak najwspanialszym dziełem pozostaje po dziś dzień „Orfeusz i Eurydyka”. Przedstawienie z 2009 r. w reżyserii Mariusza Trelińskiego i ze scenografią Borisa Kudlički to – stwierdzam po obejrzeniu przedstawienia po raz czwarty! – spektakl w każdym prawie szczególe znakomity, na najwyższym, światowym poziomie. Choć uwspółcześniony – co nie zawsze oceniam pozytywnie – ale w sensowny, przekonujący, adekwatny do muzyki sposób. I wspaniali soliści. Jako Orfeusz – Wojciech Gierlach, Eurydyka – Olga Pasiecznik, a niewielką, choć bardzo istotną rolę Amora powierzono rewelacyjnej debiutantce – Bożenie Bujnickiej. Radzę zapamiętać to nazwisko. Wspaniały sopran! A orkiestra? Cóż, nie jest to zespół muzyki dawnej... Zespół prowadził z wyczuciem Łukasz Borowicz. Niezapomniany wieczór!
W Filharmonii Narodowej wystąpił otoczony światową renomą zespół muzyki dawnej Concerto Köln. Tym razem kolończycy wystąpili z Simone Kermes, śpiewaczką pochodzącą z Lipska. Zespołu przedstawiać nie trzeba, bo o jego klasie świadczą nie tylko dyrygenci i soliści, którzy z nim współpracują, ale przede wszystkim liczne i znakomite nagrania płytowe. Poza tym przecież polska publiczność zna Concerto Köln z kilku wcześniejszych wizyt. Grają pięknie i stylowo. Czy Kermes jest wybitną sopranistką? Według niektórych moich uczonych kolegów i przyjaciół – nie. Według publiczności i według mnie – tak. Nawet jeśli zdarzały się jej nieczyste dźwięki i zbyt częste problemy „z górą”, to nadrabiała to temperamentem i wdziękiem. Świetny koncert i przedstawienie!
A na zakończenie, jak zwykle, mój apel: „A poza tym sądzę, że tęczę na placu Zbawiciela należy zniszczyć”.