Starzyński. Śmierć i nieśmiertelność (5)
Zjawili się 27 października, o czternastej. Dwóch mężczyzn w szarych mundurach.
Nikt nie może towarzyszyć. Ten, który zjednoczył warszawiaków w oporze przeciw najeźdźcy, na koniec miał zostać sam. Ostatnią drogę, drogę do zimnego dołu, musiał przebyć w samotności i opuszczeniu. Lorentz: „Prezydent podał mi bez słowa rękę i wyszedł z gabinetu pierwszy, za nim obaj oficerowie. Z okna widziałem jeszcze wyjeżdżający z bramy samochód”. W przylegającym do gabinetu sekretariacie czekał Janusz Regulski – „Drzwi [...] otworzyły się i wyszedł Starzyński, prowadzony przez dwóch gestapowców. Szedł z głową opuszczoną, nigdy tego widoku nie zapomnę, jakby w sobie zagłębiony i już od tego świata daleki, gotów do złożenia najwyższej ofiary”.
Moribundus
Co znaczą słowa: „jakby w sobie zagłębiony i już od tego świata daleki”? Co mówią o tym, kto je zapisał? Jaki wgląd w jego świadomość nam oferują?
Jest to, jak sądzę, świadomość rzeczy ostatecznych – wykraczająca poza świat fenomenów materialnych, jednorazowych, podlegających przemijaniu. Świadomość dziejowa, osadzona w historii, ale niejako od niej abstrahująca, zdolna dostrzec w pozornym chaosie wydarzeń porządek wyższy.
Czy tego rodzaju świadomość – w momencie aresztowania i potem, w dniach śledztwa, wreszcie zaś w chwili przedśmiertnej – była dana samemu Stefanowi Starzyńskiemu? Gest opuszczenia głowy przez prezydenta wychodzącego ze swojego gabinetu w asyście gestapowców Regulski odczytał właśnie tak – jako znak pokory człowieka wybierającego śmierć, wypowiadającego końcowe, fundamentalne „tak”, doświadczającego na sobie barbarzyńskiej przemocy, ale jej nieulegającego. W scenie aresztowania Starzyński jawi się jako idealne wcielenie tej wielkości, o której pisał Norwid: „Wielkim jest człowiek, któremu wystarczy/Pochylić czoła,/Żeby bez włóczni w ręku i bez tarczy/Zwyciężył zgoła!//Niższym się stawszy, on Zawiść poniża,/A Zawiść w czwały/Leci i czepia mu znamiona krzyża,/Wołając: »Mały!«”.
Kroki prezydenta jeszcze słychać na schodach. Starzyński znika ze sceny życia, zapada się w ciemność. Przez szybę samochodu jadącego na Szucha ogląda powrześniową stolicę, którą jeden z jego współpracowników, Aleksander Ivánka, porówna do ludzkiej postaci po bójce – „posiniaczon[ej], w porwanym odzieniu”. W głowie przewija mu się film z przeszłości – sceny, sekwencje, ujęcia panoramiczne i niespodziewane zbliżenia, ujawniające wagę przeoczonego niegdyś szczegółu. Widzi siebie samego pochylonego nad makietą „Warszawy jutra”, wizytującego place budów, rozprawiającego o przyszłej olimpiadzie na Siekierkach, w przebraniu robociarza przechadzającego się między mieszkańcami Woli.
Jeszcze raz przygląda się scenie zaprzysiężenia nowych członków Zakonu Dobra i Honoru Polski, organizacji założonej przez byłych legionistów Piłsudskiego, pragnących przyczyniać się do wzrostu odrodzonej ojczyzny własną wytężoną pracą, opartą na zasadach honoru, bezinteresowności i odpowiedzialności. Ktoś odczytuje fragmenty tekstów Norwida i Słowackiego, kandydat zaś kładzie dłoń na krzyżu Virtuti Militari i powtarza słowa przysięgi.
Na koniec objawia się Starzyńskiemu stolica z pierwszych tygodni wojny. Przez płomienie i dym pogorzelisk dostrzega ludzkie postacie uwijające się pośród gruzów – gaszące pożary, odkopujące rannych, grzebiące zmarłych. Miasto jest niczym mrowisko, w które uderzył ciężki but Wandala.
W uszach prezydenta dźwięczą frazy ostatniego przemówienia radiowego. Wygłosił je 23 września, tuż po zagranym na żywo recitalu chopinowskim Władysława Szpilmana. Wśród huku upadających bomb i pocisków artyleryjskich mówił: „Chciałem, by Warszawa była wielka. Wierzyłem, że wielką będzie. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany, robiliśmy szkice wielkiej Warszawy przyszłości. I Warszawa jest wielka. Prędzej to nastąpiło, niż przypuszczaliśmy. Nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś widzę wielką Warszawę. Gdy teraz do Was mówię, widzę ją przez okna w całej wielkości i chwale, otoczoną kłębami dymu, rozczerwienioną płomieniami ognia, wspaniałą, niezniszczalną, wielką, walczącą Warszawę. I choć tam, gdzie miały być wspaniałe sierocińce – gruzy leżą, choć tam, gdzie miały być parki – dziś są barykady gęsto trupami pokryte, choć płoną nasze biblioteki, choć palą się szpitale – nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś Warszawa broniąca honoru Polski jest u szczytu swej wielkości i chwały”.
Więzień specjalnego znaczenia
Nazajutrz po aresztowaniu funkcjonariusze gestapo przeszukali Biuro Prasowe Zarządu Miasta. Pytali o teksty radiowych przemówień Starzyńskiego i wywiadów, których udzielił prasie we wrześniu. Tych samych materiałów poszukiwano wcześniej w siedzibie warszawskiej rozgłośni przy ul. Zielnej. Inż. Jan Pilecki, odpowiedzialny za nagranie wystąpień prezydenta, stał się obiektem trwałego zainteresowania niemieckich służb bezpieczeństwa.
30 października zjawił się w sali posiedzeń warszawskiego magistratu jeden z pracowników więzienia przy ul. Daniłowiczowskiej. Wręczył Stanisławowi Lorentzowi karteczkę od Starzyńskiego. Prezydent pisał, o jakie osoby pytano go w trakcie śledztwa, i prosił, by je o tym fakcie poinformować. Domagał się także przesłania słownika niemiecko-polskiego.
Z Daniłowiczowskiej przewieziono Starzyńskiego do aresztu przy ul. Rakowieckiej, następnie zaś na Pawiak, gdzie nawiązała z nim kontakt Irena Wirszyłło, pracownica służby więziennej. To ona przekazała mu wiadomość o planie zorganizowania jego ucieczki. Przeszkolono grupę osób, które miały przeprowadzić akcję oraz zapewnić Starzyńskiemu schronienie. Kiedy wszystko było zapięte na ostatni guzik, prezydent odmówił – nie chciał narażać bezpieczeństwa polskich strażników zatrudnionych na Pawiaku.
Dysponujemy dwiema relacjami dotyczącymi losów Stefana Starzyńskiego w więzieniu między ulicami Dzielną i Pawią. Janina Kozakówna wspominała, że przed celą prezydenta Warszawy wciąż stała warta. W grudniu więzień miał być wyprowadzany na zewnątrz i miał pomagać w odśnieżaniu. Autorem drugiej relacji jest Jan Gebethner, we wrześniu zastępca komendanta warszawskiej Straży Obywatelskiej, aresztowany przez Niemców i przetrzymywany na Pawiaku w tym samym czasie co Starzyński: „Pewnego dnia dowiedziałem się od strażników [...], iż jedną z cel szykują dla jakiegoś specjalnego więźnia. Miał on być przewieziony w tajemnicy, aby nikt nie wiedział, kto to jest. Na drugi dzień gruchnęła wieść, że przywieźli jakoby Starzyńskiego. Z mojej celi okno wychodziło na podwórze więzienne i gdy dostałem tak zwany »cynk«, iż ten tajemniczy więzień odbywa codzienny spacer po podwórzu, wyjrzałem przez okno i poznałem, że to Starzyński. I wtedy widziałem go po raz ostatni. W parę dni potem wywieziono go z Pawiaka”.
Co mówi mit
Nie udało się ustalić, dokąd został wywieziony. W latach wojny i bezpośrednio po jej zakończeniu w obiegu społecznym funkcjonowało kilka równoległych opowieści o ostatnich dniach prezydenta. Zweryfikowano je w trakcie śledztwa przeprowadzonego przez prokuratorów Instytutu Pamięci Narodowej, którego rezultaty ogłoszono we wrześniu 2014 r. Z komunikatu wydanego przez Naczelnika Okręgowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie można było się dowiedzieć, że „do zabójstwa przez rozstrzelanie Prezydenta m.st. Warszawy Stefana Starzyńskiego doszło w okresie pomiędzy 21 a 23grudnia 1939 r. w Warszawie lub w jej okolicach. Zbrodni dokonali funkcjonariusze gestapo oberscharführer Hermann Schimmann, hauptscharführer Weber i unterscharführer Perlbach. Nie zdołano natomiast w sposób jednoznaczny ustalić funkcjonariuszy niemieckiego państwa okupacyjnego, którzy wydali rozkaz zabójstwa Stefana Starzyńskiego”. Czy sucha sentencja urzędowego komunikatu może jednak usatysfakcjonować kogoś, kto próbuje pojąć i ogarnąć wyobraźnią dwudziestowieczną historię Polski? Nie sądzę.
Z ust afatyka dobywają się trzy obco brzmiące słowa: „Schimmann”, „Weber”, „Perlbach”. I jeszcze: „nie zdołano ustalić”, „brak pewności co do”, „nie wiadomo”. Następnie zapada głucha cisza. W tej ciszy tkwi bohater wspólnotowej mitologii, człowiek prawdziwy, z krwi i kości, a zarazem postać z krainy idei. Ktoś, kto zniknął – a jest obecny. Umarły, który żyje.
Każdy prawdziwy mit ma swoje odmiany. Tak samo ważne. W równym stopniu rzeczywiste.
Prezydent Starzyński siedzi na Daniłowiczowskiej, na Pawiaku, w celi bunkra 13/14 w obozie koncentracyjnym Dachau. Prezydent Starzyński słucha swoich przemówień, ginie od kul Schimmanna, Webera i Perlbacha w parku natolińskim, umiera z głodu w więzieniu Spandau, ginie śmiercią męczeńską w Baalberge i we Flossenburgu. Prezydent Starzyński puszcza nam audycje z września 1939 r. i prosi, błaga, byśmy przyjęli do wiadomości i wykonali. Nie zatykajcie uszu – krzyczy. Ogłasza: kupuję wszystkie megafony.
Trzeba, by słowa wypowiedziane przed mikrofonem, wśród detonacji i syku płomieni, dotarły do wszystkich, by wryły się w pamięć, by wskazały drogę. Bo przestrojono nasze rozgłośnie, skonfiskowano radioodbiorniki, zdemontowano megafony, rozwiązano zakony honoru i dobra.
Nie straćcie jej, nie straćcie Polski, brońcie jej do końca, do ostatniego tchnienia – szepcze Prezydent Starzyński.
Umarły, który żyje. Ktoś, kto zniknął, a jest obecny.