Starzyński. Śmierć i nieśmiertelność (4)
W 1935 r. Stefan Starzyński odwiedził Brukselę. Spotkał się wtedy z legendarnym burmistrzem tego miasta Adolfem Maksem.
Jej treść, w niezwykły sposób korespondującą z późniejszymi wypadkami historycznymi, przytacza w swojej relacji z tamtego spotkania Jarosław Iwaszkiewicz, który służył Starzyńskiemu jako tłumacz: „»Cieszę się – mówił mniej więcej Starzyński – i ogromną jest dla mnie radością, że mogę poznać człowieka, który dał przykład bohaterskiego oporu wobec brutalnego najeźdźcy...«. Na co Max z uśmiechem odpowiedział: »Mam nadzieję, że pan nie będzie potrzebował nigdy brać ze mnie przykładu...«”.
We wrześniu 1939 r. burmistrz Brukseli przekazał na ręce przedstawiciela polskiego rządu list adresowany do prezydenta Warszawy. Była w nim mowa o bohaterstwie obrońców i „teutońskich hordach”. W odpowiedzi Starzyński napisał: „Szczęśliwy jestem, że mogę reprezentować ludność, dla bohaterstwa której brak mi słów. Znany całemu światu heroizm Pana […] w czasie najazdu niemieckiego na Belgię w dniach Wielkiej Wojny oraz hart mieszkańców Belgii w tym czasie znajdują swoich następców wśród obywateli naszego, do niedawna uroczego i pięknego miasta”. Opisywał zniszczenia, mówił o bombardowaniu budynków oznaczonych znakiem Czerwonego Krzyża i deklarował, że Warszawa nie ulegnie: „Kalkulacja Niemców, oparta na przypuszczeniu, że to złamie naszego ducha, nie bierze pod uwagę jednego, co jest silniejsze ponad wszystko – a mianowicie miłości Ojczyzny”.
Wojna słów
Codzienne przemówienia prezydenta Warszawy były słuchane w całej Europie. Robert St. John, korespondent Associated Press w Budapeszcie, prędko zwrócił na nie uwagę. Po polsku nie rozumiał ani słowa, zorganizował więc nasłuch i zatrudnił tłumacza. W niektóre wrześniowe dni o sytuacji oblężonej stolicy więcej mówił jednak ton głosu Starzyńskiego niż sama treść komunikatów: „Zawsze starał się być pewny siebie, pełen optymizmu – ale mikrofon to czuły instrument. […] Miał niezwykłe wyczucie dziennikarskie i jego kilka wystąpień dawało nam pełny obraz sytuacji, jakby tam, na miejscu, siedziało z pół tuzina naszych reporterów”.
By dobrze pojąć znaczenie audycji z udziałem Stefana Starzyńskiego, trzeba zdać sobie sprawę, że w roku 1939 radio było jedynym medium, którego aktywności nie były w stanie – przynajmniej do czasu – powstrzymać operacje militarne. Głos człowieka przed mikrofonem płynął ponad barykadami i zasiekami, mijał szeregi nieprzyjacielskiej piechoty, oddziały artylerii, eskadry bombowców startujących z zajętych przez Niemców lotnisk, frunął nad przydrożnymi rowami pełnymi ludzkich i końskich trupów, nad zatłoczonymi drogami donikąd, nad miasteczkami i wsiami, w których władzę objął już naród panów, Herrenvolk. Głos – zachrypnięty baryton śmiesznego polskiego idealisty – forsował granice, unieważniał blokady, niweczył śmiercionośną ciszę.
Należało wydać mu walkę. Słowu płynącemu z wnętrza mitu przeciwstawić inne słowo, wiele słów. Zagadać je, zagłuszyć, przykryć falą zdań wielokrotnie złożonych, obmyślonych i zatwierdzonych gdzieś w Berlinie, udających zdania polskie, podszywających się pod polską składnię, markujące polską myśl.
„Dzienniki” Goebbelsa, zapisek z 9 września: „Wieczorem przestrajamy rozgłośnię Deutschlandsender na fale rozgłośni warszawskiej i w ten sposób możemy zwracać się do narodu polskiego. Wiele odezw i wiadomości. To wszystko oddziałuje dobrze mocno”. 11 września: „Nadajemy intensywnie na falach warszawskiego radia. Polacy są systematycznie nękani”. 12 września: „Toczy się wojna w eterze. Weszliśmy z naszym programem na częstotliwość niektórych rozgłośni polskich. Teraz w Polsce nikt nie wie, co jest autentycznie polskie, a co nie. To nam może wyjść jedynie na dobre. W ten sposób szerzymy jeszcze większą panikę. Potem każę zarządzić kilkugodzinną przerwę, aby wzmóc niepewność. W każdym razie Polacy nie zaznają już spokoju”.
Kupuję wszystkie megafony
Gdy kłamstwo robi się gadatliwe, prawda nie może milczeć. Człowiek poddany próbie, wytrącony z semantycznej równowagi, musi dostrzegać w przestrzeni punkty orientacyjne – inaczej zagubi się bezpowrotnie, utonie we mgle sprzecznych pojęć, nawzajem wykluczających się relacji, podmiotów i orzeczeń służących odmiennym porządkom. Słowa oderwane od znaczeń spętają jego myśli i powiodą go w ciemność.
Wiedział o tym Stefan Starzyński, wiedziały osoby odpowiedzialne za informacyjną działalność warszawskiej rozgłośni. Robiono więc wszystko, by przekaz radiowy dotarł do jak największej liczby osób. 12 września prezydent mówił do mikrofonu: „Olbrzymim dla nas, obywateli, szczęściem jest, że pracownicy radia tak ofiarnie pracują i że mamy możność tego kontaktu, bo przecież to żywe słowo, ten bezpośredni kontakt z miejsca, gdzie zbierają się nici życia, gdzie zbierają się informacje wszystkie – jakże ważkim jest czynnikiem, jakże ułatwia na pewno wszystkim przetrwanie, jakże dopomaga do organizacji, do spełnienia obowiązku”. I wzywał: „Zwracam się do wszystkich posiadaczy zbędnych aparatów radiowych, aby zgłosili mi niezwłocznie do zarządu miasta, do lokalu komisarza cywilnego, aby zgłosili mi niezwłocznie liczbę aparatów radiowych, jakie posiadają, albowiem te, które są w sklepach, ja je w tej chwili, ogłaszając to przez radio – kupuję. A wszystkich obywateli, którzy posiadają nie dla handlu, ale mają zbędne aparaty, proszę, aby mi je niezwłocznie zgłosili, abym mógł je dostarczyć do szpitali, gdzie chorzy i ranni bez wiadomości, słysząc strzały, muszą czuć się gorzej aniżeli my, zdrowi, którzy mamy możność poruszać się. Aby wszędzie, gdzie to słowo jest potrzebne, mogło ono dotrzeć.
Toteż zwracam się jeszcze raz do wszystkich sklepów, aby mi natychmiast zgłosiły, bo ja wszystkie aparaty kupuję, a jednocześnie do obywateli, aby zbędne aparaty mi zgłaszali i ofiarowywali, abym mógł nimi dysponować i całe miasto zaopatrzyć. Jednocześnie do firm odpowiednich się zwracam, aby mi niezwłocznie dostarczały wszystkie megafony, jakie tylko posiadają, albowiem je również kupuję i wypłacę gotówką za dostarczone aparaty. Te megafony są mi potrzebne, aby słowo żywe z radia biegnące dotarło do wszystkich krańców miasta, dotarło tam, gdzie żołnierz na posterunku trwa, aby on słyszał dokładnie, co tu się dzieje, co tu się mówi, jaka jest postawa ludności, aby wiedział, że walczy nie za jakichś tchórzy, ale że walczy za miasto, które samodzielnie trwa na posterunku, że walczy za tych warszawiaków, którzy są spadkobiercami Kilińskich czy Sierakowskich, którzy są spadkobiercami bohaterów Powstania Listopadowego, Styczniowego, 1905 czy 1914 r.”.
Communio
Czy to rzeczywiście aż tak ważne – by „żywe słowo dotarło „do najdalszych krańców, by ludzie „słyszeli dokładnie, co tu się dzieje, co tu się mówi”?
Wspólnota nie istnieje, jeśli jej członkowie nie kontaktują się ze sobą, jeśli nie dochodzi między nimi do komunikacji. Zakres znaczeniowy rzeczownika „communicatio”, pochodzącego od czasownika „communicare”, jest dość szeroki: dzielenie się czymś z kimś, dopuszczanie kogoś do udziału w czymś, udzielanie komuś czegoś, wzajemna wymiana, udział w czymś, związek, łączność, obcowanie.
Dążenie do pogłębienia komunikacji, do zadzierzgnięcia relacji bliższych niż dotychczasowe, do utrzymania łączności to naturalna reakcja na działanie służące innym celom – destrukcji, dezorganizacji, dekompozycji. Rozpoczynając we wrześniu 1939 r. wojnę przeciwko Rzeczypospolitej, a w kolejnych latach konsekwentnie i metodycznie realizując akcję likwidacji polskiej elity, Niemcy i Sowieci próbowali ostatecznie zlikwidować narodową „communionem” Polaków – chcieli zerwać łączność między komórkami tego zbiorowego organizmu, rozbić jego jedność, unieważnić integralność. W rozproszeniu Polacy pozostaliby na zawsze narodem niewolników. Przemawiając przez radio, Stefan Starzyński przeciwdziałał dezintegracyjnej strategii agresora, wołał o jedność, przyczyniał się do jej utwierdzenia i ocalenia.