Starzyński. Śmierć i nieśmiertelność (3)
Gdyby w ostatnich dniach sierpnia 1939 r. poprosić warszawiaków, aby scharakteryzowali prezydenta swojego miasta, ani słowem nie wspomnieliby o jego talentach oratorskich.
Na stanowisko komisarycznego prezydenta miasta stołecznego Warszawy został powołany 31 lipca 1934 r. Atmosfera, w jakiej obejmował urząd, nie była najlepsza. Nie został wybrany w głosowaniu powszechnym – jego nominacja miała charakter polityczny i była efektem zabiegów omijających mechanizmy demokratyczne. Władzy centralnej zależało na odzyskaniu wpływu na rządy w stolicy.
Modernizator stolicy
Nowy prezydent musiał się zmierzyć z wieloma wyzwaniami. Chodziło przede wszystkim o zrównoważenie budżetu miejskiego oraz o podniesienie funkcjonalności i wydajności stołecznych instytucji. W ciągu pięciu lat sprawowania swojej funkcji Starzyński poradził sobie z dużą częścią administracyjnych i finansowych problemów – uzdrowił budżet i wdrożył wiele nowych inwestycji.
Jak wylicza Stanisław Różański, w trakcie przedwojennego pięciolecia zbudowano w Warszawie 42 km nowych linii tramwajowych, 82 km kanałów, 148 km przewodów gazowych, 78 700 izb mieszkalnych, położono 1 297 000 mkw. nawierzchni (195 ulic), założono 58 ha nowych parków. Efektem aktywności Starzyńskiego było także rozpoczęcie prac, mających na celu gruntowną poprawę warunków komunikacyjnych. „Do zrealizowanych należy zaliczyć: poszerzenie, przebudowę i unowocześnienie arterii wylotowych […], budowę ważnych nowych odcinków arterii […], zapoczątkowanie budowy […] dwupoziomowych kamiennych bulwarów nad Wisłą. Daleko posunięte projekty precyzowały budowę nowego mostu na ul. Karowej, stworzenie nowego połączenia W-Z oraz budowę linii metra o kierunku N-S)”. W przedstawionym 13 lutego 1939 r. planie inwestycyjnym na lata 1939–1944 mowa była m.in. o wzniesieniu Dzielnicy Reprezentacyjnej Marszałka Piłsudskiego, przystąpieniu do organizacji Wystawy Powszechnej z okazji 25-lecia niepodległości oraz o budowie Dzielnicy Sportowej na Siekierkach, której tory, ringi, korty i stadiony miały się stać w przyszłości terenem zmagań olimpijskich.
Defensor Poloniae
Wybuch wojny unieważnił te zamierzenia, diametralnie zmienił także sytuację samego Starzyńskiego. Ewakuacja instytucji centralnych, z rządem Rzeczypospolitej na czele, sprawiła, że prezydent stolicy, w pośpiechu organizujący nowe struktury administracyjne, nieoczekiwanie stał się najwyższym przedstawicielem władzy. „Zostaję na gospodarstwie” – informował przez telefon premiera Składkowskiego. Kiedy mówił „gospodarstwo”, miał na myśli Warszawę. Prędko okazało się jednak, że – wbrew kalkulacjom i oczekiwaniom – stolica będzie najważniejszym, symbolicznym punktem obrony polskiej państwowości. Trzeba było utrzymać ją jak najdłużej, aż do momentu, gdy Anglia i Francja rozpoczną działania militarne przeciwko III Rzeszy. Tego rodzaju dyspozycji udzielił generałowi Juliuszowi Rómmlowi marszałek Śmigły-Rydz, piszący w liście z 8 września: „Biją nas ogromną przewagą, przede wszystkim techniczną. Jednak bić się musimy, by jak najdłużej przeciągnąć. Innej rady nie ma. Wojna w końcu będzie się decydowała na zachodnim froncie i ja wierzę głęboko, że zakończy się zwycięsko. Panie Generale! Pan obejmie dowództwo Warszawy, w której trzeba się bronić, jak długo starczy amunicji i żywności, aby jak najwięcej sił nieprzyjaciela ściągnąć na Warszawę. Ufam Panu Generałowi, że Pan dobrze wypełni ten historyczny obowiązek bronić się na skraju miasta naokoło od zachodu i wschodu”.
Owa obrona aż do wyczerpania zapasów amunicji i żywności byłaby trudna do pomyślenia, gdyby ludność Warszawy nie stanowiła jedności z wojskiem, gdyby nie udzieliła mu pełnego wsparcia organizacyjnego, aprowizacyjnego i – last but not least – emocjonalno-mentalnego. Jedność tę stworzył i ugruntował prezydent, a następnie cywilny komisarz przy Dowództwie Obrony Warszawy Stefan Starzyński, o którym jeden z jego zastępców powie, że „pełen wiary w swą prawdę wewnętrzną, działał jak żywioł”, że „niezachwianie oddany sprawie narodowej, wszczepiał nadzieję wątpiącym”, że „przyszłość Polski [uznawał] za miarę wszystkiego” i „porywał społeczeństwo warszawskie ze sobą”.
Mit prawdziwy i mit fałszywy
Historię wszelkich zbiorowości ludzkich, także wspólnot narodowych, konstytuują mity. Jest wiele odmian mitów, jednak podstawowe rozróżnienie, jakie można by w tej materii wprowadzić, opierałoby się, jak sądzę, na oddzieleniu „mitów prawdziwych” od „mitów fałszywych”.
Czym jest „mit prawdziwy”? To opowieść, której kanwę stanowią rzeczywiste wydarzenia, czyli czyny i słowa, które zaistniały w przestrzeni i czasie, i tak mocno zespoliły się z historią, że zostały przez ogół uznane za jej naturalną, niepodlegającą zmianom tkankę, za najgłębszy rdzeń samego „dziania się”. „Mit fałszywy” rozmija się z rzeczywistością, choć uchodzi za jej wierny obraz – jego materią jest opowieść obejmująca tylko wybrane aspekty „dziania się”, a milczeniem pomijająca to wszystko, co kłóci się z wytworem zbiorowej imaginacji. Liczne znamiona „mitu fałszywego” posiada narracja o roli Lecha Wałęsy w obaleniu komunizmu. „Mitem prawdziwym” jest opowieść o ostatnich miesiącach życia Stefana Starzyńskiego.
Postać mityczna zajmuje trwałe miejsce w pamięci swoich współczesnych, mości się w ich wyobraźni, podporządkowuje sobie ich emocje i uczucia, staje się punktem odniesienia, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Jest obecna zarazem w czasie i poza czasem. Trwa nawet wtedy, gdy już zejdzie z dziejowej sceny.
Obecność prezydenta oblężonej Warszawy w teraźniejszości tamtego września i w długotrwałej pamięci o dniach walki z Niemcami miała (i ma) kilka istotnych podstaw. Pierwszą z nich był faktyczny wpływ Starzyńskiego na bieg stołecznych spraw, szczególnie w czasie, gdy miasto opuścili już najwyżsi urzędnicy państwowi. O wpływie tym mieszkańcy stolicy mogli się przekonać, ilekroć stykali się z rezultatami celowego, sensownego, dobrze zorganizowanego – mimo piętrzących się przeszkód – działania komórek życia zbiorowego, takich jak Straż Obywatelska, Obrona Przeciwlotnicza, Straż Ogniowa, a także szpitale, restauracje, sklepy etc. Drugim ze źródeł pamięci o Starzyńskim było doświadczenie przez warszawiaków jego fizycznej obecności w wielu punktach bombardowanego, płonącego, obracanego w perzynę miasta – doświadczenie owo znalazło wyraz w licznych relacjach o swoistej „wszechobecności” prezydenta, który wciąż wizytował, przeprowadzał inspekcje, odbierał raporty, rozmawiał z obrońcami i ludnością. Za trzeci, bodaj najistotniejszy, czynnik mitotwórczy należy uznać radiowe przemówienia Starzyńskiego, wygłaszane co najmniej raz dziennie od 7 do 23 września (w tym dniu niemieccy lotnicy zniszczyli miejską elektrownię i radio zamilkło).
„Serce Warszawy”
Trudno znaleźć wspomnienie z oblężenia Warszawy, w którym nie byłoby ustępu poświęconego audycjom z udziałem prezydenta. Jego zachrypnięty głos, raz spokojny, innym razem wznoszący się aż do krzyku, głęboko wrył się w pamięć uczestników tamtych wydarzeń. „Wieczorne słuchanie Starzyńskiego, gdy przemawia przez radio, nabiera dla nas znaczenia uroczystości” – notowała Halina Regulska. – Stał się dla nas, ludności cywilnej, symbolem obrony Warszawy, a obrona Warszawy jest symbolem obrony całego narodu przed najazdem Niemców. […] prostymi słowami trafia wprost do naszych serc. Jest wyrazicielem naszych uczuć, jest rzecznikiem męki i honoru Warszawy. Nastąpiło jakieś duchowe scalenie się Starzyńskiego z mieszkańcami stolicy. […] uderzył w struny najszczytniejszego patriotyzmu i dlatego mieszkańcy Warszawy odpowiedzieli mu takim zaufaniem i wiarą w niego. Dla ludności […] stał się kimś bardzo wielkim, stał się sercem Warszawy – osią naszego życia”.
Pułkownik Tadeusz Tomaszewski, szef sztabu w Dowództwie Obrony Warszawy, pisał w swoim pamiętniku: „Nigdzie objawów paniki, niechęci, załamania, nigdzie słów protestu, słów zwątpienia czy skargi. Jakby coś stężało w narodzie warszawskim, jakby zakrzepło, zastygło w jednej namiętności: Nie dać Warszawy! W drugim okresie obrony, aż do kapitulacji, nie zanotowałem ani jednego wypadku, ani nawet przebłysku czegoś przeciwnego, a małodusznego czy zbrodniczego. Warszawa walczyła w pierwszym szeregu, Warszawa wierzyła, wpatrzona w spiżową postawę swego prezydenta, posłuszna jego wezwaniom aż do poświęcenia”.
Tomaszewski opowiada m.in. następującą scenę. Pewnej nocy jechał przez centrum miasta. Przed placem Trzech Krzyży szofer zwolnił, by przepuścić kolumnę polskiej piechoty. Nagle nad głowami żołnierzy rozprysły się granaty wystrzelone przez nieprzyjacielską artylerię. Ulica w mgnieniu oka pokryła się trupami i wijącymi się w konwulsjach ciałami rannych. „Wyskakujemy z kierowcą, by coś radzić, pomagać. Jedni usuwają zabitych, układając trupy na skwerze u stóp Trzech Krzyży, inni znoszą rannych, układając ich pod filarami kościoła Św. Aleksandra. Niesiemy wraz z kierowcą młodego, ciężko rannego żołnierza. Ciało jego zwisa bezwładnie. Układamy go pod jednym z filarów, i chociaż się słania, jest przytomny, a z ust jego, słabym, lecz wyraźnym głosem wydobywają się zdumiewające słowa! Nie słowa skargi, żalu czy prośby, nie słowa dla matki biednej, siostry czy kochanki, nie słowa buntu, oskarżenia czy przekleństwa, lecz słowa miłości wielkiej, wielkiego ukochania i poświęcenia: »O Polsko kochana, dla ciebie krew moja płynie«. Po chwili omdlał i nie żył”.