Misterium dla wtajemniczonych czy wyścigi na klawiaturze
Zamiast oceniać ubiegły rok w muzyce klasycznej – co uważam za pomysł wyeksploatowany i nieoryginalny – wolę skupić się na tym, co spotka nas w nowym roku.
Nawet jeśli nie będą to stali bywalcy filharmonii czy przysięgli wielbiciele muzyki Chopina. Czas konkursu bowiem to nie tylko pianistyczne zmagania na estradzie, ale rywalizacja przypominająca atmosferą zawody sportowe. Duża w tym zasługa mediów, nakręcających spiralę zainteresowania. Nierzadko aż po histerię.
Historia konkursu
Warto wszakże przypomnieć, jak wyglądały początki historii konkursu chopinowskiego. Jak pisał pomysłodawca, inicjator i organizator pierwszego konkursu, profesor konserwatorium w Warszawie Jerzy Żurawlew: „Myśl o zorganizowaniu konkursu chopinowskiego powstała w roku 1923. W tym czasie, niezbyt odległym od zakończenia I wojny światowej, młodzież pasjonowała się ogromnie sportem. Sposób jej myślenia i podejścia do życia był na wskroś realistyczny. Często spotykałem się z poglądem, że Chopin jest zbyt romantyczny, roztkliwia duszę i rozbraja psychicznie. Niektórzy uważali nawet, że z tych względów nie należy umieszczać utworów Chopina w programach szkół muzycznych. Wszystkie te przejawy niezrozumienia muzyki Chopina były dla mnie bardzo bolesne”.
Rzeczywiście bowiem nie najlepiej było wówczas z interpretacją muzyki naszego kompozytora. Do głosu doszli niewydarzeni i samozwańczy spadkobiercy „chopinowskiej tradycji”. Uczennice domniemanych uczennic mistrza, przekazujące sobie nawzajem jego ustne wskazówki, dotyczące interpretacji mazurków, polonezów, a nawet – o zgrozo! – sonat. Wszystko to ociekało ckliwym sosem, opierało się na rozwlekłych tempach i w niczym nie przypominało utworów konstruowanych przez Chopina z żelazną konsekwencją i precyzją. Nic więc dziwnego, że trzeba było upomnieć się o prawdę tej muzyki, o – w miarę możliwości – wierny jej obraz i osąd. Tylko kto miałby decydować, jak należy grać utwory Chopina? Pianiści, pedagodzy, a może krytycy muzyczni? Kto będzie w miarę obiektywny? Czy w ogóle można zobiektywizować kryteria oceny poszczególnych interpretacji? Liczne pytania tego typu są aktualne po dziś dzień. Na wstępnych przesłuchaniach i kolejnych etapach słyszymy utyskiwania w rodzaju: „Tak się tego nie gra...”, „Nie rozumie idiomu mazurka...”, „Ten polonez nie ma nic wspólnego z polskim tańcem narodowym...”. I nie są to głosy jurorów, ale słuchaczy usadowionych w fotelach. Bo w Polsce, nie tylko na medycynie, ale i na Chopinie zna się każdy. Toteż od czasu pierwszego konkursu dochodzi do mniej lub bardziej gwałtownych spięć pomiędzy publicznością, krytykami a jury. Największe emocje budzą oceny jury. Publiczność wybiera swoich faworytów, a tu jury nie przepuszcza większości z nich do następnego etapu! Skandal! Atmosferę podsycają komentatorzy radiowi i telewizyjni. Zmieniający, notabene, swoje poglądy zależnie od koniunktury. Wystarczy przypomnieć ostatni konkurs, gdy niektórzy dziennikarze muzyczni podczas relacji telewizyjnych krytykowali grę Julianny Awdiejewej, posuwając się do sugestii, że o jej zwycięstwie decydowały pozamerytoryczne względy, a później – w kolejnej relacji – stawali się jej zagorzałymi wielbicielami.
Burzliwe czasy
Trudno także publiczności zachować obiektywizm. Stali (i w miarę starzy) obserwatorzy konkursów pamiętają zapewne skandal związany z Michelem Blockiem, a ściśle rzecz biorąc z nieuznaniem jego gry przez jury. A przypomnijmy, że w jury zasiadali wówczas między innymi Artur Rubinstein, Witold Małcużyński, Mieczysław Horszowski czy Nadia Boulanger. Melomani uznali, że to niedopuszczalne! Sytuację uratował Rubinstein, fundując Blockowi swoją osobistą nagrodę specjalną. Warszawska ulica zareagowała także w sposób specjalny. Pojawiła się plotka powtarzana przez wszystkich „wiedzących na pewno”, że Block to nieślubny syn Rubinsteina. Rzeczywiście można było dopatrzeć się pewnego podobieństwa... Inna sprawa, że wówczas, czyli w 1960 r., wygrał nie byle kto, bo sam Maurizio Pollini! Nie był to zresztą pierwszy skandal na linii publiczność–jury. W czasie III Konkursu w 1937 r. spodziewanej przez melomanów nagrody nie otrzymała Japonka Chieko Hara. I wówczas po raz pierwszy sytuację uratował fundator prywatnej nagrody. Najbardziej wszakże pamiętnym skandalem był ten w 1980 r. w czasie X Konkursu Chopinowskiego, gdy do finału nie wszedł Ivo Pogorelić. Już w 1955 r. Adam Harasiewicz wzbudzał westchnienia młodych panienek, ale Pogorelić we wzorzystym bolerku, przerzucający z policzka do policzka gumę do żucia, w niedbałej pozie, ale przede wszystkim grający tak jak nikt dotychczas nie grał Chopina, wzbudzał u młodych słuchaczy prawdziwy entuzjazm. A szacownemu jury nie przypadł do gustu... Ściśle rzecz biorąc większości jury, bo Martha Argerich i Nikita Magaloff na znak protestu opuścili z hukiem medialnym Warszawę. Oj, były to czasy! Czasy, gdy pękały szyby w drzwiach do Filharmonii Narodowej pod naporem tłumów usiłujących dostać się – nie na finały! Na przesłuchania! Argerich i Magaloff to była wówczas czołówka pianistyczna, kto zatem zadecydował, że niezwykłe, choć zgodne przecież z zapisem nutowym, acz kontrowersyjne interpretacje reprezentanta Jugosławii, nie są godne finału? Zasłużeni pedagodzy czy przebrzmiałe już wówczas sławy pianistyki? Jan Weber postulował kiedyś, aby jury składało się z czwórki najwybitniejszych, koncertujących pianistów. Ich stać by było na „subiektywny obiektywizm”... Ale czy to dobry pomysł? Wątpię, aby zdecydowano się zaryzykować wymianę wieloosobowego składu sędziowskiego na czwórkę indywidualności z ewentualnie jeszcze jedną osobą jako przewodniczącym. Już wyobrażam sobie te Reytanowskie gesty po każdym głosowaniu. Nie, to nie zda egzaminu, jak nie zdał go pomysł z jury za kotarą, znany z pierwszego po wojnie Konkursu w Teatrze Roma. Tyle tylko, że mój wewnętrzny protest budzi punkt regulaminu mówiący o nieomylności jury. Ale może to niedoskonałość charakteru...
Kulturyści klawiszy
Jakkolwiek by było, na konkurs czeka się pięć lat. I jak zawsze będą emocje sięgające zenitu. I oby tak było też tym razem. Do konkursowych zmagań zgłosiło się aż 352 młodych pianistów z 45 krajów. W tym 88 Japończyków, 77 Chińczyków, 56 (!) Polaków, 47 Koreańczyków, 35 Rosjan i 34 Amerykanów. Niewielu startuje za to Niemców, Austriaków, Francuzów czy Czechów (?). Nie ma ani jednego Słowaka, za to są przedstawiciele egzotycznych krajów, takich jak chociażby Zimbabwe. W konkursie weźmie udział aż 24 pianistów, którzy będą powtórnie starali się o wygraną. Parytet nie zostanie dotrzymany, bowiem wśród uczestników jest tylko 199 kobiet i aż 253 mężczyzn. Niewiele to, prawdę powiedziawszy znaczy, bo i tak do końca kwietniowych eliminacji przejdzie zaledwie 160 osób, a w samym konkursie weźmie udział tylko 80 pianistów.
I czy w ogóle warto się tak starać? Przechodzić eliminacje, kolejne etapy i finał? W 1926 r. belgijski muzykolog Ernest Closson poczynił doświadczenia nad siłą potrzebną do wykonania utworów muzycznych. Klawisz fortepianowy wydaje dźwięk pod naciskiem 100–120 gramów. Beethovenowska „Apassionata” zawiera 12,220 nut, czyli wymaga siły równej 977 kg. Przeciętny dwugodzinny recital to około 5000 kilogramów!
Warto tak się męczyć?