Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
11.01.2015 12:38

Starzyński. Śmierć i nieśmiertelność (2)

Radio organizuje się od nowa. Nie ma już do dyspozycji nadajnika w Raszynie, wciąż funkcjonuje jednak radiostacja Warszawa II.

Radio organizuje się od nowa. Nie ma już do dyspozycji nadajnika w Raszynie, wciąż funkcjonuje jednak radiostacja Warszawa II. Co prawda, dyrektor naczelny polecił zamknąć gmach przy ulicy Zielnej i rozpuścić do domów wszystkich pracowników, którzy nie opuścili stolicy w konwoju ewakuacyjnym – znaleźli się jednak tacy, którzy uznali, że właśnie teraz bardziej są potrzebni niż w czasach pokoju.
 
Przewodził im Edmund Rudnicki, dotychczasowy szef wydziału muzycznego. Rankiem 7 września wrócił z grupą współpracowników do siedziby rozgłośni i uruchomił nadajnik. Wyemitowano audycje przygotowane w ciągu kilku poprzednich dni i rozpoczęto regularne nadawanie programu wojennego – m.in. informacji z frontu, komunikatów i przemówień osób odpowiedzialnych za organizację obrony Warszawy (przede wszystkim Wacława Lipińskiego i Stefana Starzyńskiego). Fragmenty audycji tłumaczono na języki angielski i francuski, by położenie oblężonych Polaków mogli poznać także słuchacze zagraniczni.

„Granitowa kolumna”

W jaki sposób pojedynczy człowiek może przedostać się do narodowej mitologii? Nie ma na to recepty. Prawie nigdy nie jest to efekt działania zamierzonego, planowanego, kalkulowanego. Rzeczywistość układa się w mit – jednostka może się w nią wpisać lub wydać jej walkę. Postaci mityczne, osobowości, które odciskają własny ślad w historii, które wpływają na przebieg wydarzeń lub narzucają ogółowi metodę ich interpretacji, potrafią dźwigać ciężary nie do udźwignięcia. Zespalają się ze zbiorowością, a zbiorowość zaczyna w nich dostrzegać swoich najwyższych reprezentantów. Mit wciela się w konkretnego człowieka, człowiek ów staje się zaś jego nosicielem. Momentu owego „zespolenia” czy „wcielenia” nikt nie zauważa, dzieje się to niejako automatycznie, jakby zostało zaplanowane przez „siłę wyższą”, przez jakiegoś nadprzyrodzonego „reżysera”, który według tylko sobie znanych reguł przydziela role aktorom dziejowego spektaklu. Ale na to wezwanie jednostka musi odpowiedzieć.
Stefan Starzyński odpowiadał na nie po wielokroć. Pierwszy raz uczynił to tuż po rozpoczęciu wojny, kiedy zjawiwszy się w jednej ze stołecznych redakcji, wysłuchał najświeższych komunikatów Polskiej Agencji Telegraficznej. Relację z tamtego poranka przekazał Kazimierz Pollack: „Prezydent zjawił się zadyszany w pokoju dyżurnego redaktora i bez zbędnych słów zaczął przebiegać oczyma podany mu skrawek papieru z pierwszymi słowami wstrząsającej wieści. Chmura zawisła mu nad czołem. Ale tylko na chwilę. W okna redakcyjne wdzierały się pierwsze słoneczne blaski pięknego dnia polskiej jesieni. I on rozpogodził się. »Będziemy walczyć o Warszawę« – powiedział, przysłaniając, bezwiednie może, dłonią oczy. »Będziemy walczyć do ostatniego tchnienia«. Po tych słowach nastąpił uścisk dłoni. »Jestem do waszych usług. Jestem do usług Warszawy«”. Swój wybór potwierdził w rozmowie z komisarzem rządu, Włodzimierzem Jaroszewiczem, gdy propozycję opuszczenia stolicy skwitował słowami: „Ja dezerterem nie będę” oraz w dniach kapitulacji, kiedy nie skorzystał z możliwości ucieczki do Bukaresztu specjalnym samolotem, który 27 września wylądował na Polu Mokotowskim.

Od chwili podjęcia decyzji Starzyński był bezustannie „do usług” miasta i jego obywateli. Jako cywilny komisarz przy Dowództwie Obrony Warszawy organizował zastępcze służby obywatelskie, nadzorował wszystkie ważniejsze prace, wizytował newralgiczne punkty, udzielał pomocy. Pollack: „W najniebezpieczniejszych momentach, w największym napięciu walk, gdy ziemia dosłownie paliła się pod nogami i pod kołami, gdy zwały muru dla innych stawały się nieprzezwyciężoną przeszkodą, Starzyński wszędzie docierał i wszędzie zachowywał spokój ducha i jasność myśli, męstwo i mądrość, siłę i wiarę”, wyrastając „wśród gruzu na granitową, nieporuszoną kolumnę, która podtrzymywała misterny, acz postrzępiony strop obrony milionowego miasta”.

Starzyński – więzień Dachau

W Konzentrationslager Dachau, „matce” wszystkich niemieckich obozów, zapada zmrok. Z korytarza tzw. bunkra dobiega donośny męski głos. To pracuje głośnik przenośnego gramofonu: „Obywatele, woła mnie robota. Nie mogę zbyt długo przy mikrofonie pozostawać. Tam czekają na mnie. Muszę tam wracać. Więc tylko jeszcze raz zwracam uwagę: zwycięstwo będzie nasze, ale musimy karnością i dyscypliną zwycięstwo to osiągnąć. Musimy ducha naszego wzmacniać, musimy wiarę naszą wzmacniać. Znamy w historii przykłady wieloletnich oblężeń nawet. […] Przypomnijmy sobie te fakty jasne z naszej historii, gdyśmy zwyciężali. […] I my tutaj, pracując normalnie, nie strasząc się huku bomb czy karabinów maszynowych, czy armat. Już wszyscy przyzwyczajeni jesteśmy. Już chyba nie ma tych, co cykorię posiadali? Już takich w Warszawie chyba nie ma? Może się zdarzy pojedyncza jednostka. Ale ogół to są ludzie silni duchem, obywatele prawdziwej Rzeczypospolitej, którzy potrafią na stanowisku swoim wytrwać, którzy się nie boją, nie lękają niczego. I zwartą siłą, mocni duchem, głęboką wiarą, karnością, dyscypliną związani, pracując od rana do świtu […] na każdym posterunku, zamiatając ulice, sprzątając śmiecie – nie ma pracy, która by kogokolwiek hańbiła. Każda praca jest dobra. Niech profesor uniwersytetu zamiata ulice, jak nie może z karabinem bić się. Niech każdy robi to, co w tej chwili jest potrzebne. Bez filozofii, bez rozmyślania, bez indywidualistyki. […] Bo dla nas zwycięstwo, a hańba i pohybel Niemcom! Zwycięstwo jest nasze!”.

Przy biurku ustawionym tuż obok schodów prowadzących do cel więziennych siedzi strażnik. Nic nie rozumie ze słów zarejestrowanych na czarnej płycie. Smaruje masłem pajdę chleba i przysuwa sobie talerz.

„Ale liczyć się musimy z tym, że przecież zapasy – wobec trudności dostaw – maleją i że ta oszczędność w jedzeniu, do której nawoływałem, powinna być jak najbardziej uwzględniana. Konieczność zastosowania powszechnie jednej potrawy. Jedna zupa z kawałkiem mięsa, z ryżem czy z czem można, czy z kaszą, musi stanowić nasz posiłek. Musimy wprowadzić tę jedną potrawę we wszystkich domach. Nawet tam, gdzie zapasy domowe pozwalają na coś więcej, należy tę skromność utrzymać. Należy się liczyć z tym, że przecież nikomu nie będzie przyjemnie siedzieć przy stole i jeść dwie potrawy, jak się dowie, że obok w podziemiu jakiś ewakuowany z głodu umiera. […] Jest część restauracji, które się nie zamknęły, które dostarczają jedzenia – dostarczają jedzenia i tam, gdzie na posterunkach ludzie trwają, jak w radio czy gdzie indziej, dostarczają jedzenia i tym, którzy nie mają żadnego oparcia i do restauracji jedynie trafić mogą. Wzywam, abyście wprowadzili system jednej potrawy, kocioł jeden wspólny. Nie śmie być w Warszawie innego jedzenia dzisiaj, jak jeden wspólny kocioł”.

Strażnik ociera usta wierzchem dłoni, wzdycha z błogością i sięga do kieszeni munduru, skąd wydobywa paczkę papierosów. Słychać trzask zapałki. Siwy dym cierpliwie wędruje w stronę wywietrznika.

„Nikt przecież nie łudził się z nas, aby na wojnie nie było ofiar; nikt z nas nie łudził się, aby nie było bombardowania; nikt z nas się nie łudził, aby bombami miast nie obrzucano. Boć nie mamy do czynienia z rycerskim narodem, boć nie mamy do czynienia z kulturalnym narodem – tylko z barbarzyńcą, który nie zachowuje żadnych praw międzynarodowych, który bombarduje miasto, cywilną ludność, otwarte miasto, który bombarduje ambasady zagraniczne […], który nie liczy się z niczym, niszczy szpitale, uderza specjalnie w bloki robotnicze. To na pewno robotnik polski dobrze sobie zapamięta, że tak jak pierwszej nocy zbombardowano domy robotnicze na Kole, tak i potem na Grochowie, tak potem ciągle. Tak jakby umyślnie – mimo tego, co się mówi w komunikatach niemieckich – bombarduje się ludność robotniczą, bombarduje się ludność cywilną, niewinną, bombarduje się międzynarodowe instytucje, którymi są ambasady i poselstwa. To są metody walki. Ale tego rodzaju metody spotkają się z odprawą. […] Na kule zza płotu to oczywiście nie mamy tej rady, bo tych metod nie stosujemy – bo nie jesteśmy barbarzyńcami”.

Czarna płyta zacina się – igła gramofonu wciąż trafia w to samo miejsce.

Strażnik dogasza papierosa, wstaje, wygładza mundur. Czas zajrzeć do więźnia.

Mężczyzna w celi słania się na nogach. Przez jego głowę płyną obrazy. Myśl uparcie powtarza jedną frazę. Nie jesteśmy barbarzyńcami. Nie jesteśmy barbarzyńcami. Nie jesteśmy barbarzyńcami.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE