Muzyka prowadzona ręką mistrzów
W przeddzień Wigilii, w wieku 86 lat zmarł Jerzy Semkow. Wielki muzyk, dyrygent i Polak. W żadnym z telewizyjnych programów informacyjnych nie znalazła się wzmianka na ten temat.
Jerzy Semkow był nie tylko wybitnym szefem najlepszych zespołów symfonicznych, ale także wychowawcą kilku pokoleń polskich muzyków. Wychowawcą, ponieważ nie tylko prowadził orkiestry symfoniczne, ale także wyjaśniał muzykom wszelkie niuanse interpretacyjne i konteksty, które leżały u źródeł powstania utworów. Był bowiem przede wszystkim wielkim humanistą i erudytą.
Mój przyjaciel, dyrygent i skrzypek Tomasz Radziwonowicz, który w latach 1977–1982 grał w Orkiestrze Symfonicznej Filharmonii Narodowej, wspomina Jerzego Semkowa jako najwybitniejszego dyrygenta, z którym współpracował. Do dzisiaj pamięta każdą jego uwagę. Na próbach panowała cisza i spokój.
Pamięci Mistrza
– Czas płynął tak intensywnie, że żałowałem, iż próba już się kończyła. Graliśmy walca z „Symfonii fantastycznej” Hektora Berlioza i Maestro powiedział: „Proszę Państwa, zagrajcie to po francusku, ale nie w żadnym innym guście…”. Innym razem gdy pracowaliśmy nad II Symfonią Siergieja Rachmaninowa, zwrócił się do nas: „To jest piękna rosyjska muzyka. O Rosji, której już nie ma. Ale nie grajcie tego jak muzyki hollywoodzkiej czy Tekli Bądarzewskiej”.
„Był wykwintny, a maniery miał nienaganne – wspomina Radziwonowicz. – Gdy prowadził próby, wszystko wydawało się łatwe i jasne. Jednocześnie był niezwykle wymagający i drobiazgowy. Pewnego razu, gdy przygotowywał jeden z utworów Gustava Mahlera, przyniósł wszystkie wydania, jakie ukazały się dotychczas i pokazywał koncertmistrzowi różnice i błędy w muzycznej notacji. Był jednym z niewielu dyrygentów, który nie taktował, tylko dyrygował. Był najwyższym kapłanem czyniącym misterium”.
Jerzy Semkow w latach 1946–1951 studiował dyrygenturę w Krakowie u Artura Malawskiego, a następnie w Leningradzie u Jewgienija Mrawińskiego. Był asystentem w Filharmonii Leningradzkiej, a następnie dyrygentem w moskiewskim Teatrze Bolszoj. W latach 1958–1961 był dyrektorem artystycznym, a następnie dyrygentem Opery Narodowej. Później wyjechał na stałe na Zachód. Był między innymi dyrektorem Królewskiej Opery w Kopenhadze, dyrygentem Cleveland Symphony Orchestra, dyrektorem Saint Louis Symphony, Orkiestry Włoskiego Radia i Telewizji RAI oraz Rochester Philharmonic. Regularnie przyjeżdżał do Polski, gdzie koncertował z wieloma zespołami – Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Narodowej, Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach, Sinfonią Varsovią... Nadano mu tytuł doktora honoris causa Akademii Muzycznych w Warszawie i Łodzi. Na stałe mieszkał w Paryżu. Jednym z jego ostatnich dzieł było powołanie orkiestry Sinfonia Iuventus złożonej z najzdolniejszych absolwentów polskich wyższych szkół muzycznych. To wszakże są tylko suche informacje, dające zaledwie znikomą wiedzę o Wielkim Polskim Artyście, który odszedł na zawsze. Zostały co prawda nagrania, ale nie oddają one całej charyzmy, która charakteryzowała Jerzego Semkowa. Na szczęście pozostała pamięć melomanów i współpracowników.
Gorączka brucknerowska
Gdyby nie śmierć Jerzego Semkowa, miałem pisać o ostatnich koncertach innego Wielkiego Polaka – Stanisława Skrowaczewskiego. Na początku grudnia poprowadził on dwukrotnie Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Narodowej i były to dwa wyjątkowe wydarzenia o ogromnej randze artystycznej. W programie usłyszeliśmy dwa utwory. „Passacaglia Immaginaria” autorstwa Skrowaczewskiego i VII Symfonię E-dur Antona Brucknera. Dobór nieprzypadkowy, bowiem obrazował dwa równoległe nurty twórczości Maestro. Kompozytorską – a pierwsze próby tworzenia utworów muzycznych podjął on, mając siedem lat, oraz interpretatorską, gdzie Bruckner odgrywał od początku nadzwyczajną rolę. Warto pamiętać, że Stanisław Skrowaczewski, oprócz nauki w klasie fortepianu i dyrygentury, jednocześnie studiował kompozycję u Romana Palestra, a następnie u „matki kompozytorów współczesnych” Nadii Boulanger w Paryżu. „Passacaglia” powstała w 1995 r. na zamówienie Minnesota Orchestra i jest utworem nieco eklektycznym i wtórnym, ale o pięknym klimacie brzmieniowym i znakomicie rozpisanym na instrumenty. Z Brucknerem wiążą się najwcześniejsze przeżycia muzyczne Skrowaczewskiego.
„Wszystko zaczęło się, gdy miałem siedem lat – wspomina dyrygent. – Usłyszałem wtedy przypadkowo po raz pierwszy muzykę Brucknera. Szedłem ulicą, poza centrum miasta, kiedy z otwartego okna usłyszałem dźwięki. Nie wiedziałem, co to jest – jaki utwór, jaki kompozytor? Stałem pod oknem uderzony muzyką. Ta harmonia, melodia, współbrzmienia – to był szok. Wróciłem do domu w transie. Rodzice zorientowali się, że coś się ze mną dzieje. Zmierzyli mi gorączkę – blisko 40 stopni. W łóżku przeleżałem dwa dni. Majaczyłem, bredziłem. Mój ojciec nie mógł znaleźć przyczyny choroby. Zwołał konsylium. Przyszli dwaj inni lekarze. Oglądali mnie, dyskutowali. A ja cały czas byłem w transie, byłem w niebie, świat dla mnie nie istniał. Potem okazało się, że przez otwarte okno słyszałem »Adagio« z VII Symfonii Brucknera. I od tej pory moja fascynacja Brucknerem trwa”.
Harmonia ciała i ducha
Stanisław Skrowaczewski uważany jest za jednego z najwybitniejszych interpretatorów symfonii Brucknera. Pod jego batutą zespół Filharmonii Narodowej zabrzmiał idealnie. A „Adagio” sprawiło, że czuliśmy się niczym ów siedmioletni chłopiec słuchający fragmentów tej muzyki pod otwartym oknem na lwowskiej ulicy.
Stanisław Skrowaczewski urodził się bowiem 91 lat temu we Lwowie i nadal posiada wszystkie atrybuty przynależne swojej nacji. Urok, bezpośredniość i swoisty honor, polegający na szarmanckim zachowaniu wobec kobiet i trzymaniu się zasad. Gdy niedawno prezydent RP wręczał mu najwyższe odznaczenie cywilne w Belwederze, przez ponad półtorej godziny nie usiadł, przyjmując gratulacje i rozmawiając ze wszystkimi chętnymi. Tak jest po każdym jego koncercie. Nieco tłumaczy tę kondycję to, że każdy dzień Maestro rozpoczyna gimnastyką. Dyrygent Tadeusz Strugała opowiadał mi, że tuż po wojnie, gdy znalazł się w Katowicach, wśród studentów Akademii Muzycznej krążyły opowieści o specjalnym pokoju gimnastycznym w mieszkaniu Stanisława Skrowaczewskiego. Pracowitość, wytrwałość, konsekwencja oto cechy, które prowadzą do sukcesu. To o tym mówił Ignacy Jan Paderewski. Sukces to 1 proc. talentu, 9 proc. szczęścia, a 90 proc. – to ciężka praca.
Stanisław Skrowaczewski – wielki polski dyrygent. Czekamy na przyszłoroczną wizytę w Polsce.
A wszystkim nam życzę w roku 2015 dużo więcej powodu do optymizmu i satysfakcji. I dużo wspaniałej muzyki.