Starzyński. Śmierć i nieśmiertelność (1)
Miał być więziony w niemieckim obozie koncentracyjnym Dachau. Rzekomo przeznaczono dlań specjalny bunkier nr 13/14. Obozowa opowieść głosiła, że w październiku 1943 r.
Sceny te stworzyła zbiorowa wyobraźnia, nic więc nie stoi na przeszkodzenie, by i nam Stefan Starzyński objawił się w taki sposób, w jaki objawił się swoim współczesnym.
Jest wieczór. W długim korytarzu (lamperia w kolorze morskiej zieleni, powyżej nieskazitelna niemiecka biel) płoną żarówki. Dwie lub trzy – tutaj rozrzutność nie jest wskazana. Drzwi celi z wziernikiem i kratką umożliwiającą komunikację z więźniem otwierają się bezgłośnie. Właśnie tak to słyszę – cisza doskonała, milczenie, które przerywa stukot podeszew o podłogę wyłożoną brązowymi płytkami ceramicznymi. Esesman (twarz nijaka, skrywa ją mrok niepamięci), stojący w prostokącie światła wyznaczonym przez drewnianą futrynę, ma podkrążone oczy. Ziewa. Dłubie w uchu. Krótka komenda odbija się od ścian i trafia w ludzką postać zaległą w kącie. Prędka zmiana pozycji embrionalnej na pozycję „baczność”. Major rezerwy Starzyński trzyma się prosto, choć ramiona mu drżą. Zarośnięta twarz. Włosy w nieładzie. Pod lewym okiem rozległy krwiak. – Polnische Wirtschaft. Hans, dawaj gramofon! – słychać.
No, właśnie. Czy w celi zamontowano głośniki? Raczej nie. Oto z głębi korytarza wyłania się postać dźwigająca pudło z przenośnym odtwarzaczem. Kładzie je w otwartych drzwiach i nastawia płytę. Esowate ramię gramofonu unosi się i opada. Płyńcie, słowa, przez duszną przestrzeń korytarza! Upływaj, życie, mijaj, zanikaj! Przybliż się, śmierci litościwa, przybądź i połóż twoje palce na powiekach, opieczętuj język, wygładź blizny po razach. Kręć się, kręć, płyto!
Głos przeciw barbarzyństwu
Pierwsze z radiowych przemówień wygłosił Starzyński 7 września. Mówił o potrzebie powszechnego udziału w obronie miasta, miał jednak na myśli nie tylko gotowość do bezpośredniej walki z wrogiem, ale także każdą aktywność służącą minimalizowaniu strat i zwiększaniu bezpieczeństwa mieszkańców stolicy oraz tysięcy uciekinierów z terenów objętych działaniami wojennymi. Stawiał za przykład kadrę zakładów miejskich – tramwajarzy, strażaków, lekarzy, pracowników elektrowni i gazowni, którzy, jak mówił: „dają […] z siebie wszystko, utrzymując w ruchu życie codzienne”. „Stańcie wszyscy do pracy. W pracy odnajdziecie siebie, spokój i drogi do zwycięstwa. Tą tylko drogą zwyciężymy. Nietrudno jest w dobrych czasach deklamować o swym przywiązaniu do Ojczyzny, o oddawaniu swych sił wspólnej sprawie – trzeba właśnie w czasach dzisiejszych pokazać umiejętność pracy, karności i dyscypliny. […] Z wiarą w zwycięstwo wszyscy spokojnie na posterunki” – nawoływał.
Jak opisać jego głos? W pierwszych przemówieniach jeszcze opanowany, emanujący wewnętrzną siłą, zdolny przywracać równowagę tym, którzy zaczęli wątpić, którzy upadli na duchu. W następnych dniach chrypnący, odbijający najwyższe emocje, choć zarazem trzymający je na wodzy, zagrzewający do wytrwałości i cierpliwości, gromiący opieszałych i lękliwych oraz w sposób jednoznaczny piętnujący niemieckie zbrodnie, konsekwentne łamanie międzynarodowych konwencji, prowadzenie przez wojska najeźdźcze nieznanej cywilizowanym narodom wojny totalnej. Głos budzący zaufanie. Głos dziejowej świadomości doskonale zespolonej z prawdą indywidualnego życia.
10 września Starzyński pytał Janusza Regulskiego, szefa Straży Obywatelskiej, co sądzi on o treści i kształcie mowy wygłoszonej poprzedniego dnia. Regulski audycję pochwalił, zgłosił jednak pewne zastrzeżenia. Zasugerował, by prezydent powstrzymał się od używania „zbyt ostrych, a może i obraźliwych określeń w stosunku do Niemców”. Mówił, że choć są one w pełni uzasadnione, nie wolno zapominać, że Niemcy przemówienia te na pewno rejestrują i mogą później się mścić. Starzyński przyznał rację rozmówcy, ale nie zastosował się do jego rad. 11 września spóźnił się do radia. Był zmęczony i zachrypnięty, ale kiedy zaczął mówić o nocnych bombardowaniach, jego głos wzniósł się, a słowa poczęły siec niczym bicze: „Dzisiejsze pożary nocne na Pradze dały dowód nowej haniebnej działalności narodu niemieckiego – haniebnej, barbarzyńskiej, brutalnej, wstrętnej, obrzydliwej działalności, którą świat cały po wieczne czasy potępi i potępić będzie musiał. I naród niemiecki zniszczyć. Kultura całego świata się zbierze. To nic, że nas tutaj zniszczą, ale naród niemiecki za to zapłaci. Cały świat kulturalny, zespolony dzisiaj przeciwko Hunom, tym współczesnym Hunom, odpowie na to”.
A Hunowie słuchali. Hunowie rejestrowali. Palce barbarzyńskich stenotypistek uderzały w klawisze szrajbmaszyn metodycznie, z kostyczną gracją – by żadna fraza, żadne słowo, pauza, wykrzyknienie nie zostały zapomniane.
Cisza w eterze
W pierwszych dniach września zarządzone zostaje na fali ewakuacji centralnych instytucji państwowych przeniesienie na wschód struktur Polskiego Radia. Kolumna ciężarówek, autobusów i samochodów osobowych ma ruszyć z placu Dąbrowskiego. Wśród przygotowujących się do wyjazdu szczególną uwagę zwraca na siebie sekretarz generalny Polskiego Radia, emerytowany ppłk Zygmunt Karaff-Kraueterkraft, który uwija się wśród tłumu przybrany w mundur, pobrzękując szablą, ostrogami i pełną galą orderów. Ktoś krzyczy do niego ze złością: „Uciekając, mógłby pan przynajmniej te ordery wieźć w walizce”. W grupie dziennikarzy Warszawę opuszczają m.in. dwudziestoośmioletni Czesław Miłosz i starszy odeń o osiem lat Józef Czechowicz, najgłośniejsi w dwudziestoleciu międzywojennym poeci-katastrofiści.
Jeden ze spikerów, Zbigniew Świętochowski, pozostawił szczegółową relację z tamtych dni. „Dyrektor programowy Piotr Górecki wzywa nas do wielkiego studia i przemawia krótko: »Każdy niech robi, co uważa. Sytuacja jest groźna. Możecie opuścić pracę«... [...] Poczułem się opuszczony, zdradzony. Mówię: »Dyrektorze! Warszawa będzie się bronić – musi! – My nie możemy opuścić stanowisk«. Burknął coś. Po zebraniu zaproponowano mi samochód – wyjazd z pl. Dąbrowskiego – może pan zabrać żonę i dziecko”. Świętochowski odmówił. Pojechał do siedziby Prezydium Rady Ministrów, gdzie został przyjęty przez jednego z dyrektorów w gabinecie wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego. Argumentował, że warszawska radiostacja nie może umilknąć, że Polska i świat muszą wiedzieć, co dzieje się w stolicy kraju ogarniętego wojną.
W nocy z 6 na 7 września płk Roman Umiastowski „łka przed mikrofonem” i wzywa mężczyzn do opuszczenia Warszawy. Zbigniew Świętochowski: „To moja straszna noc. W Radiu jest pełno, mimo że połowa pracowników już się ulotniła. Są koledzy spikerzy, którzy opuścili zajęte już miasta, a więc z Katowic, Łodzi, Torunia. […] Opowiadają o piekle, jakie rozpętało się na drogach”. Do studia wpada dyrektor naczelny i żąda, by przekazać załodze Raszyna bezwzględny rozkaz wysadzenia w powietrze tamtejszego nadajnika radiowego. Świętochowski protestuje, lecz zostaje przywołany do porządku. „Telefonuję – w 5 minut potem Raszyn milknie... Przepaść – cisza grobowa”.
Na przekór
Halina Regulska zanotowała w swoim dzienniku pod datą 8 września: „Ciągle słyszę wkoło, jak ludzie mówią o tym, że wszyscy z miasta uciekli i nawet Zarząd Miasta, łącznie ze Starzyńskim, wyjechał czy też ma zamiar wyjechać. Powtórzyłam te plotki Jankowi [Januszowi Regulskiemu], a Janek Starzyńskiemu. Wobec tego, chcąc uspokoić opinię publiczną, Starzyński powiedział Jankowi, że przemówi przez radio, aby upewnić mieszkańców o swojej obecności”.
Plotki o planowanym wyjeździe prezydenta Warszawy docierają także do jego licznych współpracowników. Wacław Lenga, który otrzymał rozkaz ewakuacyjny, telefonuje do Starzyńskiego i dowiaduje się, że ten postanowił zignorować wytyczne władz centralnych – „Zarząd Miejski i jego prezydent powinni być z mieszkańcami w dobrej i złej doli. Zostaję”. Feralnej nocy z 6 na 7 września prezydent siedzi przy aparacie telefonicznym i dzwoni do urzędników – chce zapobiec panice, powstrzymać bezładną ewakuację, zachować wpływ na bieg stołecznych spraw. Następnego dnia zapewni Janusza Regulskiego, że „w żadnym wypadku nie opuści miasta, chyba że z »ostatnią tyralierą«”.