Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
23.11.2014 12:56

Dziewięć kręgów Warszawy (4)

Jeśli chcesz podjąć wędrówkę przez miasto w agonii, weź ze sobą doświadczonego przewodnika – znającego główny trakt, ale także wszystkie boczne dróżki i niewidoczne ścieżki, mnogie odgałęzieni

Jeśli chcesz podjąć wędrówkę przez miasto w agonii, weź ze sobą doświadczonego przewodnika – znającego główny trakt, ale także wszystkie boczne dróżki i niewidoczne ścieżki, mnogie odgałęzienia, skrzyżowania i zaułki. W mieście, które umiera, łatwo się zgubić, bo to, co jeszcze kilka dni wcześniej było zrozumiałe i oswojone, staje się obce i niepojęte.

Wergiliuszem niech będzie ci ten, kto tkwiąc tu od tygodni, posiadł wiedzę, jakiej ty nigdy nie zdobędziesz. Słuchaj jego poleceń, wykonuj wszystko zgodnie z instrukcjami. Chcesz przeżyć? Przemykaj pod ścianami, zapadaj w szczeliny w murach i zagłębienia w ziemi. Tam nie dosięgnie cię bomba, pocisk ni granat. Albo, jeśli trzeba, maszeruj samym środkiem ulicy, w gryzącym dymie, w spiekocie pożaru trawiącego piętro po piętrze, dom po domu.
Idź, by poznać i nie zapomnieć.

Krąg dziewiąty
Ze wspomnień majora Zdzisława Żórawskiego: „Z całą świadomością niszczą pomniki naszej kultury, dorobek wielowiekowej pracy licznych pokoleń. Zamek Królewski, Muzeum Narodowe, »Zachęta«, Rynek Starego Miasta, stare kościoły, doskonale znane lotnikom niemieckim, którzy za czasów pokoju niejednokrotnie byli przyjmowani przez nas z lekkomyślnością słowiańską jako goście, teraz są celowo bombardowane. […] Wieki rozwoju cywilizacji nie potrafiły z kultury germańskiej usunąć pierwiastka barbarzyństwa. Sieć autostrad najlepszych w Europie, bogate linie kolejowe, wielki przemysł posługujący się najbardziej nowoczesnymi maszynami i metodami pracy nie tworzą jeszcze kultury. Pierwotny barbarzyńca pozostanie nim i wtedy, gdy dosiadł nowoczesnego samolotu i dysponuje udoskonalonym karabinem maszynowym”.
Teraz stoicie pośrodku placu, którego nie znajdziesz na żadnej mapie. Mimo wszystko masz głębokie wewnętrzne przekonanie, że to miejsce realne, bardziej realne niż rzeczywiste place i skwery Warszawy – jakby spotykały się tu, nachodziły na siebie i nawzajem się wzmagały, podnosiły do jakiejś ostatecznej potęgi, wszystkie symbole i znaki narodowej tożsamości, jakby w jednym błysku było ci dane ujrzeć pełną skalę wrześniowej apokalipsy.
Na wprost płonie Zamek Królewski. Ogień obejmuje poszycie dachu, żre Wieżę Władysławowską i Wieżę Zygmuntowską (wskazówki zamkowego zegara zatrzymały się na godzinie 11:15). W pożarze gną się miedziane blachy. Dym bije w niebo przez okna, dziury w ścianach i stropach, rozpierzcha się, opada ku ziemi i wędruje ulicami. Jakieś postaci uwijają się na dziedzińcu, wbiegają na schody, ich głowy ukazują się i znikają w rozwartych, pozbawionych szyb oknach. Fruną przedmioty, obrazy, rzeźby, dywany i arrasy, drogocenne naczynia podawane są z rąk do rąk. Twój przewodnik popycha cię lekko, ruszacie ku wewnętrznemu dziedzińcowi, by pochylić się nad ciałem do połowy zgorzałym, przykrytym jesiennym paltem w jodełkę. Unosisz poły płaszcza i patrzysz w stężałą twarz kustosza Kazimierza Brokla, w jego szeroko otwarte oczy o nieodgadnionej barwie.

Zabić wspólnotę
Po prawej lub po lewej (kierunki nie mają znaczenia) otwarta pociskiem fasada Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Podchodzisz do szczerby w murze, by włożyć w nią głowę. Dym gryzie w oczy. Gdy opada, widzisz zupełnie wyraźnie miecz w ręce Wielkiego Księcia Witolda, a nieco na prawo, w górze, powiewający na wietrze czerwony proporzec z Orłem Białym. Dwóch wojowników godzi w Ulricha von Jungingena. Już, już włócznia św. Maurycego uderzy w jego pierś! Ale za twoimi plecami upada bomba. Kiedy wracasz do dziury w ścianie, obraz znika za węgłem, unoszony przez kilku mężczyzn o gorzejących twarzach. Spójrz, zrolowali go i niosą przez plac, w stronę ciężarówki z plandeką. To malarze Stanisław Ejsmond i Bolesław Surałło. Trzaskają drzwi samochodu, który rusza ku rogatkom miasta. Dwa dni później Surałło i Ejsmond zginą w bombardowanym przez Niemców Lublinie.
W budynkach Muzeum Narodowego, z których jeden płonie żywym ogniem, nieprzerwanie wre praca. Eksponaty, które da się ruszyć z miejsca, przenosi się do piwnic. Przez pocięte pociskami ulice w stronę muzeum suną pojazdy ze zbiorami państwowymi i prywatnymi. Obrazy, sztychy i szkice, posągi i płaskorzeźby niesione są przez wielkie sale wystawiennicze, wśród przeciągu od strzaskanych okien. Głowa Apollina lub głowa Ateny kołysze się ponad górną platformą schodów, po czym rozpływa się w mroku podziemia. Słyszysz? Gwiżdże bomba i uderza w parterowe piąte skrzydło, w którym zgromadzono siedemdziesiąt jeden zegarów z kolekcji generała Tadeusza Bylewskiego. Pocisk rozrywa się na tysiąc kawałków. Cicho grają kuranty. Ogień trawi wskazówki i tarcze, wahadła i łańcuchy z obciążnikami. Drewno i porcelana, złoto i srebro wznoszą się w powietrze i opadają na dno ogromnego leja.
Zastanawiasz się, jak wielu ludzi musi stracić życie, jak wiele z materialnego dziedzictwa przeszłości trzeba zniszczyć, by umarła pamięć. Czy jest granica, poza którą rozpierzcha się wspólnota, a to, co spajało jednostki, co każdej z nich kazało mówić „my” zamiast „ja”, traci na znaczeniu? Nie potrafisz odpowiedzieć. Wiesz tylko tyle: wróg przyszedł tu po to, by po raz kolejny podjąć próbę przecięcia więzów, zrujnowania jedności, z takim mozołem budowanej przez pokolenia. Każda bomba padająca na ulicę, każdy pocisk burzący mury, każdy nabój wystrzelony z niemieckiego karabinu mówią: „Zapomnijcie. Nie ma Polski”.

Ku wyjściu
Czas już opuścić krąg zniszczenia. W półmroku podążasz za przewodnikiem. Przechodzisz przez bramy i piwnice, czepiając się ścian, łowiąc uchem szepty, płacz i krzyki. Czasem łuna pożaru oświetli wam drogę, kiedy indziej dym wtargnie w płuca i wyciśnie łzy z oczu. W oddali na linii horyzontu wstaje świt. Pierwszy promień słońca oświetla okolicę, wyławiając z ciemności kształty widzialnego świata.
Stoisz na ścieżce wśród drzew. Zupełnie sam. Jakby to, w czym uczestniczyłeś, nigdy się nie wydarzyło. Kim jestem? – pytasz, ale odpowiada ci cisza. I coś jeszcze – śpiew drozda. Gałęzie drżą na wietrze. Ptak przelatuje od drzewa do drzewa, wciąż na nowo rozpoczynając swój trel, jakby dawał ci znak, jakby mówił: „Krocz za mną”. Idziesz więc, aż stajesz pośrodku pola usianego grobami.
Tędy także musiała przetoczyć się burza. Portyki i kolumny przemieszały się z kamiennymi urnami i wieńcami. Gipsowe anioły spoczywają na zmiażdżonych obeliskach. Chrystusa frasobliwego (biały marmur z ledwie widocznymi żyłkami czerwieni) przywalił żeliwny krzyż. Na pochylone plecy Zbawiciela wspina się gałązka winobluszczu wyrwanego z korzeniami i przyniesionego na podmuchu aż spod zewnętrznego muru. Jesteś w samym sercu przeszłości, którą przymuszono do zmartwychwstania. Czy jednak takie zmartwychwstanie nie jest raczej powtórną śmiercią?
Z notatnika Haliny Regulskiej: „Bomby trafiły w cmentarz na Powązkach. Wiele rozbitych grobów. Wyrwane szkielety wiszą zaczepione na drzewach”. Wśród gałęzi, na wprost twoich oczu, świecą żebra zmarłego. Żuk wytrwale wspina się po mostku, za chwilę dotrze do obojczyka. Śpiewa drozd. Do kogo należycie, kości? Czy wygodnie wam na drzewie, wśród szumu liści? Jaką kołysankę nuci wam wiatr? U podstawy pnia, tam, gdzie korzenie drążą w ziemi ciemne korytarze, spoczywają czaszka i dwa piszczele. Karawana mrówek ciągnie przez oczodół. Co z nami będzie? Co z nas zostanie? – pyta drozd i nie czekając na odpowiedź odfruwa.
Milczy czaszka z nieruchomą żuchwą. Milczą żebra i piszczele. Nic tu po tobie.
Wleczesz się więc, noga za nogą, przez ziemię cmentarną – ku wschodzącemu słońcu

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE